Film

Krwawy slapstick Tarantino [recenzja Majmurka]

W „Nienawistnej ósemce” przemoc nie daje się uzasadnić żadną „sprawą”.

W Nienawistnej ósemce, swoim ósmym filmie, Quentin Tarantino znów sięga po konwencję westernu. Jeśli ktoś jednak oczekuje powtórki z Django – rozczaruje się. W ogóle fani reżysera mogą być rozczarowani tym filmem. Tarantino świadomie zwodzi w nim widzów, zawodzi ich oczekiwania, odmawia satysfakcji. Ale właśnie w tym, jak to robi, tkwi wielkość tego dzieła i odwaga jego twórcy, która – choć wyszedłem z kina wkurzony – sprawia, że mam do Nienawistnej ósemki wielki szacunek.

Django odwrócony

Między Django a Nienawistną ósemką zachodzi relacja odwrócenia. Nowy film jest negatywem poprzedniego, a być może także całego pasma filmów Tarantino o zemście, jakie ciągnie się w jego twórczości od czasu pierwszego Killa Billa (2003).

W Django mieliśmy upał amerykańskiego Południa, tu są śnieżne pejzaże gór Wyoming. Tam podróż dwójki bohaterów przez Amerykę, tu ponad połowa filmu rozgrywa się w zamkniętym pomieszczeniu – smaganym przez śnieżne zamiecie przydrożnym zajeździe pośrodku pustkowia. Django było hołdem dla spaghetti westernu, z jego barokową przesadą, teatralną przemocą i operową inscenizacją. Nienawistna ósemka podejmuje dialog z kinem amerykańskim, przede wszystkim z tradycją amerykańskiego antywesternu lat 70. Panoramiczne obrazy śnieżnych pejzaży, wspaniale sfotografowanych przez Roberta Richardsona, przywodzą na myśl zdjęcia, jakie w McCabe i pani Miller (1971) Roberta Altmana zrobił Vilmos Zsigmond. Inne nawiązania filmowe mają często dość zaskakujący charakter. Druga część filmu, ta rozgrywająca się we wnętrzu, jest, jak twierdzi sam Tarantino, trawestacją kultowego horroru z lat 80. Coś (The Thing, 1982) Johna Carpentera – gdzie pochodzący prawdopodobnie z kosmosu, uśpiony przez millenia w wiecznej zmarzlinie stwór przejmuję kontrolę nad ciałami kolejnych badaczy z amerykańskiej stacji arktycznej.

Przemoc i sprawa

Jednak najważniejszym odwróceniem w Nienawistnej ósemce jest stosunek do przemocy. W Django przemoc pozostawała, jak pisał Cezary Michalski, „w służbie emancypacji”. Końcowa masakra w Candylandzie, zakończona wysadzeniem plantacji w powietrze, miała oczyszczający wymiar. Wydawała się sprawiedliwą odpowiedzią na zorganizowaną przemoc systemu niewolniczego. Nienawistna ósemka żadnego takiego oczyszczenia na koniec nie ofiaruje. W swoich ostatnich filmach Tarantino ukazywał orgię przemocy, która zawsze była usprawiedliwiona jakąś „sprawą”, na ogół dającą się wpisać w słuszny i „postępowy” kontekst. W Kill Billu i Death Proof (2007) „sprawą” była zemsta kobiet na krzywdzących je mężczyznach, a ogólniej – na całym patriarchacie. W Bękartach wojny „sprawa” to walka Żydów z faszyzmem, w Django czarnych Amerykanów z niewolnictwem. Za każdym razem pozwalało to widzom cieszyć się przemocą niemal bez winy. Niemal, bo Tarantino jest twórcą zbyt zdolnym, by tej radości nie nadać pewnej dwuznaczności.

W Nienawistnej ósemce następuje nie tyle oddzielenie przemocy od „sprawy”, ile poddanie w wątpliwość każdej możliwej „sprawy” uzasadniającej przemoc.

W filmie mamy bowiem całą plejadę bohaterów reprezentujących różne „sprawy”. John „Szubienica” Ruth (Kurt Russell) – łowca nagród, zawsze dbający o to, by oddać poszukiwaną osobę katu – reprezentuje „prawo”. Major Marquis Warren (Samuel L. Jackson), czarny weteran wojny secesyjnej po stronie Unii, „sprawę” Afroamerykanów. Szeryf Chris Mannix (Walton Goggins) i dawny generał Konfederacji Sandy Smithers (Bruce Dern) – „sprawę” przegranego Południa. Wieziona na egzekucję Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh), ciągle bita i upokarzana przez Rutha i Warrena, „sprawę” kobiet.

Tarantino nie mówi tu oczywiście głupot typu „Południe po wojnie cierpiało tak samo jak wcześniej czarni” albo „gdy mówimy o przemocy wobec kobiet, pamiętajmy o przemocy, jaką one stosują wobec mężczyzn”. Nie, między różnymi rodzajami przemocy nie ma żadnej ekwiwalencji. A jednocześnie każda z postaci, w jakiś sposób będąca „ofiarą” w Ameryce ery rekonstrukcji (czarny, kobieta, żołnierz przegranej strony w wojnie secesyjnej), zostaje przez Tarantino obnażona, „skompromitowana”, przyłapana na kłamstwie, okrucieństwie, sadyzmie, głupocie.

Krwawy slapstick

Wydobywając na wierzch przemoc związaną z każdą „sprawą”, w całej jej obsceniczności, nadmiarze, absurdzie, Tarantino wybija z nas komfortu, jaki mieliśmy jeszcze w Django. To sprawia, że coraz trudniej uwierzyć nam w jakąkolwiek „sprawę”, jakiej przemoc miałaby służyć. Z „ofiarami” z Nienawistnej ósemki trudno sympatyzować, trudno kibicować im w ich walce.
Zamiast poczucia słuszności zostaje widzowi makabryczny slapstick. Nietzscheański Zaratustra mawiał: „Powiadacie, iż słuszna sprawa uświęca nawet wojnę? A ja wam mówię: dobra wojna uświęca każdą sprawę. Wojna i męstwo uczyniły więcej wielkich rzeczy niż miłość bliźniego”. W Nienawistnej ósemce pozbawiona „sprawy” czy kierującego nią ideału „miłości bliźniego” przemoc pozbawiona jest jednak jakiejkolwiek wzniosłości. Jest tylko krwawą, coraz mniej śmieszną komedią.

Gdy eskaluje we wnętrzu zabitego na głucho dla ochrony przed wiatrem i śniegiem zajazdu, na początku nas śmieszy, potem coraz bardziej męczy i irytuje. Sprawia wrażenie złej, oglądanej w zapętleniu kreskówki, w której postaci nie przestają się ganiać, ranić, strzelać do siebie, rzucać w siebie nożami – nie mogąc jednocześnie się zabić. Bohaterowie Nienawistnej ósemki są jak widmowi, nieumarli, przemieni w wyjątkowo żwawe zombie Tom i Jerry czy Wilk i Zając.
W filmie Carpentera za szaleństwo bohaterów zamkniętych w ciasnej przestrzeni odpowiadał kosmiczny pasożyt – źródło, choć niewidzialne, dało się nazwać, racjonalnie wyjaśnić. Tu szaleństwo przemocy wydaje się endemiczne, nie przynosi go żadne obce ciało. Czy jednak na pewno nie da się wskazać jego źródła?

Wyjść z błędnego koła

Zastanówmy się, po co Tarantino sięga po historię sprzed półtora wieku. Jak ma się ona do współczesnych Stanów? Dla mnie analogie są uderzające. Patrząc na zgromadzoną w chacie w Wyoming makabryczną ósemkę, nie sposób nie dopatrzeć się w niej obrazu współczesnej Ameryki. Głęboko podzielonej, niezdolnej wyrównać różnych rachunków win z przeszłości, siedzącą na licznych nagromadzonych przez swoje dzieje beczkach prochu, w każdej chwili gotowych wybuchnąć, rozsadzając wspólnotę. Tak jak w filmowym zajeździe, tak i we współczesnych Stanach bardzo łatwo napuścić na siebie poszczególne nieuprzywilejowane grupy: białą biedotę ze wsi na czarną z miasta, czarnych mężczyzn na białe kobiety, klasę robotniczą na sprekaryzowanych absolwentów collegów czy Latynosów itd. Wzajemnie się atakując, nieuprzywilejowani tylko pogarszają swoją sytuację – tak jak bohaterowie nowego filmu Tarantino.

A przecież westerny zamiast wzajemnie wyniszczającej orgii przemocy często pokazywały współpracę takich bohaterów – wyrzutków, ludzi żyjących na granicy prawa, rozbitków z amerykańskiego snu.

Tak jest w przywoływanym wyżej filmie Altmana, gdzie mimo początkowych różnic hazardzista i utracjusz John McCabe oraz doświadczona madame Constance Miller zakładają wspólnie dobrze prosperujący dom publiczny w pustce amerykańskiego północnego Zachodu. Jednak ich specyficzna wersja american dream kończy się, gdy na teren wkraczają wielkie kompanie górnicze, a wraz z nimi skoncentrowany kapitał pragnący zagarnąć dla siebie wszystko i stojące na jego straży prawo, nietolerujące takich wyrzutków jak McCabe i madame Miller. Motyw wejścia prawa i kapitału (na ogół w postaci spółek górniczych lub kolejowych) jako końca wolności przeżywanych przez wykluczonych ze społeczeństwa, niespokojnych jednostek na amerykańskim pograniczu często wraca w rewizjonistycznym westernie przełomu  lat 60. i 70. – w Balladzie o Cable’u Hogue (1970) Sama Peckinpaha, w Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (1968) Sergio Leone i wielu innych.

W Nienawistnej ósemce kapitał, władza, prawo – jako opresyjne instancje stanowiące zagrożenie dla wszystkich bohaterów – pozostają niewidoczne. Możemy się zastanawiać, czy Major Warren i Daisy Domergue, gdyby dostrzegli wspólnego „wroga”, przestaliby się mordować z taką absurdalną intensywnością. Ten „wróg” nie pojawia się jednak ani przez chwilę na ich horyzoncie. Zamiast kolejnej opowieści o emancypacyjnej przemocy Tarantino zostawia nas po seansie z wielkim poczuciem dyskomfortu. Zderza nas z niekomfortową prawdą, że cierpienie nie uszlachetnia, że ofiary często są okrutne, głupie, złe, nie przestając jednocześnie być ofiarami.

Dopieszczony w każdym kadrze, wspaniale sfotografowany, świetnie napisany, skrzący się błyskotliwym dialogiem, zachwycający precyzją reżyserii film pracowicie buduje naszą frustrację i rozczarowanie. Ale wolę tak się frustrować i rozczarowywać z Tarantino, niż od innych filmowców dostawać satysfakcję.

 

**Dziennik Opinii nr 33/2016 (1183)

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.