Andy Weir, Projekt Hail Mary, przeł. Radosław Madejski, Wyd. Akurat 2025
– Ile jest dwa plus dwa?
Pytanie ma w sobie coś irytującego. Jestem zmęczony i z powrotem odpływam w sen.
Upływa kilka minut, a potem znowu słyszę to samo.
– Ile jest dwa plus dwa?
Pozbawiony emocji miękki kobiecy głos ma taką samą intonację jak poprzednim razem. To jest komputer.
Mężczyzna budzi się w niewielkim pomieszczeniu na czymś, co przypomina szpitalne łóżko, zajmuje się nim robot medyczny, obok są jeszcze dwa takie łóżka a na nich zmumifikowane zwłoki nieznanych mu osób. Wie, ile to jest dwa plus dwa, ale nie pamięta, kim jest, a musi przypomnieć sobie swoje imię, żeby komputer wpuścił go do następnego pomieszczenia. Ma za to w głowie całkiem sporo wiedzy na inne tematy.
Wreszcie przypomina sobie swoje imię – Ryland Grace – i potem do końca powieści będzie odbudowywał wspomnienia, aż wreszcie dojdzie do tego, jak tu się znalazł i że odbyło się to wbrew jego woli. Na razie wystarczy imię, by przejść dalej – jest na statku kosmicznym, udaje mu się ustalić, że znajduje się kilkanaście lat świetlnych od Ziemi i przypomnieć po co – ma uratować ludzkość przed nadchodzącą zagładą.
Od pewnego czasu czytamy głównie postapokaliptyczne powieści o Ziemi zniszczonej przez katastrofę klimatyczną, czyli przegrzanie (poprzednio była modna wojna atomowa), tym razem jest odwrotnie – Ziemi grozi nowa epoka lodowcowa, której ludzkość może nie przetrwać, mamy przed sobą jakieś trzydzieści lat, a przedtem głód, wojny i inne groźne konsekwencje zmian klimatu. Tym razem jest to hard science fiction, czyli dużo nauki, sensownej, oczywiście w ramach fikcji.
Dobrzy pragmatycy ratują świat przed astrofagami
To misja ostatniej szansy. Po polsku Hail Mary to dosłownie Zdrowaś Mario, ale pewno należałaby nazwać taki projekt „Boże dopomóż”, bo nadzieja jest minimalna – dla ludzkości i dla Grace’a, bo nie ma dość paliwa, żeby wrócić na Ziemię. Ma poświęcić, wbrew własnej woli, życie i uratować nasz świat. Gdyby był złym człowiekiem, machnąłby ręką na ludzkość, która wepchnęła go do tej rakiety i zaczął rozważać, jak najlepiej popełnić samobójstwo, ale jest dobrym, sympatycznym Amerykaninem, niepozbawionym poczucia humoru, uwielbianym szkolnym nauczycielem przedmiotów ścisłych. Takim chłopakiem z sąsiedztwa.
Jak to się stało, że to on stał się jedyną nadzieją ludzkości? Kryzysem, o którym na początku wiadomo tylko tyle, że Słońce stygnie, a z Wenus łączy je tajemniczy łuk wydzielający promieniowanie podczerwone o stałej częstotliwości, zarządza z ramienia ONZ jedna wszechmocna kobieta, Holenderka Eva Stratt. Wszyscy na świecie podporządkowują się jej, państwa ze sobą zgodnie współpracują – Rosja, Stany, Chiny i inni, nikt nie ma prawa jej odmówić, jeśli postanawia dołączyć kogoś do grupy naukowców badających zjawisko. Każda jej decyzja jest bezzwłocznie wykonywana.
Stratt jest pragmatyczną do bólu utylitarystką. Gdyby w praktyce miała podejmować decyzję w słynnym etycznym eksperymencie znanym jako „dylemat wagonika” (żeby uratować kilka osób, trzeba jedną zepchnąć z mostu), zepchnęłaby własną matkę. Jej decyzje, np. żeby za pomocą ładunków jądrowych roztopić część lodowców na Antarktydzie, miewają bolesne skutki uboczne, ale czego się nie robi, żeby ratować ludzką cywilizację? Jest też gotowa podjąć ryzyko i ponieść wszelkie konsekwencje. I to ona odpowiada za projekt misji i wybiera załogę.
Skąd bierze się to ochłodzenie zagrażające naszej planecie? Winne są astrofagi – jednokomórkowe mikroorganizmy, które odżywiają się energią słoneczną, „zjadają ją”, lecą na Wenus, gdzie korzystając z CO2 – węgiel jest konieczny do budowy komórki – rozmnażają się i wracają „najeść” się na Słońce i znowu lecą na Wenus i z powrotem… Zainfekowały tak wiele układów planetarnych, ale jest jedna planeta, która się im oparła. Tam właśnie Grace musi poszukać odpowiedzi.
Amerykański ósmy pasażer
Na szczęście nie będzie sam, spotka tam kolegę z innego układu, który przyleciał w tej samej sprawie i ma bardzo przydatne umiejętności – jest genialnym inżynierem. Najpierw jednak trzeba się poznać i porozumieć, a nie będzie to łatwe.
Obcy jest bowiem radykalnie inny i nie ma nawet twarzy (chociaż w rozumieniu Levinasa oczywiście ma), nie ma też oczu, dzięki którym możliwy byłby kontakt wzrokowy, zastępuje mu to fantastycznie rozwinięty zmysł echolokacji, jak u nietoperzy, tylko dużo czulszy. Jest wielkości sporego psa i przypomina kamiennego kraba z pięcioma odnóżami. Porozumiewa się za pomocą złożonych akordów, zapisywanych w książce nutami, i zostanie nazwany Rocky. Oddycha inną atmosferą, zabójczą dla człowieka, złożoną głównie z amoniaku, a ziemska atmosfera jest dla niego zabójcza, dlatego panowie zawsze muszą być oddzieleni szybą.
Nie wiadomo zresztą, czy panowie, bo Rocky jest interseksualny, czyli chyba ono? Grace jednak wybiera zaimki męskie – z grzeczności. Pewnie wiecie, że jest też film, wierny książce i aktualnie bardzo popularny, chwalony za to, że nie jest woke. No nie jest.
Ważne, że obcy nie jest potworem, żadnym ósmym pasażerem Nostromo, a raczej E.T. dla dorosłych. Rocky i Grace nawiążą bliską przyjaźń, bo są tak samo inteligentni. Dlaczego? Może jesteśmy jednak spokrewnieni, jeśli przyjmiemy hipotezę panspermii, zakładającą, że całe życie we wszechświecie pochodzi z jednego źródła i zostało rozniesione na inne planety. Przyjaźń okaże się tak bliska i głęboka, że Grace, który nie chciał umierać za ludzkość, gotów jest umrzeć, by uratować Rocky’ego i jego planetę.
W parze działają trochę jak pomysłowy Dobromir z dobranocki (dla dorosłych) – pojawiają się kolejne problemy, ale to na pewno jakoś da się je rozwiązać! I daje.
Kolejnym ważnym bohaterem tej powieści, może najważniejszym, jest nauka, pokazana jako kolejne zagadki, które trzeba rozwikłać. Postawić hipotezy, sprawdzić, użyć dostępnego sprzętu, stworzyć potrzebne narzędzie… Poza fantastycznymi astrofagami i lekarstwem chyba wszystko mieści się w granicach współczesnej nauki i wszystko jest dokładnie uzasadnione. Co będzie, jeśli zmieni się statek w wirówkę? „Zgodnie z zachowaniem momentu pędu prędkość kątową w ruchu obrotowym rośnie, gdy maleje moment bezwładności”.
To tworzy w dużej mierze atmosferę książki, co dla jednych może być zaletą, a dla innych wadą. Zakładam, że nie wszyscy czytelnicy dysponują taką wiedzą, ale i bez niej może to być wciągające. Fizyka kończy się tu na Einsteinie, więc nie ma różnych cudów, które obecnie wymyśla się, używając mechaniki kwantowej. Czy nie mogłaby to być w fajnej szkole świetna lektura na zintegrowanych lekcjach fizyki, chemii, biologii, astronomii? Można by z uczniami omawiać zagadkę po zagadce? Grace’owi na pewno by się ten pomysł spodobał.
W filmie oczywiście tyle nauki nie da się pomieścić. Zostaje przede wszystkim hollywoodzko pokrzepiająca i wzruszająca opowieść o przyjaźni i dobry Amerykanin, który ratuje świat. Co prawda początkowo nie jest gotowy poświęcić się dla ludzkości, ale rannego kolegę zawsze z pola walki wyniesie. Takie amerykańskie soft power wciąż działa, podczas kiedy ich ósmy pasażer Nostromo i jemu podobni opanowują właśnie statek, którym lecimy.



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.