Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Czy możliwa jest konfederacja izraelsko-palestyńska?

Bartov w swojej książce przytacza wiele argumentów popartych swoim naukowym aparatem – ale to narracja, którą mniej więcej znamy. Jest też inna, ale ci, którzy ją stosują, i tak zapewne nie przeczytają tej książki. Podzieliliśmy się na „hamas” i „hasbarę”.

ObserwujObserwujesz
Walka

Omer Bartov, Izrael. Co poszło nie tak?, przeł. Tomasz Biedroń, Wyd. Literackie 2026

W książce analizuję tragiczną przemianę syjonizmu z ruchu dążącego do wyzwolenia europejskich Żydów od ucisku i prześladowań w państwową ideologię etnonacjonalizmu, coraz bardziej skoncentrowaną na wykluczeniu i brutalnym zdominowaniu Palestyńczyków pod rządami Izraela. (…) Jakim gorzkim zrządzeniem losu doszliśmy do momentu, w którym niecałe osiemdziesiąt lat po powstaniu państwa żydowskiego w 1948 roku w tym samym roku, w którym Organizacja Narodów Zjednoczonych w ramach odpowiedzi na nazistowską eksterminacje europejskich Żydów przyjęła konwencję o ludobójstwie – Izrael podejmuje ludobójcze działania przy niemal całkowitej bezkarności i braku reakcji ze strony międzynarodowego systemu prawnego, ustanowionego po drugiej wojnie światowej w celu zapobiegania tej zbrodni i karania za nią?

Omer Bartov jest amerykańsko-izraelskim historykiem urodzonym w 1954 roku w izraelskim kibucu, już jego ociec urodził się w Palestynie, a dziadkowie-syjoniści przyjechali tu w latach 20. z Polski, z Buczacza (dziś Ukraina), uciekając przed antysemityzmem. Przez cztery lata służył w izraelskim wojsku IDF, był dowódcą kompanii w Gazie, na Zachodnim Brzegu, na Synaju. Od wielu lat jest profesorem wykładającym na amerykańskich uniwersytetach, zajmuje się Holokaustem, ludobójstwami, antysemityzmem, historią II wojny światowej i mikrohistorią (Buczacza). Utrzymuje jednak stale bliskie kontakty z Izraelem, gdzie mieszka jego syn i wnuki. Również po 2023 roku.

Czytaj także Dunin: Lecz ludzi dobrej woli jest mniej (i nie mają władzy) Kinga Dunin

Od początku działań Izraela po ataku z 7 października mówił o zbrodniach wojennych i czystkach etnicznych, by po roku przyznać, że w Gazie dochodzi do ludobójstwa. Jak mogło do tego dojść? Swoje wyjaśnienia zaczyna od pokazania dawnych (chrześcijańskich) i nowożytnych źródeł antysemityzmu, którego apogeum stał się Holokaust. Jednocześnie podkreśla, że dzisiejsza krytyka, Izraela nie jest antysemityzmem, choć – jak przyznaje – może być dla niego przykrywką. Przyglądając się temu, co nazywane jest „narastającą fala antysemityzmu w Europie Zachodniej i Stanach” zauważa, że część incydentów uznawanych za antysemickie wynika właśnie z uznania, że krytyka Izraela jest antysemityzmem i że wciąż sprawcami najczęściej są przedstawiciele prawicy.

Po Holokauście społeczność międzynarodowa była gotowa silniej niż dotychczas poprzeć powstanie niepodległego państwa żydowskiego – z poczucia winy, może trochę żeby pozbyć się problemu, a w Palestynie istniał już żydowski kolonializm osiedleńczy. Drogę do powstania państwa otworzyła rezolucja ONZ, która sama w sobie nie stanowi prawa (gdyby tak było, Izrael uznałby wszystkie – a było ich wiele – rezolucje w sprawie Palestyny).

To, co najczęściej nazywa się „napaścią państw arabskich na nowo powstałe państwo Izrael”, opisuje tak: „Zażarta wojna między Żydami a wspieranymi przez armię kilku państw arabskich palestyńskimi Arabami – którzy odrzucili przedstawiony przez ONZ plan podziału Palestyny jako niesprawiedliwy i nieuczciwy – zakończyła się zwycięstwem Żydów i klęską Palestyńczyków”. Potem, aby uzyskać przewagę w strukturze ludnościowej, Żydzi wygnali większość ludności palestyńskiej, która przedtem stanowiła dwie trzecie populacji. Uważa zatem, że te dwa wydarzenia – Holokaust i Nakba – są ze sobą splecione na płaszczyźnie historycznej i należy je rozpatrywać razem.

Analizuje funkcje, jakie pełni Holokaust w świadomości Żydów Izraelskich – każde zagrożenie jest z nim porównywane i uznawane za ostateczne i egzystencjalne, można więc odpowiedzieć na nie w każdy dostępny sposób i jest to usprawiedliwione. Za tym idzie brak empatii i zrozumienia dla drugiej strony. Atak 7 października oczywiście potępia, choć uznaje prawo Palestyńczyków do oporu, jednak nie do barbarzyńskiego traktowania ludności cywilnej (tylko muszę zauważyć, że świat niestety obudziły dopiero te niecywilizowane formy oporu).

Rozumie wrogość Palestyńczyków wobec Żydów i widzi w niej również deklaracje ludobójcze, choć tylko za część tego można winić fundamentalistyczny islam. Zarzuca rządowi Netanjahu zaniedbania w obronie i świadomą zgodę na przekazywanie do strefy Gazy pieniędzy z Kataru. Analizuje system prawny Izraela, w którym wciąż nie powstała konstytucja, a zagwarantowane w nim prawa człowieka nie dotyczą terenów okupowanych, gdzie także dochodzi do zbrodni.

Czytaj także Więzienie za krytykę Izraela? Kontrowersyjne prawo podzieliło Francję Artur Troost

Bartov w swojej książce przytacza wiele świadectw, dokumentów, powszechnie uznanych faktów (czyli takich, o które dżentelmeni się nie spierają), argumentów popartych swoim naukowym aparatem – ale to jest narracja, którą mniej więcej znamy. Jest też inna, ale ci, którzy ją stosują i tak zapewne nie przeczytają tej książki, a jak przeczytają, to nie zmienią zdania. Podzieliliśmy się na „hamas” i „hasbarę”.

Na koniec autor proponuje jednak, żebyśmy zastanowili się: co dalej? Jest kilka złych scenariuszy dla Palestyńczyków i – w dalszej perspektywie – złych dla Izraela, a czy jest jakiś dobry? Nawet jeśli naiwny, może niewykonalny. Zostawiając za sobą pytania: kto zaczął, kto jest bardziej winny, czy Izrael ma prawo istnieć, czy Palestyna może stać się normalnym państwem, może warto przynajmniej wyobrazić sobie pozytywny scenariusz. Dla Bartova jest nim proponowany przez izraelską badaczkę i publicystkę Dahlie Scheindlin pomysł na konfederację Palestyny i Izraela. Taką mini Unię Europejską, z częścią polityk wspólnych, w której Izrael i Palestyna byłyby suwerennymi krajami

Nawet jeśli jest to pomysł nierealistyczny, to nie bardziej niż ten jednopaństwowy – wówczas Żydzi uzyskali by zbyt wielką przewagę i na pewno ją wykorzystali. Albo dwupaństwowy – nie rozwiązywałby problemu 700 tys. osadników na terenach okupowanych. W ramach konfederacji, jeśliby tam pozostali, podlegaliby prawu palestyńskiemu. Jerozolima byłaby miastem wolnym i wspólną stolicą. Między państwami istniałby wolny przepływ ludzi. Bartov wspomina o jeszcze innych podobnych koncepcjach, dziś rzeczywiście trudnych do wyobrażenia.

Jakie warunki musiałby być spełnione, żeby mogło do tego dojść? W tej chwili nie można liczyć na wewnętrzne siły ani w Izraelu, ani w Palestynie. Potrzebny byłby bardzo silny nacisk zewnętrzny – UE, USA, ONZ. Władze obu krajów musiałby zostać zastąpione najpierw przez jakieś tymczasowe, przygotowujące wolne wybory pod międzynarodowym nadzorem. Taki proces trzeba by rozłożyć na lata i połączyć z działaniami na rzecz „prawdy i pojednania”.

Przypomina mi to słynny eksperyment Sherifa z zakresu psychologii społecznej. Na obozie utworzono dwie grupy chłopców, wytworzono w nich poczucie tożsamości grupowej, a następnie doprowadzano do ciągłej rywalizacji i konfrontacji między grupami. Bardzo szybko udało się wytworzyć wrogość, doprowadzić do konfliktów i aktów przemocy między nimi – nie był to zbyt etyczny eksperyment. Następnie próbowano te konflikty zażegnać i okazało się to bardzo trudne.

Eksperyment z konfederacją też byłby bardzo trudny, a jeszcze trudniejsze do spełnienia warunki wstępne. Wiem, nie da się tego zrobić. A co się da?

Omar El Akkad, Któregoś dnia okaże się, że wszyscy byli przeciwko, przeł. Agata Ostrowska, Wyd. Obroty 2026

Kiedy ją znajdują, ma barwę mgły, jest przekonana, że dobiegła kresu. Niczym bagażowi w służbie jakiegoś groteskowego arystokraty, sześciu mężczyzn wychodzi z noszami z otchłani, która kiedyś była domem, i wynosi ją: dziewięcio- może dziesięcioletnia dziewczynkę.

Omar El Akkad urodził się w Egipcie, potem mieszkał z rodzicami w Katarze, a kiedy był nastolatkiem, wyemigrowali do Kanady. Potem przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Cenił sobie liberalną demokrację z banalnych powodów – nieocenzurowanych filmów i możliwości wypożyczenia dowolnej książki w bibliotece. Nie lubi arabskich satrapii i Trumpa. Miewał wątpliwości, choćby podczas wojny z Irakiem, ale wciąż w nią wierzył. Nie zawsze czuł się dobrze w Stanach po ataku na WTC, bo był Arabem narażonym na rasistowskie uprzedzenia, ale wciąż wierzył – że mimo wszystko jakieś minimum wartości liberalno-demokratycznych, choćby tych dotyczących podstawowych praw człowieka, jednak obowiązuje. Był dziennikarzem, korespondentem zagranicznym – jeździł do Afganistanu, relacjonował wydarzenia Arabskiej Wiosny, przez dłuższy czas zajmował się tym, co się dzieje w więzieniu w Guatanamo. Potem napisał powieść political fiction Ameryka w ogniu (ukazała się w Polsce kilka lat temu, może później o niej napiszę), która przyniosła mu sukces, została przetłumaczona na różne języki, zajął się więc pisaniem.

Czytaj także Rzeź Gazy i strach. „Tylko głupiec słuchałby przemyśleń osy na temat jej zmiażdżenia” Omar El Akkad

Stracił wiarę oraz gotowość „głosownia na mniejsze zło”, obserwując politykę demokratów wobec Izraela za prezydentury Bidena. I o tym w dużej mierze jest ta książka. Wspieranie Izraela, wysyłanie broni do kraju, który dopuszcza się ludobójstwa, przemilczenia, tłumienie krytyki i hipokryzja przekroczyły granicę, która jego zdaniem jest ostateczna i nieprzekraczalna.

Książka powstała jako rozwiniecie jego wpisu na X z 2023 roku – jej tytuł pochodzi właśnie z niego.

Wciąż wierzy, że prawda – również w innych kwestiach: klimatu, wynaturzeń kapitalizmu – dotrze w końcu do ludzi, tylko wtedy już będzie za późno.

Omer Bartov kilkakrotnie wspomina w swojej książce o pierwszym ludobójstwie w XX wieku, dokonanym przez Niemców na ludzie Herero w latach 1904-1908. Zaatakowali oni niemieckich farmerów, kolonistów, a w odpowiedzi zostali wygnani na pustynię, gdzie uniemożliwiono im dostęp do jedzenia i wody albo zostali zamknięci w okrutnych obozach koncentracyjnych. Zginęło w ten sposób 80 proc. populacji. W 2021 roku doszło do uznania przez RFN odpowiedzialności za tę zbrodnię i przyznanie Namibii pomocy rozwojowej – ponad miliard euro. Jednak spór wciąż trwa, bo w Namibii rządzi inna grupa etniczna, Herero jest niezbyt dużą mniejszością, a poza tym Niemcy nie chcą nazwać tego reparacjami, bo to byłby to precedens wykorzystywany przez inne byłe kolonie.

Znamy oczywiście o wiele więcej przykładów sprawiedliwości, która przychodzi dużo za późno, kiedy już niewiele da się naprawić.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x