Film

Co mówi Oscar?

Po piątkowym ogłoszeniu nominacji i niedzielnym rozdaniu Złotych Globów oscarowy wyścig wszedł w ostatnią fazę. Nominacje do Oscarów komentuje Jakub Majmurek.

Niezależnie od tego, jak bardzo byśmy się nie zarzekali, że nas to nie interesuje i nie emocjonuje – jeśli interesujemy się kinem i tak nie możemy uciec od pułapki fascynacji oscarowym rankingiem.

Tegoroczne nominacje raz jeszcze potwierdzają, że w Hollywood nic tak dobrze się nie sprzedaje, jak patriotyzm, filmowa nostalgia za przeszłością kina i Fabryki Snów czy bohaterowie radzący sobie z traumą. W tegorocznym zestawieniu widać też jeszcze jedną rzecz: przenikanie się kina niezależnego i hollywoodzkiego mainstreamu. Widać to już od lat, ale ten rok znów to potwierdza: ze wszystkich filmów nominowanych w kategorii „najlepszy film roku”, w zasadzie tylko trzy (Lincolna Stevena Spielberga, Nędzników Toma Hoppera i Operację Argo Bena Afflecka) określilibyśmy w pierwszym odruchu jako „hollywoodzkie”.

Funny Games w Hollywood

Największym zaskoczeniem tego roku jest bez wątpienia aż pięć nominacji dla Miłości Michaela Haneke: nie tylko za najlepszy film nieanglojęzyczny, ale także za scenariusz, reżyserię, rolę Emmanuelle Rivy oraz za najlepszy film roku. Po raz ostatni ten sam film konkurował w kategorii „najlepszy film” i „najlepszy film nieanglojęzyczny” w 1998 roku. Deszcz nominacji zebrała wtedy włoska komedia Życie jest piękne w reżyserii Roberto Benigniego. Ale choć dzieło to traktowało o horrorze zagłady europejskich Żydów w trakcie II wojny światowej, to było mimo wszystko pogodną, trochę dziecinną komedią, pełną wiary w siłę marzeń i wyobraźni – zdecydowanie bardziej „hollywoodzką” niż niełatwy, statyczny film o starości, chorobie i umieraniu.


Nominacje dla Miłości pokazują drogę, jaką przeszedł Haneke od swojego filmowego debiutu w 1989 roku. Jego pierwsze filmy funkcjonowały na drugorzędnych europejskich festiwalach. Dopiero od czasów Funny Games (1997) Haneke staje się regularnym gościem konkursu głównego w Cannes. Z roku na rok zdobywa tam kolejne nagrody (za reżyserię Kodu nieznanego i Ukrytego, Srebrną Palmę za Pianistkę), aż w końcu dwukrotnie sięga po Złotą Palmę – za Miłość i poprzedzającą ją Białą wstążkę. Tegoroczne Oscary ostatecznie potwierdzają jego pozycje jako najbardziej konsekrowanego autora europejskiego kina artystycznego. Złotego Globa za Miłość wręczali w niedzielę Hanekemu jego rodak Arnold Schwarzeneger i Sylvester Stallone – dwie ikony sensacyjnego, pełnego przemocy kina reaganowskiego z lat 80. Widok uśmiechniętego Hanekego z radością przyjmującego gratulacje od gwiazdy Terminatora jeszcze na etapie Pianistki wydawałby się czystym surrealizmem.

Kiedyś cieszyłbym się tak entuzjastycznymi wyrazami uznania dla tego twórcy. Ale mam wrażenie, że od czasu Kodu nieznanego coś się w jego twórczości zmieniło – stała się zbyt łatwa, zbyt filmowo klasyczna, zbyt oczywista. Wszystkie te problemy mam też z Miłością. Choć to na pewno świetne kino, to już „nie moje”. Nie tak, jak Wideo Benny’ego czy Kod nieznany.

Czy Miłość ma szanse na inne nagrody niż w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego? Raczej nikłe. Ale w tej kategorii wydaje się pewniakiem.

Nostalgicy i patrioci

W zeszłym roku wygrał Artysta, film odwołujący się do nostalgii za latami niemego kina. W tym roku w kluczu nostalgicznym mamy Operację Argo, trzeci już film w reżyserii Bena Afflecka.

Akcja opartego na faktach filmu osadzona jest na przełomie lat 70 i 80., podczas kryzysu w ambasadzie amerykańskiej w Teheranie. Gwardia Rewolucyjna zajęła wtedy budynek ambasady, biorąc jej personel jako zakładników. Mieli być przetrzymywani tak długo, aż Amerykanie nie wydadzą nowym władzom szacha, któremu udzielili azylu politycznego. Jednak sześciu Amerykanów uciekło i ukryło się w ambasadzie sojuszniczej Kanady. I pojawił się problem – jak ich bezpiecznie wydobyć z Iranu?

W tym celu agent Tony Mendez, przy współpracy zaprzyjaźnionego z wywiadem hollywoodzkiego eksperta od charakteryzacji i producenta filmowego starej daty, założył w Hollywood fikcyjną firmę, produkującą fikcyjny film s-f pt. Argo. Jako jej przedstawiciel udaje się do Iranu, rzekomo w poszukiwaniu plenerów. A naprawdę po to, by uciec z ukrywającymi się w ambasadzie rodakami, którym dostarczył dokumentów i „legendy”, uwiarygadniających ich, jako osoby pracujące razem z nim przy filmie.  Gdyby ta historia nie wydarzyła się naprawdę, trudno by było w nią uwierzyć.

Argo jest nostalgiczne na kilku poziomach. Z jednej strony odwołuje się do nostalgii za starym, klasycznym Hollywood, które reprezentują producent i ekspert od charakteryzacji. Z drugiej za latami 70., przejściowym okresem dla amerykańskiego kina – między klasycznym i nowym Hollywood. Żeby uwiarygodnić realia epoki, Affleck, wraz z operatorem Rodrigo Prieto, powiększyli każdą sfotografowaną na taśmie klatkę filmu o 200% – tak, by uzyskać odpowiednio ziarnisty, daleki od współczesnej, cyfrowej doskonałości obraz. Film przepełnia wreszcie nostalgia za kinem nowej przygody: fikcyjna produkcja s-f Argo, a także sama historia, którą opowiada film Afflecka, wyglądają jak żywcem wyjęte z kina lat 80.

Operacja Argo jest interesująca także z politycznych względów. Jak w soczewce skupia ograniczenia hollywoodzkiego liberalizmu. Z jednej strony Affleck, porządny hollywoodzki liberał, w młodości bostoński sąsiad i przyjaciel radykalnego historyka Howarda Zinna, mówiąc o rewolucji irańskiej nie może nie wspomnieć o winach Ameryki. Film przedstawia więc w skrócie całą powojenną historię Iranu: wybór świeckiego modernizatora Mossadegha, obalonego przez CIA za znacjonalizowanie zasobów ropy należących do brytyjskich i amerykańskich korporacji; rządy szacha („sprowadzającego concordem śniadania z Paryża, gdy jego lud głodował”), opierające się na krwawym terrorze policji politycznej, itd. Ale już w samej rewolucji w Iranie twórcy Operacji Argo nie są w stanie dostrzec żadnego emancypacyjnego potencjału, jest ona wyłącznie zagrożeniem dla Ameryki, wobec której musi ona zewrzeć szeregi – nawet jeśli to zagrożenie jest rezultatem jej własnych błędów.

Historia brawurowej akcji amerykańskiego wywiadu z 1980 roku ma też równoważyć konserwatywny, czarny mit Ameryki Cartera, jako kraju pogrążonego w kryzysie, pozbawionego silnego przywództwa, upokarzanego na arenie międzynarodowej. Ale klimat kryzysu i oczekiwania na zmianę unosi się nad filmem przez cały czas. Wskazuje na to już choćby zniszczony napis „Hollywood”, który rzeczywiście popadł w ruinę na początku lat 70. i nie został odbudowany do końca dekady, a który na ekranie pojawia kilka razy.

Wróg numer jeden Kathryn Bigelow, kolejny film walczący o tytuł najlepszego obrazu, nie ma już tych liberalnych wątpliwości. Rekonstruując pracę wywiadu prowadzącą do egzekucji Osamy bin Ladena w jego domu w Pakistanie, reżyserka nie wnika w przyczyny terroryzmu: jest on po prostu zagrożeniem, które trzeba zlikwidować. Ale pokazując całą kuchnię pracy wywiadu, w tym niesławne, „niekonwencjonalne metody przesłuchań” przetrzymywanych podejrzanych, Bigelow sprawia, że zaczynamy mieć wątpliwości, czy to nie metody amerykańskich służb są tak naprawdę gangsterskie. Nie tylko dlatego, że w roli szefa CIA reżyserka obsadziła (dość chyba nieszczęśliwie) Jamesa Gandolfiniego – który nawet w innej fryzurze i w okularach ciągle budzi  skojarzenia z mafijnym bossem Tonym Soprano.

Dwie emancypacje

Drugim tematem, jaki zdominował tegoroczne nominacje, jest wojna secesyjna i wyzwolenie czarnych Amerykanów. W roku, gdy swoją drugą kadencję zaczyna pierwszy czarny amerykański prezydent – jest to symptomatyczne. Spielberg ożywia mit Lincolna, prezydenta, który dał wolność wszystkim Amerykanom, silnie obecny już wcześniej w kinie hollywoodzkim, podejmowany m.in. przez takich klasyków, jak John Ford.

Lincoln to najbardziej statyczny i kameralny film twórcy Szeregowca Ryana. Całość rozgrywa się we wnętrzach, w dialogu, zakulisowych intrygach. Reżyser skupia się na ostatnich czterech miesiącach prezydenta, między styczniem 1865 roku, a zamachem kończącym jego życie w kwietniu tego roku. Osią fabuły są zmagania o uchwalenie 13 poprawki do amerykańskiej konstytucji – tej znoszącej niewolnictwo. Film świetnie pokazuje w jaki sposób jeden z najważniejszych dokumentów w politycznej historii Ameryki XIX wieku został przepchnięty przez Kongres za sprawą politycznych gierek, zgniłych kompromisów, manipulacji, szantażów, a nawet zwykłej korupcji. Niestety filmow z pewnością zyskałby wiele, gdyby tylko był krótszy.

O ile Spielberg przedstawia emancypację odgórną, o tyle Tarantino oddolną. Opowiada historię niewolnika, który tuż przed wojną secesyjną wyzwolony zostaje przez podróżującego po amerykańskim południu łowcę nagród i razem z nim wyrusza na ratunek swojej żonie, niewolnicy pracującej na jednej z plantacji.

Tytuł nawiązuje do spaghetti westernu z 1966 roku Sergio Corbucciego, uważanego za jeden z najbardziej brutalnych w historii gatunku. Tam Django jest tajemniczym przybyszem znikąd włóczącym się po meksykańsko-amerykańskim pograniczu i wszędzie ciągnącym za sobą trumnę (co w niej trzyma – pozostawiam do odkrycia osobom nieznającym filmu). Tarantino czerpie pełnymi garściami z konwencji włoskiego westernu – znacznie bardziej mrocznego, okrutnego, pełnego przemocy, barokowo, operowo przerysowanego niż jego amerykański odpowiednik. Spaghetti western często bywał gatunkiem bezwstydnie eksploatowanym, ale w swoich najlepszych odsłonach podejmował daleko idącą krytykę kapitalistycznej cywilizacji Ameryki i wpisanej w nią przemocy. Tarantino bierze z gatunku to, co najlepsze i łączy z właściwym sobie humorem, erudycyjną zabawą historią kina, z własnymi obsesjami i tematami.

Branżowe pismo „Indiwire” zauważyło niecodzienność faktu, że o tytuł najlepszego filmu rywalizuje dzieło tak długie i okrutne jak Django. W dodatku przedstawiający scenariusz „czarnego gniewu”, prowadzącego do okrutnej zemsty na białych odpowiedzialnych za niewolnictwo. Scenariusz, którego Ameryka zawsze się obawiała. Część komentatorów zwracała uwagę, że Obama mógł wygrać wybory tylko dlatego, że w przeciwieństwie do wcześniejszych przymierzających się do Białego Domu Afroamerykanów (jak na przykład Jessie Jackson), udało się mu przekonać swoich białych rodaków, że z tak rozumianym czarnym gniewem nic nie ma wspólnego.

Siła niezależnych

Nominacja dla Tarantino potwierdza raz jeszcze silną obecność kina „niezależnego” w mainstreamie. W tegorocznych nominacjach widać to nie tylko na poziomie nazwisk, estetyk i tematów, ale także modeli produkcji. Duże hollywoodzkie studia są właścicielami mniejszych wytwórni, które produkują bardziej niezależne, odważniejsze filmy. Podkupują też dzieła niezależne i dystrybuują je swoimi kanałami.

Jak to dokładnie działa, doskonale ilustruje przykład walczących o główną nagrodę Bestii z południowych krain. Reżyser filmu, trzydziestolatek Benh Zeitlin, w życiu nie pracował w Hollywood. Po studiach w Nowej Anglii, przeniósł się do Nowego Orleanu, gdzie razem z przyjaciółmi z uczelni założył filmowy kolektyw Court 13. Razem z nimi nakręcił Bestie… za około 1,3 miliona dolarów w Nowym Orleanie. Pieniądze pochodziły z niekomercyjnego, nowojorskiego funduszu wspierania kina artystycznego Cinereach. Film, za 2 miliony dolarów, kupiła firma Fox Searchlight Pictures, dystrybutor specjalizujący się w kinie niezależnym i amerykańskim. Fox Searchlight jest oddziałem wielkiego studia 20th Century Fox, które z kolei samo jest częścią medialnego imperium Ruperta Murdocha. Fox Searchlight w samych Stanach zarobił na Bestiach około 12 milionów dolarów i zdołał tak wypromować film debiutanta, że walczy on o najważniejsze oscarowe nagrody.

Innym przykładem tego modelu może być wytwórnia Annapurna Pictures, stojąca za dwoma oscarowymi produkcjami: Mistrzem i Wrogiem numer jeden. Annapurna została założona w zeszłym roku przez bardzo młodą (rocznik 1986) producentkę Megan Ellison. Ellison jest córką Larry’ego Ellisona, miliardera z Doliny Krzemowej, prezesa komputerowego giganta Oracle. Annapurna miała przenieść do Hollywood kulturę biznesową Doliny Krzemowej: jej otwartość na inwestycje w innowacyjne, odważne, obarczone ryzykiem projekty.

Na pierwszy ogień poszły Mistrz i Wróg numer jeden, następne planowane produkcje Ellison to między innymi adaptacja Wady ukrytej Thomasa Pynchona (reżyserować ma Paul Thomas Anderson), film o Julianie Assange’u, oraz kolejne dzieło duetu Spike Jonze-Charlie Kaufman.

Obie tegoroczne produkcje Annapurny zostały kupione przez wielkich, hollywoodzkich graczy, którzy zajęli się ich dystrybucją i promocją. Mistrza kupili bracia Weinstein, Wroga numer jeden gigant Columbia Pictures (będący własnością koncernu Sony).

Weinsteinom nie udało się niestety wygrać nominacji dla Mistrza w najważniejszych kategoriach – za najlepszy film i za reżyserię dla Paula Thomasa Andersona. To bez wątpienia największa pomyłka tegorocznych nominacji, bo Mistrz był jednym z najlepszych filmów roku. Rozczarowuje też prawie zupełne pominięcie Moonrise Kingdom, nominowanego tylko za najlepszy scenariusz. W sytuacji, gdy o statuetkę za najlepszą reżyserię nie zmierzą się ze sobą Wes Anderson i Paul Thomas Anderson, dwaj twórcy, którzy najbardziej na to zasłużyli, nie bardzo mnie już obchodzi kto w tym roku wygra.

Faworyci

Mistrz zdobył przynajmniej mocny zestaw nominacji aktorskich. Ale i tu może nic nie wygrać. W kategorii najlepsza rola męska pewniakiem wydaje się raczej nagrodzony Złotym Globem Daniel Day-Lewis w roli Lincolna. Znacznie bardziej wyrównana walka rozegra się o nagrodę za drugoplanową rolę męską. Każdy z nominowanych (Philip Seymour Hoffman, Robert de Niro, Alan Arkin, Tommy Lee Jones i Chritoph Waltz) ma już na koncie przynajmniej jednego Oscara. I trzeba przyznać, że Alan Arkin w Argo, a zwłaszcza Tommy Lee Jones w roli Thaddeusa Stevensa, przywódcy radykalnych Republikanów w Lincolnie, tworzą naprawdę hipnotyzujące kreacje.

W kategorii najlepszej aktorki drugoplanowej walka też jest wyrównana. Za rolę pierwszoplanową walka rozegra się najprawdopodobniej między Jessicą Chastain (Wróg numer jeden) i Jennifer Lawrence (Poradnik pozytywnego myślenia). Obie zdobyły Złote Globy, ta pierwsza za najlepszą rolę w dramacie, ta druga za rolę w musicalu lub komedii.

Złote Globy przyznaje się bowiem osobno dla tych dwóch kategorii. W tej pierwszej za najlepszy film uznano Operację Argo (Ben Affleck otrzymał też nagrodę za reżyserię), w tej drugiej Nędzników. Wyniki, zwłaszcza pominięcie Lincolna, uznano za zaskoczenie. Wszystko wskazuje na to, że walka o najważniejsze Oscary rozegra się właśnie między tymi trzema tytułami – Lincolnem, Nędznikami i Argo.

Nie wiadomo, czy Złote Globy dla filmu Afflecka nie okażą się pocałunkiem śmierci. Akademia może uznać, że – biorąc pod uwagę średnią wieku jej członków – ciągle „młody” Affleck i tak już dostał dość nagród, a Oscary powinny pójść do kogoś bardziej zasłużonego, na przykład Stevena Spielberga. Choć nie wiadomo, czy puli nie zgarną Nędznicy, adaptacja słynnego broadwayowskiego musicalu na podstawie powieści Victora Hugo. Ostatnio musical – Chicago – wygrał w 2003 roku, może więc po dziesięciu latach pora na kolejny?

Ja osobiście kibicuję Django, choć nie wierzę w jego zwycięstwo. Gdybym już musiał wybierać z tej trójki, chyba postawiłbym na Lincolna.

Oscar a sprawa polska

Jak się można było spodziewać, zgłoszone przez naszą Komisję Oscarową do walki o najlepszy film nieanglojęzyczny 80 milionów nie otrzymało nominacji. Wśród oscarowych filmów są jednak dwa polskie akcenty. Po pierwsze, nominacja dla Janusza Kamińskiego za zdjęcia do Lincolna. Operator ten stale współpracuje ze Spielbergiem, ma na koncie wiele nagród i z pewnością realne szanse na kolejną statuetkę. Choć ja wyżej stawiam operatorską robotę Rogera Deakinsa ze Skyfall i Seamusa McGarveya z Anny Kareniny.

Drugi akcent polski jest jednak jeszcze ciekawszy: jedno z tajnych więzień CIA we Wrogu numer jeden (film, jak głosi początkowy napis, oparty jest na „relacjach bezpośrednich uczestników wydarzeń”) mieści się w Polsce, w… Gdańsku. Na porzuconym statku amerykańskie służby przetrzymują i poddają „niekonwencjonalnym metodom przesłuchań” podejrzewanych o związki z Al-Kaidą więźniów. Statek wygląda, jakby stał na terenie dawnej stoczni, kolebki „Solidarności”.

Biorąc pod uwagę międzynarodowy sukces poprzedniego filmu o więzieniach CIA w Polsce, Essential Killing, może jest to temat dla polskiego kina? Kolebka „Solidarności”, miejsce założycielskiego mitu III RP, „Polski sierpniowej”, jako katownia CIA, przekazana amerykańskim służbom przez postkomunistyczny rząd? Czy taki obraz nie jest doskonałą alegorią naszej historii po ’89 roku? Nic tylko kręcić. Pomysł oddaję za darmo. Kto chce, niech korzysta!

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij