Film

Majmurek: Przyjemność psucia

Wszystko się u Refna tak ze wszystkim miesza, że trudno powiedzieć, z czego pastiszem mamy właściwie do czynienia. I jaki jest cel tej zabawy?

Tylko Bóg wybacza, nowy film aktorsko-reżyserskiego duetu Ryan Gosling – Nicholas Winding Refn, nie jest z pewnością materiałem na hit kin studyjnych, jakim był ich poprzedni projekt – Drive. Wygwizdane w Cannes dzieło nie jest może nawet w ogóle filmem dobrym, któremu z czystym sumieniem jako recenzent mógłbym wystawić maksymalną lub zbliżoną do maksymalnej liczbę gwiazdek. Ale jest przy tym filmem wartym uwagi, w którym dzieje się wiele interesujących rzeczy, więcej być może niż w niejednym „bardziej udanym” obrazie.

Ostatnie dzieło Refna przypomina pod tym względem niezbyt smaczną zupę, w której kryją się jednakże bardzo smakowite kąski. Zupę, dodajmy, bardzo gęstą. Gęstość (i związana z nią nieruchliwość, powolność) to pierwsze wrażenie, jaki mamy, mierząc się z tym filmem. W półtoragodzinnym widowisku nagromadzona została cała masa filmowych motywów, cytatów, ikon, stylów, gatunków, tropów, postaci. Na ten ostatni zbiór składają się amerykańscy ekspaci prowadzący w Bangkoku szkołę tajskiego boksu, służącą jako przykrywka dla handlu narkotykami; ich potworna, kastrująca, obsceniczna matka (Kristin Scott Thomas); tajemniczy oficer tajskiej policji chodzący z maczetą ukrytą za kołnierzem policyjnej koszulki – ojcowska, boska wręcz figura reprezentująca prawo i stojącą za nim przemoc; egzotyczne piękności, ucieleśniające seksualno-kolonialny fantazmat, biernie wystawiające się na męskie spojrzenia w specjalnie zaaranżowanych do tego przestrzeniach.

Wszystkich tych bohaterów ożywiają figury kina zemsty (naciskany przez matkę syn musi pomścić śmierć brata zamordowanego przez policjanta), filmu policyjnego (stojąca ponad prawem postać strzegąca porządku, w którym prawo może w ogóle działać), kolonialnego romansu (biały mężczyzna – egzotyczna piękność, „święta dziwka” i zakochany w niej klient), schematu edypalnego (rywalizacja o miłość matki z widmem zmarłego brata, którego bardziej kochała).

Co jest estetyczną zasadą organizującą w filmie użycie wszystkich tych cytatów? Na pewno nie parodia, mimo że niektóre sceny i motywy mają jawnie parodystyczny wydźwięk – trudno nie zareagować śmiechem na groteskową walkę Juliana (Ryan Gosling) i Inspektora Changa. Parodia jednak zakłada jakąś estetyczną normę, w odniesieniu do której rodzi się efekt śmieszności. Tylko Bóg wybacza jest tymczasem produktem kultury filmowej, w której żadnej takiej normy nie ma, przez co także jakakolwiek parodia przestaje być możliwa.

Wobec niemożliwości parodii pozostaje jedynie poetyka pastiszu. Film Refna jest gęstym pastiszem, w którym wszystkie inspirujące twórców motywy i estetyki stapiają się w jedną lepką filmową zawiesinę. Oczywiście rozpoznajemy w niej tropy azjatyckiego kina zemsty w stylu dzieł Old boya Park Chan-Wooka. Oparte na dominacji czerni i czerwieni zdjęcia brytyjskiego operatora Larry’ego Smitha (pracującego wcześniej z Refnem przy Bronsonie) wyglądają trochę jak hołd – a trochę jak kpina z obrazów ciągle zalanych sztucznymi światłami wschodnich metropolii, znanych z filmów, w których operatorem był Christopher Doyle. Sam Bangkok u Refna odsyła do innych zachodnich wizji tego miasta: od pierwszego Kickboxera (Bangkok jako rzeczywistość przemocy, w której biały człowiek z Zachodu musi wywalczyć sobie pozycję) do Soi Cowboy Thomasa Claya i pierwszej części Chwała dziwkom Michaela Glawoggera (Bangkok jako stolica seksualno-kolonialnej fantazji Pierwszego Świata o Trzecim).

Ale wszystko tak się ze wszystkim miesza, że trudno powiedzieć, z czego pastiszem mamy tu właściwie do czynienia. Jaki jest cel tej zabawy? Jakiej przyjemności dostarcza ten film? Twórcom, jak sądzę, przede wszystkim przyjemności psucia, a widzowi przyjemności obserwowania zepsutej filmowej maszyny, która mimo że nie działa tak, jak powinna, cały czas nas fascynuje i wciąga. Refn zawodzi bowiem wszystkie oczekiwania, z jakim przyszliśmy do kina.

Na naszych oczach psuje, spowalnia, przesuwa, decentruje, wykoleja filmowe schematy pracujące w jego dziele.

Julian, bohater, który miał napędzać filmową zemstę, przez większą część czasu nie robi nic. Jego kolonialny romans z piękną Tajką pozostaje nieskonsumowany. Także konflikt edypalny, zamiast rozwiązać się jak Pan Bóg i doktor Freud przykazali (bohater uwewnętrznia zakaz posiadania matki, zabija ojcowską figurę, przyswajając sobie jej prawo, i w związku z kobietą tworzy nowy edypalny trójkąt), tu produkuje absolutnie dziwaczne fabularne rozwiązanie. „Zepsuta” zostaje nawet figura Goslinga-gwiazdy: jego wizerunek ikony nowej męskości zostaje przez reżysera i samego aktora dyskretnie wykpiony i rozbity.

W tym sensie Tylko Bóg wybacza stoi na antypodach Drive. Tam mieliśmy kreację gwiazdy, rozegrany „po bożemu” schemat miłości dworskiej włożony w sensacyjną konwencję i działającą precyzyjnie jak komputery w CERN filmową maszynerię. Tylko Bóg wybacza zbudowany jest z jakiejś gorszej, podrzędnej materii. Obserwowanie działania takiej celowo popsutej maszyny jest specyficzną przyjemnością. Dlatego nikomu nie mogę z czystym zawodowym sumieniem polecić tego filmu. Zbyt wielu mogłoby wyjść w środku znudzonych. Ja w każdym razie bawiłem się dobrze.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".