Trudno nie odnieść wrażenia, że obecna konstytucja, która miała naprawić błędy konstytucji marcowej z 1921 roku, dającej zbyt małe uprawnienia prezydentowi, może mu ich dawać nieco za dużo. Wobec tak ostrego sporu politycznego i głębokiej polaryzacji prawo weta stało się raczej sposobem na paraliżowanie Sejmu i szantażowanie rządu, niż chęcią polepszania losu obywateli.
Weto w ramach polityki przymilania się do amerykańskiego biznesu
Weźmy pierwsze głośniejsze weto, czyli to do ustawy wiatrakowej. Na wiatach autobusowych w Warszawie i Poznaniu pojawiły się właśnie plakaty oskarżające prezydenta o to, że jego weto wobec dopuszczenia budowy wiatraków w odległości 500 metrów od zabudowy (zamiast 700 m jak dotychczas) jest jednym z powodów, dla których zwykły Kowalski płaci więcej za prąd. Powie ktoś, że to tylko 200 metrów różnicy, ale jak wylicza Szymon Pfifczyk, w Polsce zabudowa jest o wiele bardziej rozrzucona niż na przykład w Niemczech i znalezienie miejsca nie na jeden, ale na wiele wiatraków okazuje się problemem. W związku z tym energia staje się droższa.
Nawrocki zawetował też ustawę o podatkach od zysków nadzwyczajnych (tzw. windfall tax). Powiecie, że to kwestia wielkiego biznesu, ale to właśnie te podatki pozwalają na obłożenie Orlenu i obniżkę cen paliw dla zwykłego Kowalskiego. Wbrew powszechnemu przekonaniu wyborców Orlen nie jest przedsiębiorstwem państwowym, ale spółką akcyjną notowaną na giełdzie, w której państwo nie ma nawet większościowych udziałów (acz ma przewagę w głosach). Oznacza to, że państwo nie może jej nakazać, co ma robić z zyskiem albo jak bardzo obniżyć cenę sprzedawanego towaru czy usługi. Akcjonariusze pójdą wówczas do sądu i wygrają astronomiczne odszkodowania. Można jedynie ingerować akcyzą i podatkami. Podatek od nadmiarowych zysków jest więc sprawiedliwą daniną od najbogatszych korporacji, które mogą w ten sposób podzielić się ze społeczeństwem. Niestety, zamiast portfela Kowalskiego wygrał portfel korporacyjny i dywidenda, notabene zagranicznych inwestorów. Na przykład, co za niespodzianka, amerykańskich funduszy.
Program SAFE to kolejny przykład tego, jak los zwykłego obywatela musiał ustąpić polityce przymilania się do amerykańskiego biznesu. Nie jest już tajemnicą, że wetowanie SAFE wynika z nacisku Amerykanów dbających o przemysł wojskowy w Stanach, a nie w Polsce. Jak żalił się pan Cenckiewicz, ówczesny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, ze środków SAFE nie można bowiem kupować sprzętu amerykańskiego, więc państwo polskie będzie musiało kupować sprzęt polski, produkowany w Polsce przez polskiego pracownika. Prawdziwa groza.
O ile jednak środki z SAFE dało się załatwić bez podpisu prezydenta, o tyle element niewojskowy – dotyczący zakupu sprzętu dla policji i straży – przepadł. Tym samym zwykły Kowalski znowu skazany jest na niedofinansowane służb, z którymi styka się na co dzień. Być może policja miałaby więcej pieniędzy na przykład na walkę z cyberprzestępczością, a straż pożarna szybciej przyjechałaby na ratunek Kowalskiemu zakleszczonemu w aucie. Cóż, znowu amerykański Smith okazał się ważniejszy.
Od aresztów wydobywczych po związki partnerskie
Prezydent zawetował także ustawę dotyczącą tzw. aresztów wydobywczych. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to dobre rozwiązanie, bo ma uderzać w przestępców. Problem polega jednak na tym, że osoba tymczasowo aresztowana w świetle prawa jest niewinna – o jej winie nie przesądził jeszcze sąd.
Tymczasowy areszt może być stosowany m.in. w sprawach, w których podejrzanemu grozi wysoka kara. W efekcie zwykły człowiek, który został pomówiony przez inną osobę, może znaleźć się w bardzo trudnej sytuacji. Prokurator może wówczas wykorzystywać groźbę długotrwałego aresztu jako argument, by skłonić podejrzanego do przyznania się.
Co więcej, nie musi chodzić wyłącznie o przestępstwa karne. Podobne problemy mogą dotyczyć spraw karno-skarbowych, np. związanych z rozliczaniem VAT.
Prezydent bronił się, że podpisanie ustawy uniemożliwi wsadzanie do aresztów pedofilów próbujących uwodzić dzieci przez telefon, bo zawetowana ustawa wyklucza możliwość stosowania aresztu w przypadku czynów zagrożonych karą do roku pozbawienia wolności, jak w tym przypadku. Jeśli jednak prezydentowi rzeczywiście tak bardzo zależało na walce z tym przestępstwem, wystarczyło złożyć projekt ustawy o podwyższeniu kary do 2 lat (czego PiS jakoś nie zrobił) i go podpisać. Tymczasem interes prokuratorów zwyciężył, na co przez moment wściekli się kibice, ale zaraz znowu pokochali swojego prezydenta za to, że nawrzucał „banderowcom”.
Podobnie rzecz ma się z taśmowym wręcz wetowaniem ustawy o kryptowalutach, która wzmacniała nadzór. Nie jest prawdą, jak twierdzą niektórzy, że to nie dotyczy zwykłego Kowalskiego. W kryptowaluty bardzo często inwestują młodzi ludzie, nierzadko mężczyźni z tzw. manosfery, którzy wierzą, iż bez pracy i wysiłku ich inwestycja będzie rosła jak na drożdżach. A potem jest płacz, że ktoś wyciągnął im dywan spod nóg. Interesy pana Kralla z zegarkami po 180 tysięcy okazały się ważniejsze.
Wreszcie jest sprawa chyba najważniejsza – ustawa o związkach partnerskich, oficjalnie nazwana Ustawą o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu.
Wbrew pozorom nie jest to projekt dotyczący wyłącznie par jednopłciowych ani rozwiązanie ograniczające ochronę małżeństwa. Chodzi przede wszystkim o uregulowanie praktycznych kwestii związanych ze wspólnym życiem – m.in. spraw spadkowych, alimentacyjnych czy medycznych. Z takich rozwiązań mogłyby korzystać nie tylko pary LGBT, ale wszystkie osoby żyjące w nieformalnych związkach.
Dla przykładu: kobieta i mężczyzna, którzy mieszkają razem od dziesięciu lat, mogliby łatwiej załatwiać formalności w urzędach, podejmować decyzje w sytuacjach medycznych czy uregulować kwestie majątkowe na wypadek śmierci jednego z partnerów. Dziś bez testamentu majątek może trafić do rodziny zmarłego, a nie do osoby, z którą faktycznie dzielił on życie. Zawarcie związku partnerskiego pozwalałoby takie kwestie uregulować z wyprzedzeniem i zabezpieczyć partnera.
Mark Zuckerberg lubi to
Albo weto do ustawy o DSA, która umożliwiałaby walkę z platformami cyfrowymi, w tym także z profilowaniem dzieci czy szybszym usuwaniem materiałów pedofilskich. Znowu interes dziecka zwykłego Kowalskiego, będącego namierzaną ofiarą w mediach społecznościowych, przegrał z interesem Marka Zuckerberga i innych amerykańskich oligarchów.
Lada moment szykuje się też weto w sprawie wielce niedoskonałej, ale jednak idącej ciut do przodu ustawy podatkowej. Z prawej strony słychać, że zmiany są kosmetyczne. 3600 zł rocznie w kieszeni zwykłego Kowalskiego z klasy średniej? Drobniaki. Krytyka pojawia się też dlatego, że reforma ma być częściowo finansowana z wyższych podatków płaconych przez najbogatsze firmy, w tym prawdopodobnie także amerykańskie korporacje.
Jednocześnie ograniczone zostałyby możliwości korzystania z ryczałtu. Dziś system potrafi prowadzić do absurdalnych różnic. Lekarz operujący w szpitalu, korzystający ze szpitalnego sprzętu i prowadzący działalność gospodarczą, może rozliczać się ryczałtem według stawki 14 proc., nawet jeśli na jednej operacji zarobi milion złotych. Tymczasem pielęgniarka asystująca mu przy tej samej operacji, zatrudniona w szpitalu na umowie o pracę i mająca wyższe wykształcenie, po przekroczeniu progu podatkowego płaci 32 proc. podatku od dochodu.
Łatwo jest deklarować walkę o interesy zwykłego Kowalskiego – podczas wywiadu u zaprzyjaźnionego dziennikarza, na sejmowej mównicy czy przed kamerami. Znacznie trudniej zrobić to wtedy, gdy trzeba przeciwstawić się amerykańskiemu przemysłowi zbrojeniowemu, największym funduszom inwestycyjnym, Big Techowi z Markiem Zuckerbergiem na czele czy firmom z branży kryptowalut, które wspierają polską prawicę.
Przez ostatni rok prezydent nie zdał tego egzaminu. Zwykły Kowalski mógł coś zyskać tylko wtedy, gdy jego interes nie kolidował z interesami potężnych grup lobbystycznych.
Nie ma powodów, by zakładać, że w kolejnym roku będzie inaczej.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!