Film

What do you say, Sobiesky?

Głównym bohaterem Bitwy pod Wiedniem wcale nie jest Jan III Sobieski. Nasze rodzime gwiazdy pojawiają się zaledwie na kilka chwil. Ale mamy w zamian wilkołaka!

Bitwa pod Wiedniem Renza Martinellego jest – najkrócej rzecz ujmując – niezwykłym kuriozum. Gdybym trafił na nią w środku bezsennej nocy, przełączając kanały podpiętego do kablówki telewizora w poszukiwaniu czegokolwiek choć na chwilę przykuwającego uwagę, mógłbym może dać się uwieść bardzo specyficznemu urokowi tego filmu. Niestety, oglądany w kinie, na dużym ekranie, wywołuje tylko przykre zażenowanie, przerywane wybuchami śmiechu – raczej nieprzewidzianego przez twórców.

Na początek trzeba powiedzieć, że Bitwę pod Wiedniem w ogóle nie bardzo można zaklasyfikować jako kino historyczne. Przy maksimum dobrej woli można by określić ten film jako historyczne fantasy. W dodatku fantasy bardzo specyficzne, ukształtowane przez popkatolicyzm uformowany na filmie Egzorcysta i publicystyce jakichś włoskich odpowiedników Roberta Tekielego. Scenariusz filmu wygląda, jakby pisała go redakcja miesięcznika „Egzorcysta” na kwasie.

Jak łatwo się domyślić, w takim układzie głównym bohaterem Bitwy pod Wiedniem wcale nie jest Jan III Sobieski. Król Jan i odtwarzani przez nasze rodzime gwiazdy towarzyszący mu polscy wojacy na ekranie pojawiają się zaledwie na kilka chwil. Wcielający się w Sobieskiego Jerzy Skolimowski ma tylko kilka kwestii mówionych, Daniel Olbrychski w roli generała artylerii tylko jedną (krzyczy „Ognia!”), a stojący na planie zawsze krok za Skolimowskim Borys Szyc nie mówi w zasadzie nic – co, jeśli pamiętamy rolę tego aktora w Kac Wawa, jest bez wątpienia jakimś postępem.

Bohaterem filmu nie jest też ani cesarz Leopold (Piotr Adamczyk), ani Kara Mustafa, ani dowodzący obroną Wiednia hrabia Stahremberg czy towarzysząca mu na murach obronnych siostra cesarza, Eleonora Lotaryńska (Alicja Bachleda-Curuś). Nie, postacią, z punktu widzenia której obserwujemy całą historię, jest niejaki Marco z Saviano, mnich. W pierwszej scenie poznajemy Marca jako chłopca. Spacerując po obrzeżach rodzinnego Saviano, widzi mężczyznę walczącego z grupą Turków, którzy porywają powóz z damą w środku. Turcy zwyciężają i uciekają ze zdobyczą, ale umierający mężczyzna przekazuje Marcowi miecz. Gdy chłopiec wraca do miasta, odkrywa, że ukazał mu się duch jego dziadka, który zginął, walcząc z Turkami – na wyprawę przeciw nim wykuł sobie miecz z krucyfiksu z jednego z sawiańskich kościołów, ten sam, który przekazał Marcowi.

Te wydarzenia popychają chłopca do kariery w zakonie. Jako mnich czyni cuda, leczy chromych i przywraca wzrok niewidomym. Ma też wizję ciągłego tureckiego zagrożenia wiszącego nad Europą. Gdy Turcy rzeczywiście najeżdżają Europę, cesarz Leopold wzywa go do Wiednia, by jako duchowy przywódca pokierował walką z inwazją. Marcowi drogę w walce ciągle wskazuje szary wilk. W kulminacyjnej scenie tytułowej bitwy wilk ratuje Marcowi życie, przegryzając gardło dowódcy tureckiej artylerii oblegającej Wiedeń, który próbuje zabić mnicha. Na końcu [uwaga – spoiler!] strzegący mnicha wilk zmienia się w jego dziadka, tego poległego w walce z Turkiem, którego Marco niegdyś ujrzał, chłopcem będąc. I tak oto wilkołak ocala chrześcijańską Europę.

Niestety wszystko to jest jak najbardziej na serio, z mikroskopem nie da się tam doszukać żadnej ironii, żadnego postmodernistycznego nawiasu, zabawy konwencją, żartu. Wszystko to w dodatku jest równie nieudolne, co poważne. Według danych na ogół wiarygodnego portalu IMDb film miał kosztować 12 milionów euro (z czego 2 miliony złotych dołożył PISF). Nie wiem, na co poszły pieniądze, bo film w najlepszych momentach wygląda jak bardzo przeciętna produkcja telewizyjna, w najgorszych zaś jak zwiastun taniej gry komputerowej sprzed 10 lat. Sceny batalistyczne rażą tandetą, reżyseria praktycznie nie istnieje, aktorzy (chyba naprawdę muszą ich cisnąć kredyty) wypadają zupełnie żenująco. Wrażenie to wzmacnia jeszcze kiepska angielszczyzna, w jakiej wszyscy grają, która w szczególnie egzaltowanych scenach przechodzi w jeszcze gorszą niemczyznę, jaką zazwyczaj mówią aktorzy próbujący parodiować nazistów w marnych komediach. Mam nadzieję, że przynajmniej Jerzy Skolimowski zrobił to dla jaj i dobrze bawił się swoją rolą.

Cała tę filmową tandetę dodatkowo kompromituje zawarta w filmie ideologia. Kilka razy słyszymy z ekranu, jak bardzo „Bóg chrześcijan” różni się od Allacha, a chrześcijanie od muzułmanów. Muzułmanie tylko czekają, aż Europa będzie słabsza, za nic mają pokojowe traktaty i gdyby mogli, dziś pomaszerowaliby, by pozamieniać wszystkie europejskie kościoły na meczety, z bazyliką świętego Piotra na czele. By analogię do współczesnych relacji z islamem wbić widzowi do głowi do końca cepem, w filmie tytułowa bitwa zaczyna się 11 września, choć wszystkie znane historyczne źródła mówią o 12.

Przed premierą producent filmu Alessandro Leone wysłał maila do dziennikarzy, w którym wyjaśnia, że fakt, iż husaria Sobieskiego szarżuje pod godłem z 1927 roku, był zamierzony. „Zabieg ten miał na celu pomóc zagranicznemu widzowi w skojarzeniu wojska Jana III Sobieskiego z Polską, do czego posłużył nam jej współczesny symbol” – pisze. Zabieg ten miał na celu „promocję Polski w świecie, a nie zadowolenie historyków w kraju”. Niestety na rzeczonym godle orzeł patrzy się w drugą stronę, niż powinien, i za to Leone „czuje się odpowiedzialny i przeprasza wszystkich Polaków”.

To ładnie z jego strony, że przeprasza, ale tak naprawdę powinien przeprosić za coś innego. Sądząc po zwiastunach, promocji filmu, plakatach polscy widzowie, wybierając się na Bitwę pod Wiedniem, mieli prawo spodziewać się normalnego kina historycznego – a nie jakiegoś pokracznego historycznego fantasy rodem z koszmaru Terlikowskiego, z efektami specjalnymi na poziomie lat 80. Ja sam Bitwę pod Wiedniem zobaczyłem za darmo, na pokazie prasowym, w dodatku w godzinach pracy, więc chyba nie mam co narzekać. Ale jak ktoś za to zapłacił i poświęcił swój czas wolny, może być zły i domagać się od producenta zwrotu pieniędzy. Jako Polacy i konsumenci mamy przecież prawo nie tylko do tego, żeby orzełek na godle patrzył we właściwą stronę, ale także do tego, by płacąc za film o Sobieskim pod Wiedniem, dostać film o Sobieskim pod Wiedniem. Z bardziej „mówioną” rolą króla Jana, listami do Marysienki, scenami batalistycznymi przynajmniej na poziomie Przygód pana Michała, widoczną w jakikolwiek sposób reżyserią, scenografią niekrzyczącą z każdego kąta „tandeta” – za to bez prorokujących mnichów, bez widm dziadka z mieczem i na pewno bez wilkołaków.

PS. Dzień przed premierą filmu do dziennikarzy trafiło kolejne oświadczenie producenta. Właściwie nie ma sensu go komentować, warto dać jednak czytelnikom kilka najbardziej soczystych kąsków:

„W ostatnich dniach prezentowane recenzje okazały się coraz bardziej agresywne.  Nie przeczę, że film ma swoje wady. […] Staję [jednak] w obronie polskich i zagranicznych aktorów, którzy w tym filmie pokazali wielki kunszt swojego warsztatu artystycznego i cieszę się że polscy aktorzy będą oglądani za granicą ponieważ ich praca warta jest zaprezentowania.

Wydaje mi się, że taki stosunek mediów stanowi sygnał trudnej chwili dla Polski, która dzisiaj przeżywa nadal sprzeczności przejścia z komunizmu do kapitalizmu, i ta chwila zachęca dziennikarza pozbawionego pokory do poszukiwania własnego sukcesu, próbując stać się bohaterem spektaklu lub autorem najbardziej skandalicznego artykułu”.

Jako pozbawiony pokory dziennikarz mogę się tylko zgodzić. Producent ze swadą wyjaśnia też raz jeszcze misję swojego filmu:

„W ostatnich miesiącach czytaliśmy i słyszeliśmy bardzo wiele o Janie Sobieskim. Jestem dumny z tego, że film pozwolił Polakom wspomnieć ich zwycięskiego bohatera i dyskutować o jego Zwycięstwie i o jego filmowym przedstawieniu, zapominając na jakiś czas o wszystkich innych klęskach. […] We wszystkich innych krajach świata ludzie zobaczą, że Polska była wielką potęgą, która była w stanie zmienić historię Europy, że dysponowała wspaniałą kawalerią i ludźmi gotowymi do poświęceń. Film opowiada o tym w sposób bajkowy, ale pewnie tak jest lepiej, nie każdy naród uwielbia tragedie i klęski. I jeśli większość polskich widzów to będą dzieci, jak niektórzy mówią, będę na pewno bardzo z tego powodu szczęśliwy. Może przynajmniej oni nie będą dorastać z kompleksem klęsk, ale będą się bawić z żołnierzykami Husarii i w karnawale będą się przebierać za Sobieskiego, Kątskiego i Marysieńkę.

I jeszcze ostatnia rzecz. Film zaczyna się zdaniem, że jeśli dzisiaj żyjemy w wolnej Europie, zawdzięczamy to włoskiemu zakonnikowi i polskiemu królowi. Może film jest kiepski, nie spodoba się i widz wyjdzie po 10. minutach z sali, lub wyłączy telewizor, ale tę małą informację otrzyma i to według mnie jest bezcenna wartość”.

Ponieważ tę bezcenną informację o źródłach europejskiej wolności mogli Państwo przeczytać na naszej stronie, nie marnujcie, proszę, na ten film nawet 10 minut w kinie.

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.