Film

Ferrara: Wkurzają mnie wszelkie ograniczenia swobody

Zarówno reżyserowi, jak i widzom chodzi o to, by od szarego życia, do cholery, uciec!

Piotr Czerkawski: Twój dotychczasowy dorobek zamyka Pasolini z Willemem Dafoe w tytułowej roli. Pracujecie ze sobą już od zrealizowanego w 1998 roku Hotelu New Rose, a teraz ogłosiliście, że spotkacie się na planie po raz kolejny. Nie jesteście już sobą trochę zmęczeni?

Abel Ferrara: Tworzenie kina podoba mi się między innymi dlatego, że polega na partnerstwie i współpracy z innymi. Im bardziej się do kogoś zbliżysz, tym więcej możesz od niego czerpać. Dlatego właśnie uwielbiam zatrudniać tych samych ludzi przez wiele lat. Nicholas St. John napisał dla mnie scenariusze do kilkunastu filmów, od głupawego pornosa Dziewięć żyć mokrego kociaka, aż po poważne dramaty gangsterskie w rodzaju Króla Nowego Jorku czy Pogrzebu. Spośród aktorów czterokrotnie angażowałem natomiast Christophera Walkena i właśnie Willema. Lubię sytuacje, gdy już na etapie scenariusza wiem, kto wcieli się w główną rolę i czego mogę się po nim spodziewać. Od razu myślę wtedy o postaci głębiej, zamiast snuć abstrakcyjne rozważania rozpatruję ją w kontekście konkretnych gestów, zachowań czy tików.

Na czym polega fenomen twojej współpracy akurat z Dafoe?

Nie jesteśmy dwójką gości, którzy po zakończeniu zdjęć machają sobie na do widzenia i ograniczają swój kontakt jedynie do życia zawodowego. Mogę śmiało powiedzieć, że się ze sobą przyjaźnimy. Ukształtowała nas ta sama rzeczywistość – ja mieszkałem w Nowym Jorku od urodzenia, a Willem przyjechał tam jako dwudziestoparoletni gówniarz. Chodzenie po tych samych ulicach, odwiedzanie podobnych knajp i obracanie się w kręgu wspólnych znajomych łączy ludzi, więc mamy niemal identyczny punkt widzenia na wiele spraw. To powoduje, że mogę zaufać Willemowi i traktować go przed kamerą jako kogoś w rodzaju swojego alter ego. W historii kina wiele było tego rodzaju relacji reżyser – aktor i najczęściej okazywały się one inspirujące dla jednej i drugiej strony.

Wasz najnowszy wspólny projekt Siberia – na którą zbieracie właśnie pieniądze za pośrednictwem platformy Kickstarter – ma stanowić surrealistyczną podróż w głąb ludzkiej psychiki. Czy myślisz, że kino z definicji ma w sobie coś ze snu?

Oczywiście. Film to tak naprawdę sen, tyle że kierujący się prawami logiki. Gdy wymyślasz jakąś historię, musisz dopuścić do głosu swoją podświadomość i jej pragnienia, nawet te najbardziej wstydliwe. To, wbrew pozorom, nie takie trudne. Sporą część swojego życia spędzasz przecież na marzeniu o czynach, których chciałbyś dokonać, a także przyjemnościach, jakich chętnie byś zaznał. Jedyny problem polega na tym, że większość ludzi myśli o tym w samotności, a ty jako reżyser musisz podzielić się fantazjami z całą masą nieznajomych, którzy po prostu kupią bilet do kina. Na dłuższą metę nie masz jednak innego wyjścia.

Gdy nie zechcesz mówić o tym, o czym śnisz i marzysz, złapiesz się w sidła autocenzury, nie będziesz w stanie rozszerzyć swoich horyzontów i pozostaniesz skazany na imitowanie zwykłego, szarego życia. A przecież zarówno tobie, jak i twoim widzom chodzi o to, by od niego, do cholery, uciec!

Skoro mowa o ucieczkach, wychowałeś się w rodzinie katolickiej, ale szybko porzuciłeś wiarę. Czy masz poczucie, że rolę zarezerwowaną dla kościoła pełni w twoim życiu kino?

To dosyć skomplikowane. Rzeczywiście, wyraźnie odciąłem się od kościoła jako instytucji, która poddaje jednostkę kontroli i obejmuje ją systemem nakazów i zakazów. Od pewnego czasu jestem zresztą praktykującym buddystą. Z drugiej strony – pewnie właśnie katolickiemu wychowaniu zawdzięczam potrzebę kontaktu z duchowością, którą widać także w moich filmach. Wydaje mi się, że mam pod tym względem wiele wspólnego z Martinem Scorsese. Ostatnie kuszenie Chrystusa uważam zresztą za arcydzieło.

W wielu twoich filmach, jak choćby w słynnym Złym poruczniku pojawiają się wątki religijne. Wątpię jednak, by sposób ich ukazania spodobał się kościelnym hierarchom…

Właściwie w każdym filmie opowiadam w jakiś sposób o męczeństwie. Tyle, że moi bohaterowie – w przeciwieństwie do Chrystusa – bynajmniej nie są bezgrzeszni. Jako osoba niezwiązana z kościołem mam ten luksus, że mogę interpretować Biblię w sposób kreatywny i daleki od ortodoksji. Na tej zasadzie zafascynowałem się postacią Marii Magdaleny i nakręciłem Marię, którą uważam za jeden ze swoich najbardziej osobistych filmów.

Choć akcja większości twoich filmów jest nierozerwalnie związana z Nowym Jorkiem, od pewnego czasu mieszkasz w Rzymie. Dlaczego zdecydowałeś się na emigrację?

Jestem pieprzonym artystą, a życie takich jak ja od pewnego czasu staje się w Stanach nie do zniesienia. Nawet w tak przyjaznym sztuce miejscu jak Nowy Jork coraz trudniej zdobyć fundusze na filmy. Wszystko kręci się wokół zysku. W sumie można to zrozumieć – USA są młodym krajem, który ma niewiele ponad 200 lat. Ludzie nie zdążyli się tu jeszcze zorientować, jak ważna może okazać się troska o kulturę i tradycję. Tyle, że prędko to się nie zmieni, a ja nie mam już ochoty się z tym męczyć. Wciąż kocham amerykańskie kino niezależne i życzę powodzenia kolegom, którzy zostali w kraju, ale sam spakowałem walizkę i powiedziałem „do widzenia!”.

Jak szybko udało ci się zaaklimatyzować w nowym miejscu?

To zabawne, bo moje pierwsze skojarzenia po przyjeździe znowu obracały się wokół katolicyzmu. Choć mieszkam raptem parę kilometrów od Watykanu, chyba nigdzie nie spotkałem większej rzeszy ateistów niż w Rzymie. To nie wystawia najlepszego świadectwa kościołowi, prawda?

Życie we Włoszech sprawia mi sporą frajdę i to nie tylko dlatego, że właśnie stąd pochodzi wielu moich przodków. Bardziej liczy się dla mnie świadomość, że znalazłem tu właśnie to czego brakowało mi w Stanach, a mianowicie szacunek do artystów i ich pracy.

Nie może być jednak inaczej, jeśli w Rzymie na każdym kroku możesz natknąć się na jakiś zabytek albo dzieło sztuki. W takich warunkach każdy twórca szybko poczuje się jak u siebie w domu.

Włochy to także ojczyzna jednego z twoich mistrzów – Piera Paol Pasoliniego. Z czego właściwie bierze się twoja fascynacja tą postacią?

Pasolini był reżyserem, eseistą i poetą, ale przede wszystkim aktywistą politycznym. Z dzisiejszej perspektywy może trudno w to uwierzyć, ale polityka prowokowała u niego autentyczną namiętność, była jednocześnie przestrzenią intelektualnej refleksji i żarliwego działania. Dla mnie, chłopaka, który dorastał w burzliwych, naznaczonych młodzieżowym buntem latach sześćdziesiątych, taka postawa od początku wydawała się bardzo atrakcyjna. Wiele osób mówi, że potrafiłaby zginąć za swoje ideały. Najczęściej to jednak czcze przechwałki. Pasolini natomiast dowiódł, że jest w stanie dokonać tego naprawdę. Jeśli taka postać nie wzbudza szacunku, kto inny mógłby na niego zasłużyć?

Lata sześćdziesiąte to czas politycznej i obyczajowej rewolucji, która ostatecznie okazała się jednak fiaskiem. Dlaczego tak się stało?

Spełnił się koszmar Pasoliniego, który ostrzegał przed zwodniczym urokiem konsumpcjonizmu. Jako młodzi buntownicy zaczęliśmy tęsknić do materialnych wygód i pozwoliliśmy, by ideały wolności, równości i tolerancji stały się towarami na sprzedaż, zyskały status popkulturowych gadżetów. Nie pomogła nam również sytuacja polityczna. W okresie nasilających się napięć związanych z zimną wojną wielu ludzi uwierzyło rządzącym, że dla dobra kraju trzeba zdradzić dotychczasowe ideały, zawrzeć parę zgniłych kompromisów i przymknąć oko na nieetyczne zagrania w polityce międzynarodowej. To wszystko sprawiło, że nasze hasła uległy w końcu degeneracji, ale z drugiej strony, każdy kto w latach sześćdziesiątych był częścią konktrkultury, w głębi duszy na zawsze pozostanie kontestatorem. Moja decyzja, by w jednej chwili rzucić wszystko i opuścić Stany pozostaje pewnie dalekim echem tamtego, młodzieńczego buntu.

Przeciwko czemu buntujesz się dziś jako artysta?

Wkurzają mnie wszelkie ograniczenia swobody. Zarówno te, które narzucamy sobie sami, jak i te, które wymuszają na nas politycy i społeczeństwo. Moje filmy to właściwie nieustające wołanie o wolność.

Jednocześnie jednak często ostrzegasz, że tą wolnością łatwo się zachłysnąć. Bohaterowie właściwie wszystkich twoich filmów wykazują tendencje do autodestrukcji.

Człowiek to istota cholernie skomplikowana, a przez to fascynująca. Nikt nie jest przecież jednoznacznie dobry albo zły. Jednego dnia możesz zachować się jak altruista, a drugiego wyjdzie z ciebie egoistyczny dupek. Gdyby ktoś spytał, czy chcesz przeżyć swoje życie jak Jezus albo Budda, zapewne odpowiesz: tak, oczywiście. Dlaczego więc ostatecznie tego nie robisz? Najczęściej dążysz do osiągnięcia jakiegoś ideału, ale po drodze popełniasz błędy, reagujesz na nie frustracją i gniewem, a potem dajesz temu upust czyniąc zło. Wychodzi na to, że najlepsze z możliwych rozwiązań to zapomnieć o dążeniu do perfekcji i pogodzić się z własnymi słabościami.

W jednym z wywiadów dotyczących powstającej właśnie Siberii powiedziałeś, że robisz ten film, aby skonfrontować się z własnymi lękami. Czego zatem boi się Abel Ferrara?

Tego co chyba każdy z nas, a mianowicie nieznanego. Chodzi mi o te aspekty naszego życia, których nie da się zdefiniować, przewidzieć, zamknąć w sztywne ramy. Aby jakkolwiek się z nimi oswoić, musisz uruchomić swoją wyobraźnię. Strach uważam więc za najbardziej inspirujące uczucie z możliwych.

Abel Ferrara – amerykański reżyser, aktor i scenarzysta filmowy. Autor takich filmów jak The Driller Killer, Kaliber 45, Królowie Nowego Jorku, Zły porucznik i Pogrzeb.

 

**Dziennik Opinii nr 160/2015 (944)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Czerkawski
Piotr Czerkawski
Dziennikarz kulturalny
Dziennikarz kulturalny. Publikuje w „Kinie”, „Filmie”, „Dzienniku”, „Odrze”, a także w portalach internetowych Filmweb.pl i Dwutygodnik.com
Zamknij