Film

Ich dobranocki

Czerkawski, Drath, Gill-Piątek, Majmurek, Mikurda, Stawiszyński, Szybowicz, Wiśniewska i Żurawiecki opowiadają, co oglądali w dzieciństwie i dlaczego dalej to pamiętają.

Telewizja Polska zapowiada likwidację dobranocki. Podobno przyciąga więcej emerytów niż dzieci. Z tej okazji postanowiliśmy o ich dobranocki zapytać autorki i autorów współpracujących z Dziennikiem Opinii. Dla jednych była to okazja dla wspominania ulubionych animacji, dla innych sentymentalna podróż do krainy dzieciństwa, jeszcze dla innych punkt wyjścia do bardziej ogólnych rozważań o przemianach mediów czy modelach wychowania.

Piotr Czerkawski, krytyk filmowy

Dobranocka to dla mnie przede wszystkim Smerfy. Kojarzą mi się z czasem zbawiennej nieświadomości. Gdy każdego tygodnia zasiadałem przed telewizorem, nie miałem jeszcze pojęcia, że Papa Smerf to autorytarny przywódca, a Smerfetka stanowi ofiarę represyjnego patriarchatu. Liczyła się wtedy dla mnie przede wszystkim zazdrość wobec Śpiocha, pogarda dla Ciamajdy i podziw dla błazeńskiej kreatywności Zgrywusa. Niebieskie ludziki towarzyszyły mi nie tylko na telewizyjnym ekranie. Spożywane w nadbałtyckich miasteczkach lody „smerfowe” zapisały się w mojej pamięci jako najdziwniejszy smak dzieciństwa. Nie można zapominać także o muzycznych smerfnych hitach i towarzyszących im lingwistycznych akrobacjach Jacka Cygana. Przetwarzane na modłę „smerfową” przeboje światowego popu wyznaczały rytm moich pierwszych wędrówek po świecie pastiszu. Trudno było zresztą wyobrazić sobie szkolną dyskotekę, na której nie królowałaby piosenka Chodź na party. O wyjątkowości Smerfów świadczyła zawsze fascynacja, którą obdarzali ich nawet najwięksi wrogowie. W jednym z odcinków serialu demoniczny Gargamel zadawał sobie fundamentalne pytanie: „Jaki sens miałoby życie bez Smerfów?”. Co pan na to, prezesie Braun?

Justyna Drath, nauczycielka, działaczka krakowskiego Klubu KP

Z dobranocek pamiętam przede wszystkim te ze zwierzętami – Bolek i Lolek udawał, że pokazuje życie dzieci, więc mnie nudził. Antropomorficzna perspektywa w „zwierzęcych” w bajkach oczywiście dominowała, ale realizowała się na bardzo różne sposoby. Pamiętam dwa skrajnie różne sposoby przedstawiania zwierząt. Z jednej strony ceniłam czechosłowacką bajkę Psi żywot, w której pochłonięci ludzkimi zajęciami bohaterowie – dwa psy o wyrazistych charakterach, Staflik i Spagetka – doświadczali różnych absurdów życia. Byłam na nią zdecydowanie za stara, ale usprawiedliwiało mnie oglądanie jej z pięć lat młodsza siostrą. Z drugiej strony obok czechosłowackiego absurdu w moim dzieciństwie królował klasyczny disnejowski pies Pluto goniący za kością, wnikliwie sportretowana kwintesencja psiego charakteru, ruchów i zachowań , pochwała naiwności i niezaradności, okraszona ciepło-nostalgicznym rodzajem komizmu. Do dziś natomiast zdarza mi się wykorzystać genialną frazę „Marceli Szpak dziwi się światu” z okropnie ckliwej i trudnej do zniesienia już w dzieciństwie dobranocki pod tym samym tytułem.

Hanna Gil-Piątek, graficzka, publicystka, Klub KP w Łodzi

Dobranocka sprzed lat była różna, czasem nudnawa, czasem ciekawa, ale zawsze czekaliśmy na nią niecierpliwie. Wyznaczała rytm dnia pokoleń polskich dzieci. Ja najbardziej kochałam Pomysłowego Dobromira. Właściwie oprócz kultowej Sondy mogłoby wtedy nie istnieć w telewizji nic innego. Czasem dobranocka wiązała się z zawodem: Piaskowy Dziadek i inne NRD-owskie gnioty potrafiły sprawić, że dziesięć minut niemiłosiernie się wlokło. Ale i tak oglądaliśmy do samego końca. Nie tylko dzieciaki. Dla wielu dorosłych wieczorne „bajki”, jak je czasem nazywano, były jednym z niewielu programów wartych zaangażowania uwagi.

Szkoda mi dobranocki, ale nie wiem, czy warto walczyć o skrawek miejsca dla ambitniejszych animacji, skoro na horyzoncie widać już zmierzch wielkiego wynalazku, jakim była telewizja. Dziś trzyletnia córka znajomych uważa ją za przeżytek, bo filmu nie da się zatrzymać, powtórzyć i oglądać, kiedy się chce. Wszystko to możliwe jest w internecie. Dobranoc, „dobranocko”, dobranoc, telewizjo. Pomysłowego Dobromira pokażę wnukom na YouTube.

Jakub Majmurek, krytyk filmowy

Z dobranocek pamiętam zwłaszcza jeden moment: odcinek Reksia, w którym „kamera” „zagląda” po raz pierwszy (i chyba ostatni) do wnętrza jego budy. Reksio znajduje w niej świerszcza, z którym się zaprzyjaźnia. Jednak to nie ten wątek międzygatunkowej przyjaźni tak mnie zainteresował – tylko wnętrze budy. Zawsze frapowało mnie, co jest w środku, „jak mieszka Reksio”. Raz pokazali. Pamiętam, jak potem czekałem na odcinek, w którym znów znajdziemy się w budzie – ale nie pamiętam, bym się doczekał. Spotkanie z wnętrzem budy Reksia było pewnego rodzaju epifanią.

Poza tym jednym momentem świat Reksia był dwuwymiarowy. Postaci biegały po ekranie, na w zasadzie nieruchomym tle (nawet jeśli tak nie było, tak to zapamiętałem), z prawa na lewo lub z lewa na prawo. Jak bohaterowie starych gier wideo (nad którymi spędzałem długie godziny jako trochę już starsze dziecko), typu pierwszy Mortal Kombat czy Cadillaki i dinozaury. Wejście do środka budy otworzyło ten świat na głębię, trzeci wymiar. Pokazało mi, że w każdej pozornie płaskiej powierzchni kryje się jakaś droga wyjścia, otwór, przez który można uciec ku innym możliwościom, ku światom, z których wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy. Nawet jeśli tylko jeden raz. To była moja najcenniejsza lekcja z dobranocek.

Kuba Mikurda, filozof, krytyk filmowy

Pamiętam, jak nagrywałem dobranocki. Najpierw na kasetę magnetofonową, przykładając kasprzaka do głośnika telewizora, co oznaczało ślęczenie w niewygodnej pozycji i oglądanie tuż spod ekranu. Zaczęło się od Smerfów, pierwszej luksusowej dobranocki, jaką pamiętam (czyli musiał być to rok 1987). Po całym tygodniu Bolka i Lolka, Reksia i Wodnika Szuwarka Smerfy – nadawane w niedzielę – były jak zamiana kanapek na gofry z polewą, jak wizyta w Peweksie.
Tradycja „luksusowych” dobranocek w niedzielę trwała dobrych kilka lat – po Smerfach pojawił się blok Walt Disney rzedstawia, który nagrywałem już na kasety VHS. Pamiętam, że na początku reklamy zabawek (Mattel, Hasbro) nadawane były w ramach samego bloku, już po czołówce z zamkiem Kopciuszka i tańczącą Myszką Miki. Oczywiście nagrywałem wszystko, z reklamami włącznie – były częścią tego samego spektaklu. Z czasem „luksusowe” kreskówki Disneya, Hanna-Barbera czy Warner Brothers zaczęły pojawiać się coraz częściej, na różnych kanałach, o różnych porach. Żeby nagrać wszystko, dzieliłem się ramówką z kolegą, programowałem timer w magnetowidzie. Całe kieszonkowe wydawałem na kolejne czyste kasety. Nie trzeba dodawać, że nie miałem czasu ich oglądać.

Przełom nastąpił, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Cartoon Network – kanał, który nadawał „luksusowe” kreskówki 24 godziny na dobę (a przynajmniej tak mi się wówczas wydawało). Nie mogłem spać, całą noc liczyłem, ile kaset trzeba byłoby kupić, żeby nagrać tylko jeden dzień. Kilka tygodni później przestałem nagrywać Walt Disney przedstawia. Mniej więcej w tym samy czasie pozbyłem się kilkuset puszek po piwie, które zbierałem od końca lat 80., i kilku pudełek folderów reklamowych, które mój tata przywoził z delegacji.

Tomasz Stawiszyński, filozof, publicysta Dziennika Opinii

Najważniejszą wieczorynką był dla mnie Żwirek i Muchomorek. Nie pamiętam szczegółów, bo też nie sposób zapamiętać ten bezlik krótkich fabuł. Doskonale pamiętam natomiast niesamowitą, mroczną, a jednocześnie jakby groteskową atmosferę. Dwa dziwaczne, smutne skrzaty wiodące żywot w przedziwnej krainie zamieszkałej przez wodne, lądowe i powietrzne stwory. Minimalistyczna aranżacja, jak przystało na animacje rodem z bloku wschodniego w latach 60., niepokojąca muzyka i przenikające całość wrażenie przechodzenia do jakiejś innej rzeczywistości. Niby odległej i baśniowej, a jednocześnie bardzo bliskiej, kryjącej się w zakamarkach każdego lasu, zaklętej na dnie najmniejszej nawet kałuży albo sadzawki. Jeśli tylko wsłuchać się uważniej w szum drzew – myślałem – albo delikatny szmer wody poruszanej przez wiatr, na pewno można w końcu usłyszeć rozmowy Żwirka i Muchomorka, długie przemowy Wodnika albo jakąś kłótnię pomiędzy drzewami, krzewami, grzybami.

Nie wiedziałem jeszcze wtedy – miałem ostatecznie dopiero kilka lat – cóż to takiego psychodelia. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że doświadczeni psychonauci, przy pomocy halucynogennych grzybów odbywający podróże w głąb zakamarków świadomości, bardzo często odwiedzają światy wprost wyjęte z Bajek z mchu i paproci. Nigdy jednak nie czułem potrzeby, żeby aplikować sobie psychodeliczne substancje. Myślę, że wielka w tym zasługa Bajek... Na zawsze zaszczepiły mi przekonanie – czy raczej dojmujące poczucie – że za tym, co widzialne i namacalne, kryje się coś innego, niepokojącego, tajemniczego. Nie musiałem wspomagać się grzybami czy LSD – miałem i mam to poczucie dzięki spotkaniu ze Żwirkiem i Muchomorkiem. Dlatego właśnie z pełną odpowiedzialnością mogę tę bajkę nazwać klasyczną opowieścią inicjacyjną.

Eliza Szybowicz, krytyczka literacka

Na wieść o likwidacji Dobranocki moja pierwsza, odruchowa reakcja była oczywiście sentymentalna. Zaraz przypomniałam sobie ten epizod Pszczółki Mai, w którym dzielne owady w ostatniej chwili uniknęły pochłonięcia przez żarłoczną rosiczkę, oraz ten odcinek Misia Uszatka, w którym zwykle moralizatorsko usposobiony niedźwiadek bardzo złośliwie potraktował swoich przyjaciół, bo wstał z łóżka lewą nogą. No i przerażające wkroczenie Buki do Doliny Muminków.

Jednak dobranocka jako instytucja skończyła się dawno temu. W czasach mojego dzieciństwa była częścią systemu reglamentacji przekazu audiowizualnego, rozrywkowego i dydaktycznego skierowanego do dzieci. Używam słowa „reglamentacja” neutralnie, nie krytykuję PRL-u.
Teraz „bajki” dostępne są bez ograniczeń. Rodzice często wyświetlają je dzieciom na żądanie, dla świętego spokoju. Postrzegam to jako przejaw wychowywania przez natychmiastową gratyfikację, w tym przypadku (i wielu innych) – gratyfikację symboliczną, zastępczą. Ma to zapewne coś wspólnego z kapitalizmem, który łudzi małymi, doraźnymi nagrodami, a nie zaspokaja podstawowych potrzeb.

Wtedy „bajki” – przynajmniej w zamyśle i języku potocznym – strukturyzowały czas, bo chodziło się spać po dobranocce. Funkcjonowały też jako potencjalne źródło kary: zakaz oglądania dobranocki był naprawdę dotkliwy. Publikacje popularnonaukowe i specjaliści zalecali wówczas systematyczne kształtowanie zdolności do opóźniania gratyfikacji (np. karmienie i usypianie dziecka w ściśle określonym rytmie), co współcześnie kojarzy się bardzo źle. Pisarki z Magdaleną Tulli na czele interpretują to jako tresurę małych obywateli przez państwo oparte na niedoborze, upokorzeniu i represji.

Ja próbuję o tym myśleć jako o konsekwencji innej antropologii dziecka i innego projektu nowoczesności, w którym na przykład liczy się również nocny wypoczynek matki, więc nie jest ona zobowiązywana do pełnej dyspozycyjności 24 godziny na dobę. To problem znacznie, znacznie szerszy niż kwestia likwidacji czy utrzymania dobranocki.

Agnieszka Wiśniewska, krytyczka filmowa, koordynatorka klubów KP

Moją ulubioną bajką z dzieciństwa jest Dżek i Nuka. To historia dwóch niedźwiadków, które ciągle wpadają w tarapaty. Tak zapamiętałam tę bajkę. Telewizja emitowała ją w połowie lat 80. Dorastanie sprawiło, że musiałam przestać mówić „bajka”, a zacząć mówić „wieczorynka” albo „serial animowany”. Im częściej myślałam albo mówiłam o tym serialu, tym bardziej uświadamiałam sobie, że kompletnie nic z niego nie pamiętam. Poza tym, że to o dwóch niedźwiadkach.

Wygooglałam sobie tę wieczorynkę dziś i okazało się, że ona się nawet nie nazywa Dżek i Nuka, tylko Mali mieszkańcy wielkich gór. Okazało się też, że Dżek to tak naprawdę Dżeki. Dwa niedźwiadki się zgadzają. Prócz niedźwiadków są też opiekujące się nimi dzieci, mały Indianin i dziewczynka. Nie wpadłam nigdy w fazę nostalgii, która pchnęłaby mnie do szukania po sieci odcinków serialu i przypominanie go sobie. Pewno by mnie znudził. Za to jako dziecko oglądałam przygody misiów z przejęciem. Misie ciągle miały kłopoty, przed kimś uciekały, ja płakałam, moja mama się wkurzała, że kto wymyślił, żeby taką bajkę dzieciom puszczać. Pocieszała mnie, że z misiami będzie wszystko dobrze.

W zasadzie nie ma dla mnie dziś znaczenia fabuła tej bajki. Ważna jest ta pamięć, że się przejmowałam misiami i że mama się mną przejmowała. To i mnie, i jej zostało do dziś. I szkoda, że zlikwidowano wieczorynkę, bo przejmowanie się losem misiów nie będzie już nikogo kształtować.

Bartosz Żurawiecki, krytyk filmowy

W którymś z kabaretów czasu stanu wojennego krążyło takie powiedzenie: „Uważaj, bo się pewnego dnia obudzisz i znowu nie będzie Teleranka!”. Młodszym czytelnikom należą się słowa wyjaśnienia – Teleranek była to cykliczna audycja dla dzieci nadawana w każdą niedzielę o godzinie dziewiątej. Pamiętam, że jeden ze stałych elementów programu stanowiła akcja „Niewidzialna ręka to także ty!”, promująca wśród najmłodszych bezinteresowną pomoc osobom starszym.

13 grudnia 1981 roku, gdy jako kilkuletni brzdąc zasiadłem przed telewizorem w oczekiwaniu na charakterystyczną czołówkę z piejącym kogutem, ujrzałem zupełnie innego koguta i usłyszałem zupełnie inne pianie. A jednak Teleranek przetrwał ciężkie lata 80. Zabrała go nam dopiero „niewidzialna ręka rynku”. W 2009 TVP zlikwidowała program z powodu kłopotów finansowych. Taki to mamy obecnie altruizm.

Teraz idą pod nóż dobranocki. W czasach mego dzieciństwa wyznaczały one porządek dnia i nocy. Po dobranocce padała ze strony rodziców komenda: „Czas do łóżka!”, a wraz z Dziennikiem zaczynał się – niedostępny dla nas, maluchów – świat dorosłych. Nie mam dzieci, więc trudno mi powiedzieć, czy zdarza im się jeszcze dzisiaj spokojnie spać, czy też tkwią – jak my, dorośli –  w stanie ciągłego pobudzenia, w którym utrzymuje nas rzeczywistość. I czy zostały jakieś nieosiągalne dla nich tabu.

Gdyby decyzja o likwidacji dobranocek oznaczała wyłącznie koniec starego porządku kulturowego, ograniczyłbym się do nostalgicznych wspomnień. Jednak wypowiedź prezesa Brauna budzi także we mnie głęboki niepokój. Oto bowiem szef telewizji publicznej przyznaje wprost, że dziecko – jak i każdy inny odbiorca – jest dla niego wyłącznie elementem kalkulacji rynkowych. Dobranocki znikają, bo ponoć oglądają je głównie emeryci. A to przecież nie jest „target”, o który warto zabiegać.

Cokolwiek mówić o starych dobranockach, to z pewnością były one różnorodne. Oprócz wiecznie żywych Bolka i Lolka czy Reksia oglądaliśmy animacje radzieckie (rzecz jasna należało ich nie znosić, dawali je zawsze w poniedziałki, kojarzyły się więc także z opresją powrotu do szkoły po weekendzie, ale np. Kiwaczka wielbiłem), czeskie, japońskie, brytyjskie, węgierskie. Całe spektrum stylistyk, wielorakich światów i wizji, które zniknęły gdzieś pod naporem nazbyt dla mnie dosłownych i agresywnych animacji amerykańskich. Dobranocki rozwijały wyobraźnię, czyniły wrażliwym na metaforę, uczyły skrótu myślowego, plastycznego i innych głupstw, które dzisiaj najwyraźniej obchodzą wyłącznie takich jak ja emerytów.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać