Film

Escalante: Na początku oglądałem “Gwiezdne wojny”

Jakub Majmurek: We Wrocławiu był Pan jednym z gości retrospektywy młodego kina meksykańskiego. Większość obecnych na niej twórców to trzydziestolatkowie.

Jakub Majmurek: We Wrocławiu był Pan jednym z gości retrospektywy młodego kina meksykańskiego. Większość obecnych na niej twórców to trzydziestolatkowie. Skąd w ostatnich latach w Meksyku tak wiele utalentowanych filmowców? Jakie są przyczyny takiego wysypu talentów?
Amat Escalante: Jednym z powodów jest to, że ostatnio kino zaczęło naprawdę dostawać wsparcie finansowe. Z powodu zmian technicznych nakręcenie filmu jest też o wiele tańsze niż kiedyś. Poza tym Meksyk jest bardzo „filmowym” krajem – przechodzącym przez zmiany, pełnym kontrastów. Osobiście uważam, że z tego powodu łatwiej jest zrobić dynamiczny film w Meksyku, niż w bogatszym, ale nudniejszym kraju – np. w Norwegii.
Urodził się Pan w Barcelonie, w Hiszpanii. Jak trafił Pan do Meksyku?
W Hiszpanii urodziłem się przez przypadek. Rodzice dużo podróżowali. Ojciec jest Meksykaninem, matka Amerykanką. Dlatego uważam się jednocześnie za amerykańskiego i meksykańskiego reżysera.

Większość filmów w przeglądzie ma podobną poetykę, jednocześnie naturalistyczną i minimalistyczną (długie, statyczne ujęcia itd.). Wydaje się ona w ogóle dominować w kinie latynoamerykańskim. Dlaczego tak pociąga filmowców z regionu?
Obawiam się, że mogę tu mówić wyłącznie za siebie. Nigdy nie myślałem o sobie jako o minimaliście. Do moich najważniejszych filmowych inspiracji należą filmy europejskie: Fassbinder, Pasolini, Herzog, Kieślowski. W ogóle, kino europejskie było bardzo ważne dla mojego pokolenia meksykańskich twórców kina artystycznego. Wszyscy zaczynaliśmy od Hollywood. Sam na początku oglądałem Gwiezdne wojny. Ale kiedy potem odkryłem kino europejskie – to było objawienie. Innym ważnym dla mnie autorem jest James Benning. Gdy zaczynałem marzyć o robieniu filmów, miałem może z 15–16 lat, mieszkałem wtedy w Austin, w Teksasie. To był chyba rok 1995. W jednym z kin pokazywano film Benninga Landscape Suicide. Nie miałem wtedy pojęcia, kim jest Benning, ale poszedłem, pokaz był za darmo. Film okazał się wielką niespodzianką i inspiracją przy pracy nad moimi filmami, np. przy Los Bastardos.
Zaczynał Pan przygodę z kinem jako asystent Carlosa Reydagasa przy Bitwie w niebie. Jak jego kino wpłynęło na pańską twórczość?
Wielkie wrażenie zrobił na mnie jego debiut, Japón. Nigdy nie widziałem czegoś takiego w meksykańskim kinie. Jedyny film meksykański, który wcześniej wywarł na mnie podobne wrażenie to Los Olvidados Luisa Buñuela. Więc film z 1950 roku. Natychmiast napisałem do Reydagasa list, w którym wyraziłem swój podziw. Potem spotkaliśmy się i udało mi się dostać pracę jako jego asystent przy Bitwie w niebie. Na pewno praca z Carlosem wiele mnie nauczyła. Przede wszystkim tego, jak patrzeć na rzeczywistość i jak się ona zmienia w obiektywie kamery. 
We wszystkich Pana filmach dużą rolę odgrywa przemoc. Uważa Pan, że jest ona kluczem do meksykańskiej rzeczywistości.
Meksyk na pewno ma problem z przemocą. W każdym kiosku, na każdym rogu ulicy można kupić pisma przedstawiające zdjęcia ofiar brutalnych przestępstw, okaleczone ciała, zastrzelone osoby, ludzi przejechanych przez samochód. Są bardzo popularne, najpopularniejszym jest „Alarma” – ukazuje się nieprzerwanie od lat 70. Przemoc jest tym, co obok seksu, wyzwala we mnie najsilniejsze emocje, co najmocniej mnie denerwuje – dlatego mierze się z nią w moich filmach. Ostatnio takie emocje wywołuje też we mnie miłość. Mój następny film będzie o miłości.

Los Bastardos, film o meksykańskich emigrantach w Stanach, wynajętych do zabicia amerykańskiej gospodyni domowej z klasy średniej, często bywa porównywany do Funny Games Hanekego. Co Pan na to?
Funny Games było ważną inspiracją, to oczywiste. Ale jeszcze ważniejszą Mechaniczna pomarańcza Kubricka. Widać to w kolorach, jakie pojawiają się w czołówce, w użyciu muzyki, w tym, w jaki sposób moi bohaterowie wchodzą do domu ofiary.
Los Bastardos przedstawia granicę meksykańsko-amerykańską w jej politycznym i społecznym wymiarze. Jakie były reakcje na film po obu jej stronach?
Gdy go kręciłem, miałem szczerze mówiąc nadzieję na to, że w ciekawy sposób podzieli obie strony politycznego sporu. Wydawało mi się, że mogą go polubić i konserwatyści z Fox News („patrzcie, co naprawdę robią Meksykanie w Stanach!”) i liberałowie („patrzcie, co bieda robi z Meksykanami!”). Wyszło inaczej. W Stanach film uchodzi po prostu za niepoprawny politycznie. W Meksyku część osób postrzega go, jako dzieło wzmacniające negatywne stereotypy o Meksykanach.

Brał Pan udział w składankowym filmie Rewolucja, nakręconym w stulecie rewolucji meksykańskiej. W swoim krótkim filmie pokazuje Pan dwójkę dzieci i księdza zagubionych w rewolucyjnym chaosie na pustyni, którzy w końcu wydostają się z niej i trafiają do współczesnego Miasta Meksyk. O co Panu chodziło w tej alegorii?
Po prostu chciałem pokazać Meksyk w całej rozpiętości kontrastów, współistnienie w nim świata, który niewiele się zmienił od roku 1910 – gdzie najbardziej podstawowym środkiem transportu jest osiołek – i wielkomiejskiej nowoczesności Miasta Meksyk. 

Przez długi czas rewolucja meksykańska była postrzegana jako akt założycielski nowoczesnej tożsamości Meksyku. Tak jest do dzisiaj?
Ciągle jest bardzo ważna. Ale wydaje mi się, że dziś Meksyk przeżywa właśnie nową rewolucję. Zapoczątkowało ją podpisanie porozumień o utworzenie strefy wolnego handlu między Meksykiem, Stanami i Kanadą (NAFTA) w 1994 roku. Otwarcie meksykańskiego rynku spowodowało rewolucję. Nagle wszędzie pojawiły się McDonaldy, wszyscy zaczęliśmy jeść i ubierać się jak Amerykanie, masowo oglądać amerykańskie filmy. Oczywiście, Stany zawsze były silnie obecne w Meksyku. Ale po 1994 roku dzieje się to na nieporównanie większą skalę. 

Gdy rozmawiamy, w Meksyku trwają protesty przeciw wynikom wyborów prezydenckich. Protestujący zarzucają zwycięzcy, Enrique Peña Nieto, oszustwa.
Tak, w Meksyku powszechne jest przekonanie, że Peña Nieto wygrał dzięki oszustwom, przede wszystkim dzięki kupowaniu głosów. To dość powszechne w meksykańskiej polityce. W Meksyku jest mnóstwo bardzo ubogich ludzi, gotowych zagłosować na każdego, kto im za to zapłaci. Ludzie są przekonani, że takie głosy pomogły Peña Nieto wygrać.

Myśli Pan, że w Meksyku może dojść do protestów podobnych do tych w Chile, lub w Hiszpanii? Do powstania ruchu meksykańskich oburzonych?
Są wszystkie powody, dla których się to powinno stać. Kraj staje się coraz bardziej nierówny i niesprawiedliwy. Jest w nim wiele młodych,  nieźle wykształconych, wściekłych osób, umiejących się organizować za pomocą takich narzędzi, jak media społecznościowe. Ale trzeba pamiętac, że jest też grupa bardzo dobrze ustawionych ludzi, którzy są zdeterminowani, by do niczego takiego nie dopuścić. Bogaci w Meksyku są świetnie zorganizowani i nie zamierzają oddawać nic z tego, co posiadają.

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.