Film

Czarna Anna Boleyn? Czemu nie. Czarny Kazimierz Wielki też nie byłby złym pomysłem

Każda ekranowa wizja przeszłości odbija tak naprawdę klimat teraźniejszości – czy postulat, by przynajmniej część opowieści o przeszłości uwzględniała wielorasowość i wieloetniczność społeczeństwa, do którego są kierowane, naprawdę jest aż tak radykalny?

Brytyjski Channel 5 zapowiedział nowy serial o Annie Boleyn, drugiej żonie Henryka VIII, straconej w 1536 roku pod sfabrykowanymi zarzutami zdrady, po tym jak król zwątpił, że Anna urodzi męskiego potomka. Serial, zanim ktokolwiek go zobaczył, już wywołał kontrowersje. Nie poszło o rzecz najbardziej oczywistą – czy naprawdę potrzebujemy kolejnej produkcji o Tudorach – ale o odtwórczynię głównej roli. Obsadzona w roli Anny Jodie Turner-Smith jest bowiem czarnoskóra.

W reakcji na taką decyzję obsadową odezwały się przewidywalne głosy. Że to oszalała polityczna poprawność, fałszowanie historii w imię współczesnej polityki itd. Dało się je znaleźć także w polskim internecie, który na punkcie koloru skóry aktorów wydaje się mieć jakąś niezdrową obsesję. Kilka lat temu wybuchła awantura, gdy pojawiły się informacje, że w Wiedźminie Netflixa postać Ciri może zagrać niebiała aktorka. Polscy fani sagi z zaciekłością godną lepszej sprawy przekrzykiwali się jeden przez drugiego, że nie tylko Ciri, ale i całe uniwersum Wiedźmina „jest słowiańskie”, choć jako żywo Andrzej Sapkowski nigdy nie chciał pisać słowiańskiej fantasy, a z prób jej tworzenia przez konkurencję niemiłosiernie szydził.

Czemu nie przeszkadzają mi czarne elfy

Oczywiście Anna Boleyn, inaczej niż Ciri, jest postacią historyczną, o której wiemy, że czarna nie była. Czy to jednak faktycznie oznacza, że nie może jej grać czarna aktorka? Moim zdaniem niekoniecznie.

To nie zaczęło się dziś

W 2016 roku BBC emituje drugi sezon serialu The Hollow Crown, ekranizacji szekspirowskich Kronik królewskich (w Polsce można obejrzeć ją na Amazon Prime). Drugi sezon obejmuje sztuki skupiające się na historii wojny dwóch róż, między domami Lancasterów i Yorków. Produkcja gromadzi kwiat brytyjskiego aktorstwa. Na ekranie pojawiają się m.in. Hugh Bonneville, Sally Hawkins, Judi Dench, Benedict Cumberbatch. Na pierwszy rzut oka zwraca uwagę jednak uwagę kto inny: żona zmagającego się chorobą psychiczną króla Henryka VI, Małgorzata Andegaweńska. Odtwarza ją czarnoskóra aktorka Sophie Okonedo. I robi to naprawdę znakomicie. Jej Małgorzata jest dokładnie taka, jaką wyobrażamy sobie, czytając Szekspira: władcza, arogancka, wyprzedzająca swoje czasy, w sytuacji choroby męża zmuszona przewodzić politycznemu obozowi, z którym związało ją małżeństwo, w królestwie, które ciągle postrzega ją jako cudzoziemkę, obcą.

Reżyser serii Dominic Cooke pytany o to, dlaczego zaproponował rolę Małgorzaty właśnie Okonedo, odpowiedział, że po prostu jego zdaniem była to najbardziej kompetentna aktorka w kraju, by zagrać tę rolę. „W teatrze taki wybór to nic dziwnego, robimy to od dawna” – odpowiadał Cooke naciskającym go dziennikarzom.

Faktycznie, w teatrze szekspirowskim praktyka obsadzania czarnoskórych aktorów w roli tradycyjnie białych – w tym historycznych – postaci nie zaczęła się dziś. Pionierem przecierającym szlaki był Ira Aldridge (1807–1867). Urodzony jako wolny czarny w Nowym Jorku, Aldridge w latach 20. przyjeżdża do Wielkiej Brytanii, gdzie robi karierę jako szekspirowski aktor. Odtwarza zarówno tradycyjnie „czarne” role – np. Otella – jak i te „białe” – Ryszarda III, króla Leara, Shylocka z Kupca weneckiego.

Oczywiście, Aldridge w XIX wieku był raczej wyjątkiem niż regułą. Szekspirowski teatr wiktoriańskiej Anglii, nie mówiąc o Stanach Zjednoczonych tego okresu, nie ofiarował wielu ról czarnym aktorom. Niemniej kolejni czarni artyści, wbrew wszelkim przeciwnościom, próbowali mierzyć się z Szekspirem. Czasem z fascynującym efektem. W 1936 roku Orson Welles wystawił w Nowym Jorku tzw. Voodoo Makbeta. Akcję sztuki przeniósł ze średniowiecznej Szkocji na fikcyjną wyspę na Karaibach, wiedźmy z północnej Europy i ich magię zastąpiło voodoo. Cała obsada była czarna. Sztuka okazała się wielkim frekwencyjnym i artystycznym sukcesem. W ostatnich kilku dekadach praktyka obsadzania czarnych aktorów w tradycyjnie „białych” rolach staje się coraz częstsza w teatrze po obu stronach Atlantyku.

Trudno o racjonalny argument, dlaczego utalentowani czarni aktorzy nie powinni mieć szansy, by odtwarzać np. Hamleta albo Ryszarda III. Na scenie teatru mamy przecież oglądać nie aktora z jego prywatnymi cechami – takimi jak właśnie kolor skóry – ale postać, którą buduje za pomocą swojego aktorskiego warsztatu, który jest mistrzowski, dobry lub słaby niezależnie od koloru skóry. Gdy oglądam wspomnianą Okonedo w The Hollow Crown, widzę świetnie zbudowaną postać Małgorzaty, nie czarną aktorkę.

Prawda czasu, prawda ekranu

Oczywiście kino i telewizja to nie teatr, serial historyczny to nie adaptacja Szekspira. W teatrze i u Szekspira dopuszczamy większą umowność, na film i serial historyczny często patrzymy instynktownie w naiwnie realistyczny sposób, traktując je po prostu jako odbicie historycznej rzeczywistości.

Kino i seriale historyczne są jednak tyleż odbiciem, co wysoce umowną kreacją przeszłości. Inscenizowaną nie tylko na podstawie naszej wiedzy o historii, ale także gustów i wyobrażeń epoki, w których dana produkcja powstaje. Widać to także w wyborach obsadowych. W rolach władców, dworzan, wielkich polityków, królowych z przeszłości obsadzamy aktorów raczej na podstawie tego, jak współczesna publiczność wyobraża sobie, że powinny wyglądać postaci uosabiające władzę i prestiż, niż naszej wiedzy na temat tego, jak dane historyczne postaci faktycznie wyglądały.

Przykłady? By pozostać przy Tudorach: w czwartym sezonie serialu Dynastia Tudorów (2007–2010) Henryka VIII w ostatniej dekadzie życia ciągle gra smukły Jonathan Rhys Meyers, choć Henryk VIII zmagał się wtedy z bardzo poważną otyłością, która – razem z ciągle odnawiającą się raną na nodze – praktycznie uniemożliwiała mu normalne poruszanie. Mark Rylance w Wolf Hall (2015) w roli Thomasa Cromwella wygląda raczej jak konsultant polityczny ze współczesnego Londynu lub Waszyngtonu niż jak ciężki, zwalisty mężczyzna z portretu Holbeina. Mimo braku fizycznego podobieństwa do znanych przedstawień wybitnego ministra Henryka VIII Rylance tworzy wybitną kreację.

Mężczyźni też doświadczają gwałtów. A w „Bridgertonach” gwałt na mężczyźnie to taka małżeńska kłótnia

Sama Anna Boleyn odtwarzana była przez bardzo różne aktorki, niekoniecznie pochodzące z Anglii, obsadzane raczej na podstawie wyobrażeń epoki na temat tego, jak powinna wyglądać zdolna uwieść króla i widza gwiazda filmowa, nie podobieństwa do historycznych opisów i portretów Boleyn. W Prywatnym życiu Henryka VIII (1933) wciela się w nią Merle Oberon – aktorka, mając częściowo induskie i maoryskie pochodzenie, które skrzętnie ukrywała, w Kochanicach króla (2008) – Natalie Portman, Amerykanka żydowskiego pochodzenia, w Annie tysiąca dni francuskojęzyczna Kanadyjka, Geneviève Bujold – tworząca chyba najciekawszą kreację tej postaci na ekranie. Nie widzę powodu, by we współczesnej, wielokulturowej Wielkiej Brytanii nie spróbować czarnoskórej Anny.

Rozpoznać się w historii

W ostatnich latach wielkim hitem na Broadwayu był musical Hamilton poświęcony jednemu z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, pierwszemu sekretarzowi skarbu w administracji Waszyngtona, Alexandrowi Hamiltonowi. Reżyserem i odtwórcą tytułowej roli jest Portorykańczyk Lin-Manuel Miranda. Rolę amerykańskich ojców założycieli odtwarzają niebiali aktorzy. Miranda mówił, że jego musical to historia o narodzinach Ameryki, opowiedziana przez współczesną Amerykę: wielorasową demokrację, która jest – a przynajmniej powinna być – ojczyzną tyleż potomków europejskich kolonistów, co potomków Azjatów, czarnych, Meksykanów czy rdzennych Amerykanów.

Innymi słowy, Hamilton oferuje wizję historii, w której przejrzeć się może współczesne, wielorasowe amerykańskie społeczeństwo. Podobną funkcję pełnią szekspirowskie i historyczne produkcje z czarnymi aktorami. Są one sygnałem dla niebiałych, niepochodzących z Europy obywateli i obywatelek takich państw jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, że mają pełne prawo, by traktować angielską i amerykańską historię także jako swoją opowieść. Każda ekranowa wizja przeszłości odbija tak naprawdę klimat teraźniejszości – czy postulat, by przynajmniej część opowieści o przeszłości uwzględniała wielorasowość i wieloetniczność społeczeństwa, do którego są kierowane, naprawdę jest aż tak radykalny?

To, jakie opowiadamy sobie opowieści, ma duże znaczenie dla demokracji. Sytuacja, gdy czarnym aktorom w historycznych produkcjach przypadają wyłącznie role niewolników, wodzów podbitych plemion i służących, nie sprzyja budowaniu wielokulturowego społeczeństwa. Czarna Anna Boleyn wydaje się ciekawym pomysłem – choć biorąc pod uwagę, jak wiele widziałem już historii o Tudorach na ekranie, nie wiem, czy nie wolałbym zobaczyć produkcji, która w centrum stawia afrobrytyjską historię i doświadczenie. Bo nie tylko czarni powinni mieć szanse odtwarzać dotąd zmonopolizowane przez białych postaci, ale warto też, by biali zrobili więcej miejsca dla opowieści innych grup tworzących współczesne zachodnie społeczeństwa.

Lęk przed czarną planetą

czytaj także

Nas też to czeka

Z punktu widzenia ciągle niemal jednorodnej etnicznie Polski wszystkie te problemy mogą wydawać się abstrakcyjne. Jednak prędzej czy później też przed nimi staniemy. Dane demograficzne są bezlitosne: jeśli Polska gospodarka ma się rozwijać, będziemy potrzebowali migracji, cokolwiek pokrzykiwaliby sobie konfederaci. Także z pozaeuropejskich obszarów. Za kilka dekad etniczny krajobraz Polski może się zasadniczo zmienić. Może pojawić się znacząca grupa obywateli o kolorze skóry innym niż biały.

Kultura, w tym kino, telewizja i teatr, będą musiały na to reagować. Także twórcy historycznych produkcji będą musieli sobie zadać pytanie, jak pokazać polską historię wieloetnicznemu polskiemu społeczeństwu. Czy wybitny czarnoskóry aktor urodzony, dajmy na to w Krakowie, może zagrać Kazimierza Wielkiego albo Adama Mickiewicza? Nie ukrywam, że nie miałbym nic przeciwko takiemu eksperymentowi – w przyszłej wielorasowej Polsce czarny Kazimierz Wielki na ekranie mógłby się okazać naprawdę świetnym pomysłem.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij