Czytaj dalej

Majewska: Czytanie prywatne

Czytelnictwo w Polsce ustabilizowało się na niskim poziomie. Ale z najnowszego badania Biblioteki Narodowej wynika znacznie więcej.

15 milionów przeznaczy w tym roku Ministerstwo Edukacji Narodowej na zakup książek do bibliotek szkolnych, a od 2016 roku biblioteki szkolne i pedagogiczne wreszcie staną się częścią Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa. Nieobecność bibliotek szkolnych w programie była jedną z najbardziej krytykowanych jego usterek. Jako przyczynę wskazywano, bardziej lub mniej oględnie, brak współpracy ze strony MEN.

Dlatego trudno było nie westchnąć „wreszcie…”, kiedy na czwartkowej konferencji prasowej w Bibliotece Narodowej ministra edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska mówiła o przystąpieniu MEN do programu i znaczeniu zakupu książek do bibliotek szkolnych, zwłaszcza w szkołach podstawowych, podkreślając, że lektura powinna pełnić jedną funkcję – skłonić dziecko, żeby sięgnęło po kolejną. Nie są w stanie zapewnić tego przestarzałe księgozbiory, w których znajdują się książki budzące może sentyment dorosłych, ale często nie bardzo już zrozumiałe dla dzieci. Trudno nie cieszyć się, czytając w materiałach prasowych z konferencji: „To właśnie rola szkoły jest kluczowa w kształtowaniu postaw czytelniczych u dzieci i młodzieży uczącej się. Istotnym narzędziem w tym procesie jest sieć kilkunastu tysięcy bibliotek szkolnych, którą dysponują placówki, a także codzienny kontakt ze słowem pisanym”.

Szkoda, że przekucie tego rozpoznania w konkretne działania musiało zająć tyle czasu; dobrze, że Ministerstwo Edukacji Narodowej wreszcie weźmie na siebie część odpowiedzialności za upowszechnianie czytelnictwa.

Na to, że dziś szkoła nie zdaje egzaminu z budowania trwałych nawyków czytelniczych i nie umie zarazić młodzieży radością czytania, wskazują wyniki najnowszych badań czytelnictwa, które również w czwartek ogłosiła Biblioteka Narodowa. Wprawdzie to wśród osób w wieku 15–19 lat oraz uczniów i studentów najwięcej było czytelników (co – doprecyzujmy – w badaniach BN oznacza osoby, które w ostatnim roku przeczytały przynajmniej jedną książkę, niekoniecznie w całości), ale rośnie odsetek tych, którzy książki czytali wyłącznie w trakcie nauki w szkole lub na studiach. W najmłodszej grupie wiekowej najwięcej też było osób, które w ciągu poprzedzających badanie 12 miesięcy żadnej książki nie przeczytały w całości, co również wskazuje, że – jak czytamy w raporcie podsumowującym badania – czytanie szkolne „polega na czytaniu z obowiązku: tego, czego się wymaga, i w takiej objętości, by z tego obowiązku się wywiązać”.

W szkołach jest więc naprawdę wiele do zrobienia. Zaczęła się już rozmowa o lekturach w szkole podstawowej – dzięki inicjatywie MEN „Wybierzmy wspólnie lektury najmłodszych uczniów” (do 31 stycznia można zaproponować książki, które dzieci „pokochają i dzięki którym pokochają czytać”), warto teraz pomyśleć o starszych. Może czas na program „Dyskusyjny Klub Książki w każdej szkole”?

A co poza tym mówią nam najnowsze badania czytelnictwa? Liczba osób deklarujących przeczytanie w ciągu roku przynajmniej jednej książki (powtórzmy: niekoniecznie w całości) wzrosła o 2,5% w porównaniu z badaniem z 2012 roku i wynosi teraz 41,7%. Od 1 do 6 książek przeczytało 27% Polaków (wzrost o 1%), praktycznie nie zmienił się odsetek osób czytających rocznie co najmniej 7 książek – obecnie to 11,3%, dwa lata temu 11,1%. Co z tego wynika? Wprawdzie na stronie Biblioteki Narodowej pojawił się baner z dużym czerwonym napisem: „Wzrost czytelnictwa o 2,5%”, mogący sugerować, że jest się z czego cieszyć, jednak powodów do radości trudno się dopatrzyć.

Mamy do czynienia ze stabilizacją czytelnictwa na niskim poziomie. Bardzo niskim, jeśli za punkt odniesienia przyjmiemy osoby, które przeczytały co najmniej 7 książek.

W podsumowaniu badania sprzed dwóch lat osoby te nazywano „rzeczywistymi czytelnikami”, teraz stały się „czytelnikami intensywnymi”. Wydaje się, że to niepotrzebne zaklinanie rzeczywistości. Nie piszę tego, żeby uderzyć w jeszcze bardziej alarmistyczny ton niż ten zwykle obecny w debacie publicznej („60% Polaków nie czyta!”), jednak by działać na rzecz zmiany, trzeba wiedzieć, co się naprawdę dzieje.

Dlatego wszyscy, którzy chcą się zaangażować w propagowanie czytelnictwa, powinni obowiązkowo przeczytać podsumowujący ostatnie badanie raport autorstwa Izabeli Koryś, Dominiki Michalak i Romana Chymkowskiego. Oprócz danych dotyczących liczby przeczytanych książek w różnych grupach społecznych dostarcza on m.in. obszernej wiedzy o praktykach czytelniczych. W ostatnich badaniach pojawiła się na przykład kwestia książki jako prezentu. Wynik? Zaledwie 4% badanych w minionym roku podarowało i otrzymało książkę. Inna ciekawa informacja: osoby, których domowy księgozbiór obejmuje ponad 500 pozycji, to 1% społeczeństwa. Zdecydowana większość z nas (80%) ma w domu mniej niż 100 książek (trzy standardowe półki), 16% nie ma w domu żadnych książek, dalsze 15% ma tylko podręczniki i pozycje kupione na potrzeby dzieci.

Ciekawostki? Niekoniecznie. To wszystko wiedza, którą można wykorzystać, wyciągając wnioski na temat skutecznych działań propagujących czytelnictwo wśród różnych grup – nieczytających, czytelników okazjonalnych i osób czytających regularnie (tak, tu też potrzebne jest podtrzymywanie nawyku czytelniczego, a przede wszystkim rozwijanie kompetencji czytelniczych).

Trudno oprzeć się wrażeniu, że dotychczas większość działań nastawionych na propagowanie czytelnictwa, w tym kampanie społeczne i programy ministerialne, trafiała głównie do przekonanych. Potencjał mają na pewno Dyskusyjne Kluby Książki, o których Instytut Książki mówi z dumą jako o ruchu społecznym (tych oficjalnie zrzeszonych w programie IK jest już w całej Polsce niemal 1300, skupiają 12,5 tys. stałych członków). DKK-i z pewnością przyciągają przede wszystkim osoby czytające, ale dzięki temu, że opierają się na więzach towarzyskich – lub je tworzą – mają szansę wciągania w krąg czytających osób obcujących wcześniej z książką raczej sporadycznie.

Autorzy raportu przedstawiają własne wnioski dotyczące promocji czytelnictwa. Najciekawszym wydaje się ten wynikający z rozpoznania, że w Polsce głównym siedliskiem kultury książki jest sfera prywatna – do czytania wdraża nas (lub nie) przede wszystkim rodzina, w utrzymaniu zainteresowania czytaniem dodatkową rolę odgrywają znajomi; to na rekomendacjach obu tych grup polegamy najbardziej, a księgozbiory własne i znajomych są dla nas znacznie ważniejszym źródłem książek niż biblioteki. Wreszcie – jeśli nasza rodzina nie czytała, istnieje duże ryzyko, że z nami będzie tak samo. A skoro tak, to promocja czytelnictwa musi umiejętnie wkroczyć w sferę prywatną. Do tego rodzaju pomysłów należy na przykład „Pierwsza książka mojego dziecka” – inicjatywa, której praktyczna realizacja jest jednak mocno krytykowana.

Największym wyzwaniem jest dotarcie do nieczytających – zidentyfikowanie grup docelowych (nieczytający nie są przecież monolitem) i sformułowanie atrakcyjnego dla nich komunikatu, twierdzą też autorzy raportu.

I zaproponowanie adekwatnych do ich potrzeb działań – należałoby dodać. Odpowiedzią na to wyzwanie nie wydaje się wizja zarysowana na czwartkowej konferencji prasowej przez ministrę kultury Małgorzatę Omilanowską. Zapytana, czy ministerstwo ma pomysł na zmierzenie się z nieczytaniem jako kwestią klasową – inny niż inwestowanie w biblioteki w małych ośrodkach, Omilanowska stwierdziła: „Jestem przekonana, że w ciągu najbliższych pięciu lat wzrost czytelnictwa nastąpi dzięki dostępowi do książki elektronicznej”. Wspomniała też o programie „Udostępnianie piśmiennictwa”, dzięki któremu w internecie będą nieodpłatnie dostępne ważne dzieła polskiej i światowej literatury. Program jest niezwykle cenny, ale – podobnie jak książka elektroniczna – nie pozwoli raczej dotrzeć do osób wykluczonych z praktyk czytelniczych. Musimy mądrze dobierać narzędzia, korzystając z dobrych praktyk wypracowanych w Polsce i – przede wszystkim – w krajach, w których poziom czytelnictwa utrzymuje się na wysokim poziomie. Książka elektroniczna, festiwal literacki czy program telewizyjny to nie są uniwersalne rozwiązania. Może do nieczytających nastolatków można dotrzeć, wykorzystując ich aktywność sportową, jak to próbują robić twórcy niemieckiej inicjatywy kicken&lesen czy podobnych przedsięwzięć w Szwecji. Albo w propagowanie czytelnictwa włączyć służbę zdrowia, z którą kontakt mają przecież wszystkie warstwy społeczne – w ten sposób działa amerykański program Reach Out and Read czy portugalskie Czytanie jest dobre dla zdrowia. Warto przyjrzeć się projektom nakierowanym na budowanie nawyków czytelniczych w rodzinach, skierowane szczególnie do rodzin o niższym statusie społecznym, w których rodzice nie czytają i taki wzorzec przekazują dzieciom. Tu przykładem może być austriacki program Family Literacy.

Inspiracji nie brakuje, ale żeby je sensownie przenieść na polski grunt lub znaleźć własne rozwiązania, trzeba przede wszystkim skorzystać z wiedzy, jaką mamy na temat polskich praktyk czytelniczych.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Magda Majewska
Magda Majewska
Redaktorka Krytyki Politycznej, animatorka kultury
W Krytyce Politycznej od 2010 roku, do 2013 odpowiedzialna za promocję Wydawnictwa Krytyki Politycznej, od lipca 2013 redaktorka Krytyki Politycznej. Absolwentka politologii UW, Podyplomowych Studiów Polityki Wydawniczej i Księgarstwa UW oraz Studiów Podyplomowych „Literatura i książka dla młodzieży wobec wyzwań nowoczesności” na UW. Zajmowała się promocją i PR-em w dziedzinie kultury (m.in. promocją TR Warszawa w latach 2006-2010) oraz animacją projektów społeczno-kulturalnych. Redaktorka książek i tłumaczka z języka niemieckiego. Inicjatorka akcji społecznej „Warszawa Czyta”, współprowadzi Mokotowski Dyskusyjny Klub Dyskusyjny. Feministka, weganka, rowerzystka. Mama Mirona.
Zamknij