Film

Majmurek: Mały film o rozmijaniu

„Małe stłuczki” pokazują świat kruchości. Sypiących się na naszych oczach domów, kruchych, podatnych na zniszczenie przedmiotów, podatnych na zranienie ludzi.

Nic nie drażni mnie w polskim kinie tak , jak „historie o człowieku”. Naprawdę po sto siedemdziesiątej czwartej historii w banalnym stylu psychologicznego realizmu, podlanej przebrzmiałymi dylematami rodem z kina moralnego niepokoju, zamiast filmu o człowieku chętnie obejrzałbym nawet coś o guzikach albo odkurzaczach. Małe stłuczki Ireneusza Grzyba i Aleksandry Gowin nie są co prawda o guzikach, ale opowiadając o swoich bohaterach, wychodzą od przedmiotów i przestrzeni, które często wychodzą na pierwszy plan, mówiąc więcej niż kwadranse banalnie podających informacje dialogów.

Dzieje się to już w scenie otwierającej film, nakręconej w jednej ujęciu. Na drugim planie widzimy mężczyznę w wieku mocno średnim. Jest zarośnięty, zaniedbany, rozchełstany. Z nieobecnym wzrokiem spoglądającym gdzieś w dal opowiada historię swojej zmarłej żony, zadźganej nożem do krojenia chleba na własnej klatce schodowej przez oszalałego sąsiada. W trakcie monologu mężczyzny widzimy dwie kobiece dłonie. Podają sobie różne przedmioty. Na ogół stare, zakurzone, anachroniczne wobec współczesnych gustów. Zawieszone gdzieś między śmietnikiem a vintage, hipsterskim gadżetem a obciachem.

W takim świecie rozgrywa się też akcja filmu. Dwie główne bohaterki, Asia (Helena Sujecka) i Kasia (Agnieszka Pawełkiewicz), których dłonie widzimy na początku, zarabiają na życie, „likwidując mieszkania”. Zbierają z nich meble, przedmioty, część wywożą na śmietnik, część ładują do starego, pomarańczowego opla i zabierają do swojego wspólnego mieszkania, przypominającego gabinet osobliwości, Arkę Noego dla przeznaczonych na śmietnik przedmiotów. Gdy w mieszkaniu gromadzi się zbyt wiele rzeczy, dziewczyny znów ładują opla i jadą na pchli targ.

Cały film toczy się w banalnych przestrzeniach mieszkań, które zastygły gdzieś na przełomie lat 80. i 90., gdzie nikt od tego czasu nie wymieniał mebli i sprzętów. To świat życia emerytów zbyt ubogich, by kupić nowe meble, i mieszkań na wynajem dla studentów, gdzie właściciele gromadzą wszystko to, w otoczeniu czego sami nie chcą już mieszkać, a co z różnych powodów ciągle im „szkoda wyrzucić”. Podobny świat artystka wizualna Natalia Fiedorczuk pokazała w swojej książce Wynajęcie. Grzyb i Gowin, razem ze scenografkami Dorotą Borkowską i Katarzyną Gołaszewską tworzą z niego spójną artystyczną wizję.

Nie wiem, czy kiedyś w polskim kinie meblościanki, pokoje wyłożone spłowiałą boazerią, osiedlowe pizzerie o wystroju z czasów początku kapitalizmu, fotele z wytartą okładziną, zakurzone kryształy i koślawe tapczany wyglądały tak dobrze, by nie powiedzieć – pięknie.

Pięknie w filmie wygląda też… Łódź, być może to polskie miasto, wobec którego tego przymiotnika użylibyśmy z największym wahaniem. Piękno tego miasta na ekranie nie ma jednak nic wspólnego z folderową estetyzacją czy fascynacją biedą i rozkładem. Film nie zabiera nas na klasowe safari. Na wypadłe z mody i użycia przedmioty, stare kamienice, młodych prekariuszy i zdziwaczałe emerytki patrzy z szacunkiem, bez fałszywego współczucia, bez poczucia wyższości.

Małe stłuczki nie są jednak „kinem scenografów”, tak jak Bejbi blues było tylko „kinem kostiumografów”. W precyzyjnie zaaranżowanej scenerii rozgrywa się interesująca historia nietypowego uczuciowego trójkąta. A właściwie nie trójkąta, tylko zbliżonej do niego figury, niezdolnej domknąć się na żadnym ze swoich rogów. Kasia kocha się w Asi. Podobnie jak pomagający dziewczynom w likwidacyjnym biznesie chłopak Piotr (Szymon Czacki). Piotr pracuje na co dzień w fabryce pudełek. Mieszka na stancji u starszej pani. Jego pokój wytapetowany jest zdjęciami żony, z zawodu fotografki, która go opuściła i chyba już nie wróci. Przybycie Piotra wywołuje zazdrość Kasi. Ale Asia nie jest w stanie odwzajemnić uczucia ani kobiety, ani mężczyzny. Nie pozwala się nikomu dotykać, każda próba intymnego kontaktu z nią skazana jest na klęskę.

Pewien francuski moralista napisał kiedyś, że miłość to zetknięcie się dwóch naskórków i dwóch fantazji. W Małych stłuczkach fantazje i ciała wciąż się ze sobą rozmijają, nie mogą się spotkać. Najlepiej widać to we wspaniałej scenie, w której trójka bohaterów „odgrywa orgię”, nie dotykając się w ogóle, zatrzymując się zawsze o milimetr od ciała, twarzy, dłoni drugiej osoby.

Małe stłuczki pokazują świat kruchości. Sypiących się na naszych oczach domów, kruchych, podatnych na zniszczenie przedmiotów, podatnych na zranienie ludzi. Którzy mimo to nie potrafią przestać się rozmijać, doprowadzić do prawdziwego, niebezdotykowego spotkania. Postawę bohaterów filmu przenika gdzieś podejście skryby Bartelby’ego – mówią „wolelibyśmy nie” – karierze, konsumpcji, związkom, swojemu libido. A może nawet nie tylko cokolwiek mówią, co rozmijają się z tym wszystkim. Film przygląda się temu wycofaniu i rozmijaniu, nie starając się stawiać jakichś wielkich społecznych czy egzystencjalnych diagnoz. W tej bezpretensjonalnej lekkości tkwi jego siła. Podobnie jak w lekko surrealistycznym subtelnym humorze, co i rusz rozbijającym realistyczną konwencję.

To jeden z ciekawszych debiutów w polskim kinie ostatnich lat. Mam poczucie, że dochodzi w nim do głosu nowa filmowa wrażliwość. Odrzucająca realizm psychologiczny, stawiająca na nastrój, opowiadanie obrazem, detalem, przedmiotem.

Twórcy filmu pracowali wcześniej jako montażyści z innymi obiecującymi twórcami młodego pokolenia, np. Tomkiem Wasilewskim, którego filmy, przy wszystkich zarzutach jakie mam do nich, próbują myśleć i działać przez nastrój i obraz, oferując upragnioną ucieczkę od niemiłosiernego przegadania rodzimego kina, które daje się we znaki nawet w mającym być atrakcyjnym, gatunkowym widowiskiem Jacku Strongu.

W Gdyni Małe stłuczki pokazywane będą w nowej sekcji Inne spojrzenie. Podobnie jak canneńskie Un certain regard ma ona gromadzić filmy oferujące w polskim kinie nowe, odważniejsze perspektywy, spojrzenie z ukosa na znane tematy i motywy. Choć pomysłowi sekcji kibicuję, to w pierwszych odruchu pożałowałem, że film nie trafił do konkursu. Jednak po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że nie jest mu to potrzebne, to nie jest film, który rozkwitłby w blasku reflektorów na czerwonym dywanie. Potrzebuje on zupełnie innego mikroklimatu – małego festiwalu, DKF-u, kina studyjnego. I grupki oddanej publiczności. Choć klimat tego filmu nie do końca koresponduje z moją wrażliwością, choć widzę w nim różne słabości (zwłaszcza w odstającej od dwójki pozostałych aktorów roli Heleny Sujeckiej), choć zdaję sobie sprawę, że wystarczyłoby tu poprzestawiać kilka elementów, by wyszła nieznośna konfekcja (jeśli film odniesie sukces, czeka nas pewnie kilka jego konfekcyjnych naśladownictw), to Małe stłuczki mnie ujęły i chciałbym, by znalazły swoją publiczność. Niekoniecznie niewielką, na pewno oddaną.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij