Film

Fuck for forest czy fuck the system?

Bohaterowie tego filmu aż proszą się o bezlitosne wyszydzenie. Jednak w „Fuck for Forest” tkwi głębszy sens, niż może się wydawać.

Film Fuck for forest porównywany jest do dokumentalistyki Wernera Herzoga, która bez wątpienia jest tu ważnym źródłem inspiracji. Herzogowski jest dobór bohaterów, sposób prowadzenia komentarza, Herzogowskie są też motywy (życie na marginesie systemu, daleka podróż, która służy autokonstytucji podmiotu, konfrontacja z tym, co pierwotne), a także klimat pewnej ostateczności czy heroiczności, jaka definiuje istotę relacji pomiędzy człowiekiem a jego losem i światem.

Jak to też czasem bywa u Herzoga, bohaterowie filmu i ich historia na pierwszy rzut aż proszą się o bezlitosne wyszydzenie. Łatwo byłoby przyjąć wyższościową pozycję i ocenić ich jako grupkę „gówniarzy”, którym „poprzewracało się w głowach”. Nie trzeba wcale być Legutką, żeby uznać tę piątkę za ekstrawaganckich, nieco zdemoralizowanych neohippisowskich freaków pochodzących z zamożnych państw. Pogrążeni w głębokim, choć nieuświadomionym do końca poczuciu własnej pustki i bezradności, po prostu nie wiedzą, co ze sobą zrobić, więc „zamiast wziąć się do rzetelnej pracy”, prowadzą działalność (pseudo?)artystyczną na pograniczu ściemy, wariactwa (niewykluczającego szczerego zaangażowania), orgii i performance’u. Nie ma w tym żadnej głębszej refleksji czy programu, jest tylko naiwna aż do bólu „młodzieńcza egzaltacja” i dobre intencje, które w zderzeniu z twardymi realiami obnażają głupotę i dezorientację skądinąd sympatycznych „fuckerów”. Idąc tym tropem, można interpretować ten film jako historię o „robieniu pornosów”, „polityczno-społecznej naiwności” czy „klęsce dialogu międzykulturowego”.

Tak jest jednak tylko na pierwszy rzut oka. W Fuck for Forest tkwi głębszy sens, niż może się wydawać. Niekoniecznie taki, jaki nadają tej historii bohaterowie (o ile w ogóle należy brać ich deklaracje serio). Sens ten odnaleźć można, przyglądając się ich działaniom, temu, jak funkcjonują w zglobalizowanej cywilizacji – i temu, jakimi się w jej ciasnych, sformatowanych ramach uczynili, wbrew jej normom i standardom.

Porno czy sztuka?

Zacznijmy od tego, że często przywoływana formuła, iż dla szlachetnego celu „bohaterowie kręcą filmy porno”, jest nieścisła. Typowa produkcja porno podporządkowana jest specyficznym potrzebom seksualnym widza i nakierowana na ich zaspokojenie. Funkcjonuje ponadto w ramach pewnego przemysłu. Nie ma w niej motywacji estetycznych ani tym bardziej społecznikowskich. Filmiki zamieszczane w Internecie przez grupę FFF ani pod tym, ani pod innymi względami, jak poetyka czy technika realizacji, pornograficzne raczej nie są. Już prędzej są to filmy „erotyczne” – jako projekt artystyczny wydają się one (przynajmniej na podstawie ich dość szkicowego przedstawienia w dokumencie Marczaka) próbami erotyki awangardowej, na pograniczu sztuki queer czy gay-artu.

Wynika to między innymi z rozmytych tożsamości seksualnych członków grupy (choć ta sprawa nie jest w filmie wyraźnie przedstawiona) i z osobliwego charakteru ich poliamorycznej więzi. Nawet jeśli pada w pewnej chwili sformułowanie „rough sex”, należące do pornograficznego słownika, członkowie FFF są dalecy od powielania w swoich filmach seksistowskich wzorców, w jakie obfitują standardowe „pornosy”, które uwypuklają ukryte w heteronormatywnych standardach relacje podporządkowania, dominacji, przemocy.

Wielkie „nada”?

Jeśli interpretować ten film wyłącznie w planie polityczno-społecznym, jaki podsuwają nam sami bohaterowie, mówiąc o „ocaleniu planety”, to opowiada on o ich klęsce. Mimo dobrych zamiarów i zebrania niemałej sumy donacji, ostatecznie amazońskie przedsięwzięcie FFF okazuje się bezproduktywne, jeśli nie wręcz bezsensowne. I właśnie bezsens wszelkich prób tego rodzaju wydaje się głównym przesłaniem filmu.

Z pozoru unosi się nad nim wielkie „nada!”, skazując nas na ponure myśli o tym, że my, dzięki dobrze wyuczonemu cynizmowi, nigdy nie pozwolimy sobie na tak uroczą klęskę jak oni, bowiem

aż zbyt dobrze zdajemy sobie sprawę, że „jest już za późno” (na „ocalenie planety”). Młodzi ludzie z FFF też wiedzą, że wątpliwość ta ciąży nad wszystkimi „wywrotowymi” projektami, ale jednocześnie udaje im się żyć tak, jakby za późno jeszcze nie było.

I samo w sobie jest to już pewną sztuką. Nawet jeśli nie do końca zamierzoną.

Jako projekt „ocalenia planety” FFF okazuje się więc przedsięwzięciem nieudanym – ale co, jeśli jego istotą nie jest wcale ocalenie planety, tylko własnej podmiotowości? Jeśli ująć go raczej jako pewien projekt życia, strategię egzystencjalno-estetyczną w świecie pełzającej katastrofy? To także jest polityczne, ale w innym sensie: chodziłoby raczej o pozasystemową – na ile to możliwe – politykę osobistej niezależności i bezkompromisowego bycia sobą niż prawa mniejszości. Może właśnie dlatego członkowie FFF zostają wygonieni z „parady zdzir” za głoszenie własnych haseł. Oczywiście nie da się całkowicie „żyć poza systemem”, można jednak żyć, naginając jego „zdroworozsądkową” logikę do własnych potrzeb i nieegoistycznych wartości,  na przykład przekształcając śmietniki w źródło pożywienia.

Rzecz jasna, również w takim odczytaniu możemy się czepiać pewnych mielizn. Czyż nie zbyt oczywiste jest tu skojarzenie z oświeceniowym sentymentalizmem „powrotu do natury”? Czyż bohaterowie nie nazbyt ostentacyjnie przybierają pozę „szlachetnego dzikusa” – w dodatku groteskowo uzbrojonego w sprzęt firmy Apple? Z drugiej strony naprawdę udaje im się, jak sądzę, połączyć humorystyczny dystans wobec społeczeństwa i samych siebie z prawdziwą niewinnością i swoistym „bezwstydem”.

Otóż jedną z największych zasług twórców tego dokumentu jest pokazanie, że bezpruderyjność członków FFF jest nieudawana, szczera, naturalna. W ogóle nie ma w nich „perwersji” czy „lubieżności”; jest za to zdrowa, beztroska radość z używania swoich ciał. Sprawiają wrażenie „nieszkodliwych wariatów”, idiotów, błaznów ze średniowiecznego korowodu kuglarzy.

Nieudane spotkanie?

Kulminacyjnym momentem dokumentu jest spotkanie z Indianami w amazońskiej głuszy. To także sprawa bardziej skomplikowana, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Indianie ostatecznie odrzucają pomoc z rąk tych, którzy jawią im się jako niegodni zaufania biali dziwacy. Ta scena poddaje się jednak różnym odczytaniom, także życzliwszym. Można sądzić, że ta porażka to w zasadzie tylko nieporozumienie, błąd w komunikacji, a nie fundamentalna, nieprzekraczalna przepaść cywilizacyjna. Wskazują na to także dalsze, pozafilmowe losy FFF, który obecnie finansuje projekt na Kostaryce.

Co więcej, nic tej porażki z góry nie zapowiada: przed właściwą „turą rozmów” oglądamy nocny rytuał, w którym bohaterowie filmu dostępują prawdziwego zjednoczenia z Indianami. W pewnej chwili stają się nawet dla nich tym, czym zwykle Indianie są dla przybyszy z „cywilizowanego świata”: przedstawieniem, które ogląda się „oczyma antropologów”. Członkowie FFF doprowadzają więc do radykalnej zamiany miejsc, odwrócenia porządków. Na naszych oczach wykonują transgresyjny rytuał, o jakim mógłby opowiadać Artaud.

Dopiero za dnia, gdy Indianie zrzucają plemienne stroje i przebierają się w szorty i tiszerty, które upodabniają ich do członków globalnego prekariatu, porozumienie staje się bardzo trudne, brakuje wspólnego języka. Indianie okazują się podejrzliwi i ograniczeni, choć w nocy, w czasie rytuału Ayahuasca, ucieleśniali w tańcu i nagości kosmiczne zjednoczenie z naturą – cóż za kontrast, a jednocześnie jakże wymowna ilustracja tego, jak globalizacja narzuca wszystkim, nawet najbardziej odizolowanym mieszkańcom planety, mentalność poddanych kapitału. Nie ukrywają zgorszenia postawą życiową swoich samozwańczych wybawicieli i gotowi są prawić im takie same morały, jakie prawiliby berlińscy sąsiedzi FFF („do roboty się weźcie!”). Tamci zaś, zaskoczeni, nie wiedzą, jak zdobyć zaufanie Indian; widać, że poczuli się dotknięci tym, że ich dobre zamiary zostały tak opacznie odczytane.

Być może jednak więcej cierpliwości i negocjacyjnych talentów zmieniłoby wynik tego spotkania. To osłabia odczytanie tego filmu jako kroniki zapowiedzianej i nieuniknionej klęski szlachetnych złudzeń. Trzeba jednak zauważyć, że nawet z takim rezultatem, jaki osiągnęli, członkowie FFF potrafili zachować niezależność, zdołali zrealizować swój własny, utopijny, daleki od powtarzalności i rutyny projekt. Ze swojego życia uczynili „akcję”, stworzyli ludyczną przestrzeń swobody, nie tracąc przy tym niewinności. To wcale niemałe osiągnięcie w świecie konformizmu i sformatowania, więc jeśli nawet nie udało im się osiągnąć nic więcej, choćby za to zasługują na szacunek.

Jeśli sekretem dobrego życia jest połączenie maksymalnej możliwej bezinteresowności z maksymalną możliwą wolnością, to młodzi ludzie z grupy FFF potrafili – przynajmniej przez jakiś czas – żyć dobrze.

Jacek Dobrowolski – pisarz, filozof, adiunkt w IF UW, redaktor Orgii Myśli.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij