Film

Majmurek: Ten szantaż na mnie nie działa

Nie mogę znieść kina, które zapowiada wielkie transgresje, a opowiada mi komunały z telenowel – pisze o „Bejbi blues” Jakub Majmurek. Polemika.

Podobnie jak Agnieszka Wiśniewska lubię kino, które nie boi się ryzyka, podejmuje się zadań z pozoru skazanych na klęskę i które nawet jesli tę klęskę ponosi, mówi nam coś ciekawszego niż kino bez żadnych wątpliwości zajmujące miejsce w kanonie. Niestety zdarzają się takie sytuacje, że podejmowanie ryzyka nie chroni przed banałem – estetycznym i myślowym. I to jest właśnie przypadek Bejbi blues Kasi Rosłaniec. Film, który potencjalnie mógł się okazać, jeśli nie polskimi Dzieciakami, to przynajmniej czymś na poziomie Sali samobójców, rozsypuje się na naszych oczach.

Kino kostiumografów

Historycy kina polskiego pisali już o kinie reżyserów i scenarzystów, w przypadku Bejbi blues można mówić o zupełnie nowym zjawisku: kinie kostiumografów. Autorką estetycznej strony filmu nie jest reżyserka, tylko twórcy i twórczynie kolejnych stylizacji, w jakich pokazują się młodzi aktorzy. Czasem wydaje się, że cała fabuła jest tylko pretekstem dla zaprezentowania kolejnych t-shirtów, butów, fryzur.

Podobnie sztuczna, przeestetyzowana jest scenografia – od stylizowanego na barejowski PRL sklepu mięsnego, przez sposób fotografowania warszawskich ulic, po dyskotekę w opuszczonym kościele. Tego przestylizowania, w przeciwieństwie do Agnieszki, nie uważam jednak za wadę samą w sobie. Wręcz przeciwnie, to mogła być największa szansa filmu. Gdyby reżyserka i współpracująca z nią ekipa od początku założyli, że nie działają w kluczu realizmu społecznego, ale pracują na pewnej fantazji Warszawy, celowo rozgrywając fantazmatyczne, budowane przez popkulturę obrazy „stołecznego lansu”, „młodości” itd. – miałby szansę powstać z tego ciekawy film.

Jednak u Rosłaniec parada mody i stylowo ogranych wnętrz włączona jest w banalny fabularny schemat rodem z filmów telewizyjnych z cyklu „z życia wzięte”. Zamiast fantazji, kampu, zabawy gadżetem, stylem, kiczem otrzymujemy naiwną publicystykę w najgorszym tego słowa znaczeniu (zarówno jeśli chodzi o format estetyczny, jak i intelektualny). W dodatku zupełnie pozbawioną poczucia humoru; więcej dystansu do siebie niż ten film można znaleźć w przeciętnym niedzielnym kazaniu.

Przepływem kolejnych obrazów (wnętrz, przestrzeni, konwencji wizualnych, stylizacji) nie rządzi żadna wyraźna estetyczna zasada, żaden autorski zamysł, brakuje też im zupełnie lekkości. W porównaniu ze zgrzebnymi, niemiłosiernie siermiężnymi Galeriankami Bejbi blues wypada nawet nieźle, widać, że sprowadzona przez duńskiego koproducenta ekipa podniosła poziom produkcji – ale widać też, że nie ma nikogo, kto panuje nad całością.

Ostatecznie wszystko dobija telenowelowa maniera aktorów. Sposób, w jaki podają dialogi, jest niezamierzenie śmieszny. Nawet osoby, o których wiemy, że potrafią grać (np. Mateusz Kościukiewicz w roli Seby – choć może on wyczuwa lepiej niż reżyserka kampowy potencjał tego filmu) wypadają jak drewno w źle napisanych i źle prowadzonych rolach.

Grzeczne kontrowersje

Jeszcze większy problem mam z myślową warstwą tego filmu. Nie wiem, co o współczesnej Polsce i swoich bohaterach chce nam powiedzieć reżyserka. W kraju, gdzie przy braku dostępu do legalnej aborcji mamy do czynienia z czymś w rodzaju „strajku natalistycznego” kobiet, wybór takiej właśnie historii (nastolatka celowo zachodzi w ciążę) powinien być jakoś uzasadniony. W Bejbi blues w ogóle nie jest. Czy w tle, jak pisze Agnieszka Wiśniewska, naprawdę widać kawałek polskiej rzeczywistości: skrajny egoizm kolejnych „pokoleń ja”, aspiracyjną kulturę, konsumeryzm, całkowite odpolitycznienie, systemowe trudności, jakie napotykają kobiety i matki? Może i da się to dostrzec, przy pewnym wysiłku. Jednak żeby odszukać w Bejbi blues cokolwiek poza komunałami, naprawdę trzeba się interpretacyjnie napracować. W przeciwieństwie do Agnieszki uważam, że chyba nie warto.

Ten film drażni mnie też potwornie swoją ugrzecznioną kontrowersyjnością. Oczywiście nie każdy musi być kontrowersyjny, jest też wielkie kino, które głosi bardzo konserwatywne przekonania (Eric Rohmer pierwszym z brzegu przykładem). Ale nie mogę znieść kina, które zapowiada nie wiadomo jakie transgresje, a okazuje się równie odważne i kontrowersyjne jak fryzury Tomasza Lisa. To niestety też jest przypadek Bejbi blues: wszystkie potencjalnie „kontrowersyjne” tematy (nastoletnie ciąże, seks nastolatków itd.) są pokazane tu tak, żeby się nikt broń boże nie obraził, tak by w niczym nie naruszyć polskiego „zdrowego rozsądku” – a jednocześnie tak, by w telewizji i na łamach prasy kolorowej można było mówić i pisać o „odważnym filmie”. W tym Bejbi blues przypomina Sponsoring Małgośki Szumowskiej, która sprawowała opiekę artystyczną nad tym filmem.

Najlepiej tę ulizaną kontrowersyjność widać na przykładzie tego, jak w filmie pokazywany jest seks. Czy nie należało iść drogą Larry’ego Clarka czy Gregga Arakiego i celowo „upornograficznić” obraz, świadomie pracować na pragnieniu, jakie (także w dorosłych widzach) budzą ciała młodych aktorów i aktorek? Taka taktyka stawia widza w niekomfortowej sytuacji, nie pozwala mu uciec od bohaterów i ich świata na bezpieczne, zdystansowane, moralistyczne pozycje. Tymczasem Bejbi blues właśnie do tego zachęca – seksu jest w nim akurat tyle, żeby film dało się wyemitować w telewizji przed dwudziestą trzecią. W dodatku jak już jest, to też nie wydaje się sprawiać bohaterom zbyt wiele rozkoszy. Albo kończy się młodzieńczą ciążą, albo przedwczesnym wytryskiem.

W dodatku cały świat filmu jest zupełnie heteroseksualny. Nie ma w nim żadnych nieheteroseksualnych działań, pragnień (mimo co najmniej nieheteronormatywnej stylizacji Mateusza Kościukiewicza). Od czasu sukcesu Sali samobójców, także finansowego, nawet w polskim kinie trąci to już potwornie naftaliną.

Nieudany szantaż

Im dłużej trwa film, tym bardziej wszystko rozpływa się w zupełnie nietwórczym chaosie. Rosłaniec próbuje skończyć mocnym akcentem. Niestety, tak jak autorzy Cześć, Tereska czy niedawnego Supermarketu nie zna w tym miary. Musi walnąć widza młotkiem w głowę, wcisnąć pedał patosu i tragizmu do dechy, zaszantażować nas moralnie do wzruszenia i katharsis. Tu działa to jednak jeszcze gorzej niż w filmie Glińskiego. „Tragiczny finał” za bardzo przypomina historię rodem z nagród Darwina, by mieć jakikolwiek katartyczny efekt.

Szantaż, jakim jest ten film – przez swoją udawaną kontrowersyjność, przez pozór mierzenia się z ważnymi tematami – na mnie nie działa. I te parę ciekawych stylistycznie scen (bohaterka na rolkach, pchająca wózek pod Domami Centrum; jazda na desce pod pomnikiem Witosa), niezłe zdjęcia Jensa Ramborga, miejscami ciekawie dobrana muzyka – go nie uratują.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij