Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Dlaczego warszawskie referendum okazało się klapą?

Przede wszystkim zawiódł timing i typowe przeszacowanie wpływu afer na postrzeganie rzeczywistości przez wyborców. Ale jest też coś, czego organizatorzy nie zrozumieli na temat dzisiejszej Warszawy.

ObserwujObserwujesz
2
Celnie!

1

Nie będzie referendum ws. odwołania Rafała Trzaskowskiego ze stanowiska prezydenta Warszawy. Liberałowie mogą zacierać ręce, bo wreszcie dostali jakąś prestiżową wygraną nad prawicą, która tak prze do władzy. Prawicowi (zwłaszcza) kierowcy mogą zagryzać wargi ze wściekłości. Przecież jeszcze kilka tygodni temu tak bardzo wierzyli, że nadchodzi koniec tego strasznego „terroru” zwężania ulic i stawiania słupków. Lewacy mogą, jak zwykle, postać z boku i zająć się komentowaniem. Albo swoimi sprawami.

Czy to źle, czy dobrze, że do referendum nie dojdzie? Nawet wśród umiarkowanych zwolenników Trzaskowskiego zdania mogą być podzielone. Wszak nic tak nie dopinguje władzy, jak perspektywa jej odwołania. A miejski aktywizm obywatelski jest jednym z niewielu przejawów oddolnej demokracji, która się w Polsce autentycznie udała.

Ważniejsze jest chyba pytanie, dlaczego się nie udało? I co musi się stać, aby w innych przypadkach się jednak udało?

Nosił Wilk razy kilka

Przede wszystkim zawiódł timing i typowe przeszacowanie wpływu afer na postrzeganie rzeczywistości przez wyborców. Podpisy zbierane były w okresie wakacyjnym, a więc wtedy, gdy miasto pustoszeje. Dodatkowo całą akcję zorganizowano na skutek wybuchu afery Szpitala Południowego. Problem w tym, że media i przeciwnicy Trzaskowskiego sklejali tę aferę przede wszystkim z Tuskiem i rządem, a nie z samym prezydentem Warszawy.

Mało tego, z Trzaskowskiego latami robiono nie tylko „pomagiera” Tuska, ale także Kierwińskiego, który ma faktycznie rządzić Warszawą, więc trudno było teraz przerzucić cały ciężar winy na prezydenta stolicy. Zwłaszcza że ten szybko zrzucił z sań polityków zasiadających w radach nadzorczych. W pewnym sensie chciejstwo prawicy, by dopaść Donalda, osłabiło impet ataku na Rafała.

Dodatkowo organizatorzy, a właściwie organizator, Maciej Wilk, stanął przed kluczowym dylematem każdego z niepartyjnych organizatorów. Czy oprzeć się na partiach opozycyjnych, tracąc apolityczność, ale zyskując za to ich zasoby finansowe i pomoc ludzką przy zbiórce, albo przeciwnie: strzec apolityczności, ale polegać na zasobach własnych?

Czytaj także „Budujcie, byle nie na moim podwórku”. Warszawska lewica przeciwko rewitalizacji Skry Artur Troost

Problem Wilka polegał na tym, że owszem, dopuścił zarówno PiS, jak i polityków czy nawet działaczy skrajnej prawicy, ale, jak sam dziś narzeka, wydatnej pomocy finansowo-osobowej nie dostał. Politycy PiS chętnie fotografowali się przy wolontariuszach, ale sami kwestować nie chcieli. Partia jest w fatalnej kondycji finansowej, a w konkurencji o wyciąganie pieniędzy od wyborców jest jeszcze o wiele skuteczniejsza TV Republika. W takiej sytuacji inwestowanie w ryzykowną inicjatywę generującą wysokie koszty, z której śmietankę może spijać organizator, a nie PiS, nie było dla partii zbyt kuszące.

Z drugiej strony należy pamiętać, że wbrew pozorom PiS ma w Warszawie silniejsze poparcie niż lewica, co nieco zadaje kłam tezie o „lewackiej Warszawie”. Tobiasz Bocheński zdobył w 2024 r. 178 tysięcy głosów, a gdy doda się jeszcze Korwina i Wiplera, to razem daje to około 200 tysięcy głosów prawicowych w Warszawie. Organizatorzy referendum uzyskali 110 tysięcy. Wydaje się to wynikiem przyzwoitym, ale chyba wciąż dalekim od optymalnego nawet w samej bazie prawicowej w Warszawie.

Kto nie rozumie Warszawy?

To rozdwojenie organizatorów między apolitycznością samej inicjatywy a wyraźnym mruganiem w prawicową stronę sprawiło, iż brakowało wyraźnego programu pozytywnego. Sama idea referendum odwoławczego skupia się zwykle na odwołaniu, a nie na proponowaniu zmian. Ale pytanie „co i kto po Trzaskowskim?” ciągle wisiało w powietrzu, podobnie jak problem ogromnego sporu między pieszymi a „samochodziarzami”.

Czytaj także Nocna prohibicja w Warszawie działa. Lewica miała rację Galopujący Major

Ci ostatni traktowali referendum jako swoisty plebiscyt na poparcie własnych postulatów, podczas gdy Wilk próbował nadać ruchowi większy ideologiczny sens. I znowu się to nieco rozjeżdżało. Dodatkowo sam Maciej Wilk był w owej kampanii referendalnej, delikatnie mówiąc, mało porywający pod względem merytorycznym. Kto pamięta go z udanej kampanii dotyczącej budowy CPK mógł mieć wrażenie, że sprawy miasta czuje bardziej jako niedawno przyjezdny mieszkaniec tudzież polityk opozycyjny, a nie merytoryczny ekspert. A właśnie to pomagało mu w punktowaniu rządu Tuska i jego hipokryzji w sprawie budowy lotniska.

Najważniejszym jednak powodem, który moim zdaniem zaważył na wyniku, jest przewrót godnościowy, którego akurat w wydaniu warszawskim szeroko rozumiana prawica od lat nie potrafi zauważyć. Potrafiła to wychwycić w sprawie CPK, w której nie chodziło o żadne lotnisko, tylko o wielki tożsamościowy projekt Polaków, ale teraz nie zrozumiała, iż w Warszawie czymś takim są właśnie instagramowe inwestycje Trzaskowskiego.

To bulwary warszawskie, to ta wyśmiewana kładka Trzaskowskiego, to wreszcie nowa, zielona Złota czy nawet ów biały klocek Muzeum Sztuki Współczesnej sprawiają, iż masa warszawiaków jest ze swojego miasta dumna. Owszem, można się z tego śmiać, można się dziwić, można drwić, że coś jest zaledwie „kawałkiem trawniczka”, ale przecież nie o trawniczek tu chodzi, a o pewną próbę równania miasta do tego, co Polacy widzą za granicą, gdy masowo wyjeżdżają na city breaki do europejskich metropolii. Po zachłyśnięciu się manhattanizacją lat 90. w stolicy, a następnie „obwodnicozą” coraz gęściej oplatającą stolicę, przyszła pora na spełnianie aspiracji przez miejsca zielone, bez samochodów, przeznaczone dla pieszych, rodzin z dzieckiem i na niedzielne spacery, które mieszkańcy po prostu uwielbiają. Kto tego nie rozumie, ten nie rozumie Warszawy.

Warszawski brutalizm i krakowski spleen

Trzaskowski, czy szerzej obóz liberalny, szybko to zrozumieli. Wiedzą, że politycznie niewiele to kosztuje, a specyfika inwestycji miejskich polega na tym, że łatwiej docenić naziemny trawniczek niż o wiele bardziej kosztowną wymianę sieci wodociągowej pod ziemią. Nie mówiąc o mieszkaniach komunalnych. Prawica tej zmiany nie czuje, chociaż sama jej ulega za każdym razem, gdy klaszcze tym wszystkim zagranicznym turystom wrzucającym zdjęcia z zachwytem nad przyjazną (i właśnie instagramową) Warszawą.

Czytaj także Dwa tysiące wydarzeń rocznie. Co dokładnie dzieje się w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej? Agnieszka Wiśniewska rozmawia z Joanną Mytkowską

Można spytać, dlaczego takiego efektu pogoni za instgramozą nie ma w Krakowie? Być może jest on miastem o wiele mniej estetycznie zakompleksionym, które jako perła architektoniczna po prostu nie musi nakładać żadnych zielonych łat na postkomunistyczny brutalizm Warszawy, który, poza garstką hipsterów, zwykle się nie podoba. Może timing, miliony Łukasza Gibały, brak szerokiej bazy dla KO i dla odmiany o wiele większe problemy z komunikacją miejską sprawiły, że w Krakowie liczyło się co innego niż w Warszawie.

A może po prostu każde miasto ma swoją specyfikę. Dlatego prowadzenie kampanii krakowskopodobnej w Warszawie nie mogło się udać, tak jak warszawskopodobny prezydent Miszalski nie mógł się sprawdzić w Krakowie.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
2
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x