Film

Majmurek: Polskie gówno albo bohema w czasach prekariatu

W końcu śmiałem się na polskiej komedii – zaświadcza Jakub Majmurek.

W ostatnich latach polskie kino było coraz lepsze, ale jednego zrobić nie umiało: śmieszyć. Już dawno straciłem nadzieję, że kiedykolwiek znów szczerze, nie przez grzeczność dla znajomych twórców, zaśmieję się na polskim filmie. Polskie gówno, musical o kulisach polskiego bieda show-biznesu, wspólne dziecko reżysera Grzegorza Jankowskiego i Tymona Tymańskiego (autora muzyki, scenariusza, producenta i odtwórcy głównej roli), zdejmuje z rodzimego kina tę klątwę. W końcu śmiałem się na polskiej komedii.

Tymon od zawsze wydawał mi się wielkim talentem komicznym. Kino już dawno powinno sięgnąć po niego jako aktora i scenarzystę. Potwierdzał to każdy wywiad z nim, a jego rozmowy z Paulusem z programu Dzyndzylyndzy to chyba najzabawniejsze, co pojawiło się w telewizji w latach dziewięćdziesiątych obok Za chwilę dalszy ciąg programu. Trudno nie docenić też absurdu i surrealistycznej inwencji tekstów Kur. Strofa „Solidarność, Solidarmość, Solimarność – solej!” z piosenki Ideały sierpnia stanowi chyba najlepsze i najzabawniejsze podsumowanie „klęski Solidarności”. Bardziej niż cały polski kabaret bawi mnie też strofa z piosenki Dlaczego:

Czy ładnie mi w sukmanie?
Czy papież rusza cię?
Czy myjesz czasem dziąsła?
Czy myślisz, co to śmierć?

Przeniesiony na duży ekran ten humor niczego nie traci, przeciwnie, zyskuje nowe obszary działania. O skali komicznego geniuszu twórców świadczy to, że nawet Grzegorz Halama – kojarzony z występami w kabaretonach Dwójki – jest tu autentycznie zabawny. Jego kreacja jest w Polskim gównie żenująca, ale w tej żenadzie kryje się czysta poezja i bolesna egzystencjalna prawda. Bowiem jak każdej prawdziwie wielkiej komedii śmiech podszyty jest tu lękiem, rozpaczą i poczuciem bezradności.

Nędza kultury

O czym jest Polskie gówno? O losie artysty w Polsce. Tymański pokazuje całą nędzę przypadającą w udziale tym, którzy próbują w tym kraju, między Tatrami a Bałtykiem, działać, dumnie mówiąc, w „polu produkcji symbolicznej”.

Bohaterem filmu, odtwarzanym przez samego Tymańskiego, jest niespełniony rockowiec pod czterdziestkę, Jerzy Bydgoszcz. Wziął kredyt na produkcję płyty, ale wytwórnia splajtowała, z płyty wyszły nici. Bydgoszcza ściga komornik, Czesław Skandal (wspomniany Halama). Proponuje Bydgoszczowi, by jednak wydał płytę, zebrał dawny zespół i ruszył z nim w trasę. Bydgoszcz spłaci długi, a Skandal zarobi na tym jako menadżer. Bydgoszcz zbiera więc niechętny zespół, takie same jak on niewydarzone gwiazdy rocka w wieku mocno średnim, i wyrusza z nimi w trasę po Polsce.

Dokument z trasy rockowego zespołu to dobrze znany widzom gatunek. Polskie gówno nie ma z nim jednak nic wspólnego. Wszystko jest tu bowiem biedne, zimne, szare, zmęczone, pozbawione aury wzniosłości, wolności, transgresji. Jest wiecznie psujący się bus, koncerty do pustych sal w prowincjonalnych, śmierdzących rozlanym Tyskim klubach, po których zostaje muzykom po stówce na głowę. Jest menadżer robiący ciągle drobne przekręty i okradający swoich muzyków; noclegi w obskurnych hotelikach, którym nikt nigdy nie przyznałby żadnych gwiazdek, na wysłużonych tapczanach pamiętających czasy, gdy tłumy krzyczały „Wiesław, Wiesław”. A między koncertami komornik na karku i pożyczanie pieniędzy do pierwszego od rodziców i teściów na emeryturze. To może przynajmniej sex, drugs & rock and roll? Z tym też ciężko. Poza podpalaną trawką smutne pijaństwo do twardego rzygu, bez radości, na żałosne wyniszczenie. Seksualne przygody ma tylko menadżer. Jak w jednym z numerów śpiewa Robert Brylewski, „prawdziwe ruchanie to było za Gierka”.

Nędzny jest nie tylko gnojący muzyków świat, ale i poniekąd oni sami. Naiwne są ich marzenia o sławie i sukcesie po czterdziestce. Dziecinne pretensje do autentyczności i niezależności, skrywające resentyment. Tymański z Jankowskim nie wpadają w naiwną opozycję „sztuki” i „komercji”, „autentyczności” i „sprzedawania się” – pokazują, że wszyscy tkwimy w polskim gównie, które jest tanie, śmierdzi i dawno już zostało sprzedane. Ale nie oszczędzając swoich bohaterów, Tymański jest wobec nich jednocześnie do końca lojalny i empatyczny.

Łatwo czytać Polskie gówno jako dzieło z kluczem. Czytelnicy autobiografii Tymona, ADHD, rozpoznają w filmie wiele przetworzonych z niej wątków. Ale nawet ktoś, kto w życiu nie słyszał o Tymańskim i Brylewskim, może iść na ten film. Bo mówi on nie tylko o muzyce, ale o całej nędzy kultury w Polsce. Równie dobrze można by nakręcić coś podobnego o poetach: pijaństwo na portach poetyckich, smutne slamy, podróże na słabo płatne wieczorki autorskie do biblioteki publicznej w Tarnowie czy innej Złotoryi. Albo o artystach wizualnych – ciekawe jest zresztą zestawienie Polskiego gówna z Performerem, pokazywanej w tym roku fabule, w której Oskar Dawicki gra samego siebie. Albo o nędzy krytyków filmowych, zasiadających w jury festiwalu „Młodzi naprzód” w Sochaczewie. Podobny film można by nakręcić nawet o lewicowej działaczce, ledwie wiążącej koniec z końcem na umowie o dzieło w NGO-sie, zmęczonej organizowaniem ludzi, tłukącej się Interregio, by wygłosić odczyt o kobietach „Solidarności” albo o partnerstwie transatlantyckim do pustych sal w Kutnie czy Białej Podlaskiej. Mechanizmy wyzysku, oszukiwania się, frustracji i marnowania talentów wszędzie są takie same.

Gdzie jest bohema?

Tymański z Jankowskim pokazują rzecz paradoksalną: w neoliberalnym środowisku, naznaczonym przez prekaryzację, bohema jednocześnie zanika i rozszerza się na całe pole społeczne.

Zanika jako swoista heterotopia, wydzielony w społeczeństwie obszar z wywróconą na opak ekonomią i większym życiowym ryzykiem, ale też większą wolnością i kreatywnością. Ta heterotopia opierała się zawsze na stabilnych instytucjach świata mieszczańskiego – zakumulowanym kapitale rodzinnym, który pozwalał takim ludziom jak Flaubert, Proust czy Roussel poświęcić się wyłącznie pisaniu, na instytucjach akademickich i instytucjach krytyki, która pośredniczyła między eksperymentami bohemy a światem mieszczańskim. W wieku dwudziestym radykalna demokratyzacja bohemy możliwa była dzięki instytucjom państwa opiekuńczego.

Ale ten czas się skończył. Pole sztuki oczywiście od zawsze na różne sposoby było kolonizowane przez rynek; dziś jednak ta kolonizacja idzie dalej niż kiedykolwiek. Ale, co ciekawsze, jednocześnie modele egzystencji właściwe dla cyganerii stają się masowe.

Wszyscy musimy być kreatywni, twórczy, traktować swoje życie jak projekt; wszyscy działamy w warunkach słabo amortyzowanego ryzyka, pod ciągłą groźbą prekaryzacji. Coraz częściej stoimy przed wyborem pracy za darmo, którą uważamy za sensowną, a pracą pozwalającą zapłacić rachunki, której nienawidzimy. W tym właśnie sensie bohema jest dziś jednocześnie wszędzie i nigdzie. Dlatego historia Bydgoszcza wydaje się tak uniwersalna.

Test 15 minut

Ale czy to wszystko broni się jako film? Owszem. Broni humorem, surrealistyczną inwencją, bezczelnym łamaniem reguły psychologicznego realizmu. Od pierwszej sceny, gdy zespół Bydgoszcza daje koncert dla jednego widza po psychodeliczny finał. Wszystko jest tu jazdą bez trzymanki. Ktoś w polskim kinie w końcu uwolnił wyobraźnię.

Ale nie mówię, że to film dla każdego. Rozumiem, że można się od niego odbić. Zachęcam jednak, dajcie mu piętnaście minut szansy. Jak załapiecie klimat, walnie naprawdę mocno. Tam, gdzie rodzi się śmiech, i tam, gdzie rodzi się lęk.

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.