Film

Majmurek: Geograf i major

Trudno nie porównywać „Majora” z polską „Drogówką”. Ale film Bykowa odstawia dzieło Smarzowskiego o kilka długości.

W pierwszy weekend Warszawskiego Festiwalu Filmowego wyróżniły się dwa mocne filmy z Rosji – Geograf przepił globus Aleksandra Wieledinskiego i Major Jurija Bykowa. Oba przedstawiają portrety współczesnej rosyjskiej prowincji – pierwszy z punktu widzenia nauczyciela w szkole średniej w Permie, drugi policjantów z Riazania. Jak można się spodziewać, obraz rosyjskiej rzeczywistości w żadnym z tych filmów nie jest optymistyczny i napełniający nadzieją. A mimo to obu udaje się uciec od pułapki epatowania kaskadą okropności i malowania czarnym na czarnym, w którą rosyjskie (i polskie) kino wpada wcale nie rzadko.

Wielki Guslar nad Kamą

Rozległa, ciągnąca się po horyzont, przez większość czasu pokryta śniegiem równina, przecinająca ją rzeka, na której bezużytecznie stoi flota statków, blokowiska otaczające koryto – takie wielokrotnie powtarzane ujęcia obrazują na ekranie Perm. Miasto jest senne, nic się w nim nie dzieje, nie ma pracy i perspektyw. Nie bardzo widać dzielące Rosjan różnice majątkowe, wszyscy mieszkają w takich samych ciasnych mieszkaniach na podobnych do siebie blokowiskach. Niektórzy mają trochę lepsze komórki i samochody. Ci, którzy dorobili się w chaosie lat 90., musieli stąd dawno wyjechać.

Na pewno nie dorobił się tytułowy geograf, Wiktor Służin (Konstanty Chabieński). Właściwie w ogóle nie jest geografem, tylko chemikiem. Wyrzucony z uniwersytetu, trafia do Permu – jak sam mówi – trochę jak dekabrysta na zesłanie. Praca geografa w szkole średniej jest jedyną, jaką udaje mu się znaleźć. Choć nie zna się ani na geografii, ani na pracy z młodzieżą, to ani on, ani zatrudniająca go szkoła nie mają żadnej lepszej oferty.

Klasa, którą uczy Służin, zupełnie nie jest zainteresowana jego nauką i urządzi swojemu nauczycielowi piekło. Służin ma zresztą poważniejsze problemy niż szkoła. Sypie mu się życie osobiste, żona zakochuje się z wzajemnością w jego najlepszym przyjacielu, on sam czyni awanse (do czasu ze średnim sukcesem) pięknej koleżance z pracy, nauczycielce niemieckiego (znana z Bikiniarzy Eugienia Chiriwskaja), a do niego nachalnie zaleca się jedna z sąsiadek.

Co w tej historii właściwie ciekawego? To, jak rozwija ona i adaptuje do współczesnych czasów tradycyjny w literaturze rosyjskiej obraz „inteligenta na prowincji” (film jest adaptacją powieści Aleksieja Iwanowa). Znany z Gogola, Dostojewskiego, Czechowa czy wreszcie fantastycznych, przedstawiających w satyrycznym świetle radziecką rzeczywistość opowiadań Kira Bułyczowa o nieistniejącym mieście Wielki Guslar. Perm z Geografa… jest trochę takim współczesnym, poradzieckim, zdeinstustrializowanym Wielkim Guslarem nad Kamą.

Służin jest reprezentantem kolejnego pokolenia właściwie zbędnego otaczającej go rzeczywistości, zmęczonego życiem rosyjskiego inteligenta.

Jak wielu jego literackich przodków, nie goni za pieniędzmi i karierą, ważniejsza jest dla niego wewnętrzna wolność, możliwość oderwania się od codziennego biegu, chwila medytacji nad kolejnym papierosem, długie biesiady z przyjaciółmi przy (niejednej) butelce wódki. Potrafi z pamięci recytować klasykę rosyjskiej poezji, z Puszkinem na czele, nie bardzo potrafi robić cokolwiek, co pozwalałoby mu się utrzymać na godziwym poziomie. Spod zgorzknienia i frustracji przebija u niego szlachetna melancholia i pewna specyficzna umiejętność radowania się życiem.
Właśnie ta paradoksalnie radosna melancholia, umiejętność odnajdywania ludzkiego dobra, ciepła i humanizmu w pozornie beznadziejnej rzeczywistości zawsze była wielką siłą rosyjskiej literatury. Wieledinskiemu udaje się ją przenieść na ekran, gdzie ciekawie łączy się z konwencją filmu szkolnego.

Geograf… wydaje się jak najdalszy od amerykańskich wzorców w tym temacie, od historii o idealistycznym nauczycielu, który trafia do grupy trudnej młodzieży, pracując 21 godzin na dobę, poświęcając dla nich całą swoją energię, zdobywa ich zaufanie, ratuje przed wstąpieniem na przestępczą ścieżkę, a niektórym otwiera drogą do stypendium w prestiżowym college’u. Nie, Służin, który sam ma nikłe pojęcie o swoim przedmiociea o jego życiu można powiedzieć wiele, ale nie to, że jest poukładane, nie ma ambicji „wyprowadzania” nikogo ze swoich uczniów i uczennic „na prostą”. A jednak ten ciągle pijany, wiecznie nieprzygotowany do własnych lekcji, roztrzepany jak bohater niemej komedii nauczyciel zdobywa zaufanie i ukryty pod niewybrednymi żartami szacunek swoich uczniów. Na szkolnym spływie przeżywa z nimi coś, co będzie fundamentalną lekcją dla obu stron.

Drogówka ze wschodu

Major jest znacznie mroczniejszym dziełem. Zaczyna się od śmierci 7-letniego chłopca. Przypadkowo rozjeżdża go w pobliżu przystanku autobusowego major riazańskiej policji, Sobolew. Chłopiec ginie na oczach matki, na miejsce wypadku od razu przyjeżdżają koledzy Sobolewa. Robią wszystko, by zatuszować sprawę, zrzucić winę na matkę chłopca i oczyścić swojego kolegę. Jeden bezprawny akt prowadzi do następnego, postacie wpadają w spiralę kłamstw, a w końcu zbrodni.

Bohaterami tego dramatu są dwaj policjanci: Sobolew i jego niższy rangą kolega Kroszunow. To ich wybory i dylematy przy popełnianiu każdej nieprawości obserwujemy, to ich decyzje napędzają dramat. Ale film Bykowa równie silnie co na indywidualnych wyborach skupia się na strukturalnym wymiarze zła. Pokazuje głęboko skorumpowaną, prowincjonalną, biedną rzeczywistość, w której zło jest na tyle silnie zakorzenione, że każde zachowanie kierującej się skrupułami i nieczystym sumieniem jednostki prowadzi tylko do jeszcze większego chaosu i przemocy, niż prowadziłoby konformistyczne podporządkowanie się powszechnej korupcji. Im szlachetniej próbują się zachowywać Sobolew i Kroszunow, tym gorzej się to wszystko kończy dla wszystkich wokół nich.

Trudno nie porównywać Majora z polską Drogówką. Film Bykowa odstawia dzieło Smarzowskiego o kilka długości. Nie ma tu malowania „czarnym na czarnym”, nie ma bohaterów wlewających w siebie co rano dwa litry wódki na dzień dobry, nie ma teologicznych widm w postaci bohaterów-alegorii uosabiających każdy z 7 grzechów głównych. Jest spokojny, zimno podany, pozbawiony histerii, materialistyczny, społecznie konkretny obraz zła i zepsucia. Szczególnie wiarygodny dzięki zagranym oszczędnymi środkami, nieprzeszarżowanym, trzymającym od początku do końca widza za twarz rolom Dymitra Kuliczkowa (Sobolew) i samego reżysera, Jurija Bykowa (Korszunow).

Warto polować na te dwa filmu, czy to jeszcze na WFF, czy później na Sputniku. Poza orientalistycznym stereotypem, poza imperialnymi fantazjami, jakie kraj Putina produkuje na swój własny temat, dają one fascynujący wgląd w rosyjską rzeczywistość daleką od eksponowanych obrazów Moskwy i Petersburga.
 

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij