Film

LaBruce: Porno to nuda dla mieszczan

Film jako masturbacja ego? Jestem naprawdę za stary, żeby mnie to miało jeszcze podniecać. 

Piotr Czerkawski: Przyszedłeś na nasze spotkanie w czarnej koszulce z nazwiskiem Rainera Wernera Fassbindera. Czy myślisz, że reżyserzy filmowi mogą być traktowani jak gwiazdy rocka?

Bruce LaBruce: Jestem tego pewien. W wielu wypadkach okazują się przecież jednakowo zbuntowani i świadomi własnego wizerunku. Fassbinder to najlepszy przykład takiej postawy, ale mam też podobną koszulkę z Bergmanem.

Z twórcą Siódmej pieczęci masz może niewiele wspólnego, ale już z Fassbinderem łączy cię zamiłowanie do wulgarności i przesady. Jak reagujesz, gdy określa się ciebie jako twórcę kampowego?

Wszystko zależy od rozumienia kampu, bo definicji tej estetyki jest przecież tyle, ilu jej badaczy. Osobiście traktuję kamp jako przesadzoną formę szczerości i chciałbym, by tego samego doszukiwano się w tym, co robię. Nie jestem zresztą pionierem, bo podobny efekt udało się osiągnąć choćby twórcom Co się zdarzyło Baby Jane?. Moje kino to właściwie wrażliwość Roberta Aldricha unurzana w makabrycznej estetyce teatru Grand Guignol.

Za najważniejszy tekst opisujący kamp wciąż uważa się słynny esej Susan Sontag „Notatki o kampie” powstały jednak w 1964, a więc w roku twojego urodzenia. Czy myślisz, że od tego czasu myślenie o kampie znacząco się zmieniło?

To zabawne, bo napisałem kiedyś długi artykuł stanowiący polemikę z tezami Sontag. Autorka nie przewidziała tego, że dzisiejszy kamp będzie znacząco różnił się od swego pierwowzoru. Wszystko przez popkulturę, która odebrała mu potencjał subwersywny i uczyniła z kampu bezpieczną rozrywkę dla burżuazji. Przypatrz się na przykład Beyonce. Jej zachowanie jest typowe dla persony kampowej, ale już twórczość okazuje się zaskakująco zachowawcza, opiewająca monogamię i wartości rodzinne. Moje filmy rodzą się z niezgody na taki stan rzeczy i stanowią próbę przywrócenia kampowi jego buntowniczego uroku.

Czujesz się osamotniony w tej krucjacie?

Z nadzieją obserwuję poczynania Gregga Arakiego i Harmony’ego Korine’a. Obaj są genialnymi sabotażystami, którzy potrafią doskonale oddać paradoksy myślenia współczesnych nastolatków i krytykować popkulturę przy użyciu jej własnego języka.

Przyznam, że na twojej liście brakuje mi Johna Watersa. Wydaje mi się symptomatyczne, że niegdysiejszy specjalista od prowokowania mieszczańskiego widza utracił na znaczeniu i od lat nie może zebrać funduszy na następny film.

Przypadek Watersa rzeczywiście jest częścią bardziej ogólnej, dość przygnębiającej tendencji. Inaczej niż w czasach inteligentnie skandalizujących Różowych flamingów czy Female Trouble, współczesna kultura zdradza zamiłowanie do ekscesu, który pozostaje rozczarowująco pusty, nie niesie za sobą żadnych dodatkowych znaczeń. Gwiazdy podpatrują swój styl u prostytutek i striptizerek, ale zamiast nacechować to działanie ideologicznie, traktują je wyłącznie jako element strategii marketingowej. W ten sposób skandal powszednieje i ulega banalizacji, a ekscentrykom pokroju Watersa trudniej jest wzbudzić zainteresowanie widowni.

We wchodzącej na nasze ekrany Gerontofilii znalazłeś jednak oryginalny sposób na zwrócenie uwagi publiczności. Zamiast szokować za wszelką cenę, zrealizowałeś bodaj najbardziej powściągliwy film w swoim dorobku.

Miałem poczucie, że doszedłem już do ściany, a realizacja kina quasi-pornograficznego po prostu mi się znudziła. Poza tym – jak już mówiliśmy – we wzbudzaniu kontrowersji nie ma już nic romantycznego. W świecie pełnym hałasu i przepychu prawdziwie wywrotowy wydał mi się więc zwrot w stronę spokoju. Podobną drogą poszedłem także w swoim kolejnym filmie, krótkometrażowym Pierrot Lunaire, który stanowi adaptację kompozycji Arnolda Schonberga.

Trudno mi uwierzyć, że wiecznie niepokorny Bruce LaBruce postanowił nagle złagodnieć.

Nie przesadzajmy. Zawsze będę miał słabość do prowokatorów. Z drugiej jednak strony, doskonale wiem, że z reguły nie udaje im się osiągać wymiernych korzyści politycznych. Do tego lepsza jest odrobina pragmatyzmu. Poza tym, muszę ci powiedzieć, że z wiekiem staje się coraz bardziej wyczulony na wszelkie przejawy radykalizmu. Brak dystansu do siebie i swoich przekonań czyni cię – pomimo najlepszych intencji – podobnym do twoich wrogów. Między innymi na tym założeniu opiera się komizm mojego filmu Raspberry Reich.

Czy twój zwrot w stronę mainstreamu może sugerować, że w dzisiejszych czasach nie ma już żadnych tabu, które prosiłyby się o przełamanie?

Z całą pewnością jest ich coraz mniej. Jedno z ostatnich dotyczy płynności granic między płciami – pierwiastków ekstremalnej kobiecości, które czasem ujawniają się w mężczyznach i odwrotnie.

Ten dyskurs, o ile nie wiąże się z komizmem i świadomą przesadą, jak w przypadku drag queen, jest marginalizowany nawet w środowiskach LGBT. Nie zgadzam się z taką praktyką i w proteście przeciw niej nakręciłem wspomniane Pierrot Lunaire. Specjalnie sięgnąłem zresztą po dzieło z 1930 roku, żeby pokazać, że namysł nad własną tożsamością płciową nie jest – jak chcieliby konserwatyści – wymysłem naszych czasów, lecz towarzyszy człowiekowi dłużej niż moglibyśmy przypuszczać.

Wspomniałeś o swoim odejściu od pornografii. Za sprawą takich filmów jak Nimfomanka Larsa von Triera seks zamiast wzbudzać poczucie wstydu, odważnie wkracza na salony. Jak wytłumaczyłbyś to zjawisko?

Pornografia zostaje stopniowo wchłonięta przez mainstream i w ten sposób przestaje być dla niego groźna. Podlega więc temu samemu procesowi, co wspomniany przeze mnie kamp bądź muzyka punkowa. Dziś koszulkę z logo Sex Pistols czy The Clash bez problemu kupisz znajdziesz przecież w galerii handlowej. Z filmami, które niegdyś szokowały erotyczną śmiałością, dzieje się zupełnie to samo. Wolę jednak, jeśli przedstawiciele burżuazji oglądają przy obiedzie Imperium zmysłów albo Intymność niż Wstyd Steve’a McQueena, który uwodzi pozorną odwagą, lecz w rzeczywistości przypomina pretensjonalne kazanie.

Czy myślisz, że tendencja do nasycania mainstreamowych filmów elementami pornografii będzie z biegiem czasu jeszcze wzrastać?

Mój producent, Jurgen Bruning, posiada firmę Cazzo Films, która – jak sama nazwa wskazuje – zajmuje się realizowaniem kina XXX. Podczas jednego z naszych spotkań, Jurgen opowiadał mi, że od pewnego czasu spotyka coraz więcej twórców, którzy próbują zainteresować go klasycznymi fabułami ze scenami niesymulowanego seksu. Są wśród nich filmy obyczajowe, komedie romantyczne, a nawet melodramaty. Taka strategia w moim przekonaniu nie ma jednak szans powodzenia. Wciąż trudno przecież namówić profesjonalnego aktora, a zwłaszcza gwiazdę do uprawiania seksu przed kamerą. Nawet w rzekomo pornograficznej Nimfomance korzystano przecież z dublerów należących do „branży”. Jeśli przełamanie tej tendencji nie udało się nawet von Trierowi, pewnie nie uda się już nikomu.

Z drugiej strony, niektóre gwiazdy przemysłu XXX próbują przecież zrobić karierę w Hollywood. Jak oceniasz ich wysiłki?

Nie czarujmy się: w większości przypadków są skazane na klęskę. Sukces udało się odnieść właściwie tylko Sashy Grey, która z powodzeniem zagrała w ambitnym filmie Soderbergha i teraz skupiła się na karierze muzycznej. O hollywoodzką karierę otarła się Traci Lords, ale ostatnio słuch właściwie o niej zaginął. Bardzo smutne jest natomiast przypadek Rona Jeremy’ego, który liczył na zrobienie kariery w poważnym aktorstwie i swoje niepowodzenia przypłacił głęboką depresją.

Ciekaw jestem jak oceniasz sposób, w jaki mainstream traktuje środowiska LGBT. W niemal każdej hollywoodzkiej komedii romantycznej obowiązkowo występuje przecież postać homoseksualnego przyjaciela, który swoimi radami wspiera główną bohaterkę.

Obecność homoseksualistów w takich filmach jest z pewnością pożyteczna, ale ostatnimi czasy postacie te skonwencjonalizowały się i straciły na wyrazistości. Trochę tego żałuję i tęsknię nawet za czasami, gdy geje okazywali się złoczyńcami i występowali przeciwko porządkowi społecznemu, bo budziło to ukrytą fascynację lub wręcz podziw odbiorcy. To samo można było powiedzieć o postaciach ironicznych dandysów wyrażających poglądy, do których nie wypadało się przyznawać nikomu innemu. Nie próbuję jednak demonizować mainstreamu. Pewnie cię to rozśmieszy, ale naprawdę wzruszyłem się na seansie Tajemnicy Brokeback Mountain. Rolę Heatha Ledgera uważam za absolutnie wybitną.

Gdy przyjeżdżasz z Kanady do Europy, sporo czasu spędzasz w Berlinie… 

To miasto wielkich kontrastów. Gdy przyjechałem do Berlina po raz pierwszy na początku lat 90., spotkałem wielu outsiderów, którzy mieli głowy wypchane kontestacyjnymi ideami. Dziś większość tych facetów wskoczyła w garnitury i prowadzi własne firmy!

Tak samo skończyli choćby najbardziej gorliwi uczestnicy protestów Maja 68.

I nie tylko oni.

Niemal każda rewolucja prędzej czy później zdradza swoje ideały.

Pamiętasz Inwazję łowców ciał w reżyserii Philipa Kauffmana z 1978 roku? Zawsze odczytywałem ten film jako groteskową metaforę burżuazyjnych pokus, które wdarły się do życia hippisujących radykałów.

Czy zatem w ogóle możliwe jest bycie konsekwentnym rewolucjonistą?

Bliska pod tym względem wydaje mi się strategia Jeana Geneta. Autor Dziennika złodzieja, przyglądał się wielu rewolucjom i ruchom społecznym XX wieku, ale potrafił doskonale wyczuć moment ich upadku, zdystansować się, a nawet pokusić o głęboki krytycyzm. Genet doskonale rozumiał także, że bunty obyczajowe są bardziej interesujące i trwalsze niż doraźne protesty polityczne. Popatrz choćby na to, co dzieje się dziś z ludzkim ciałem, które w coraz większym stopniu staje się zależne od technologii. To o wiele ciekawsze niż głowienie się, czy w danym kraju będzie rządzić prawica bądź lewica.

Ciekawe, że wspominasz akurat o tym. Rosnącą rolę technologii w naszym życiu uważasz za szansę, czy zagrożenie?

Mam bardzo mieszane uczucia. Technologia uczy nas dystansu do własnych możliwości i każe patrzeć na świat z pokorą. Z drugiej jednak strony, oddala ludzi od siebie, wtłacza życie w schematy i przez to napawa mnie absolutnym przerażeniem.

Rozwój technologii znacząco wpływa także na kształt współczesnego kina. Wystarczy nakręcić dziś film telefonem komórkowym i wrzucić go na YouTube, by poczuć się artystą. Taka demokratyzacja sztuki to dobry pomysł?

Nie da się ukryć, że każdy chce dziś być filmowcem albo fotografem i robić wokół siebie wiele hałasu. W tym momencie przypomina mi się jeden z moich ulubionych filmów kampowych – Moment by Moment z Johnem Travoltą i Lili Tomlin. Jane Wagner wpadła na świetny pomysł, by zdeklarowaną lesbijkę i domniemanego homoseksualistę obsadzić w rolach oddanych kochanków. W pewnym momencie któreś z nich wygłasza pamiętne zdanie: „Najważniejsze w byciu artystą to wiedzieć kiedy zamilknąć”. W obliczu sytuacji, w której byle gwiazdka pisze dziś bestsellerową autobiografię, słowa te wybrzmiewają dziś naprawdę proroczo.

W jaki sposób można, twoim zdaniem, zapobiec tej inwazji banału?

Nie chcę wyjść na snoba, ale uważam, że aby mienić się artystą należy mieć pomysł na siebie, oryginalny styl i gruntownie przemyślany przekaz.

Chodzi mi tylko o to, że jeśli koniecznie już chcesz zawracać ludziom głowę, lepiej miej im do powiedzenia coś ważnego. Tymczasem większość samozwańczych artystów próbuje wyrzygać się na widza albo masturbować na naszych oczach swoje ego.

Naprawdę jestem już za stary, by mogło mnie to podniecać.

Gerontofilia, reż. Bruce LaBruce, wchodzi w październiku na ekrany kin w Polsce. Krytyka Polityczna jest patronem medialnym filmu.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Czerkawski
Piotr Czerkawski
Dziennikarz kulturalny
Dziennikarz kulturalny. Publikuje w „Kinie”, „Filmie”, „Dzienniku”, „Odrze”, a także w portalach internetowych Filmweb.pl i Dwutygodnik.com
Zamknij