Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Chodzę na palcach, nie korzystam z toalety, jestem z Polski. Szukam pokoju na wynajem

Szukanie studenckiego mieszkania przypomina reality show – trzeba prześcignąć konkurencję, spełniać warunki estetyczne, zrobić dobre wrażenie. I nie zdradzić akcentem, że się pochodzi z Ukrainy.

Student w akademiku
Walka

Strefy wolne od wschodniego akcentu, kotów, umów śmieciowych i starości – castingi na lokatora idealnego oficjalnie można zacząć. Zaczyna się rok akademicki, więc będzie wymagająco i ciasno, ścianka ze styropianu i jedno okno, bo do wielkich aglomeracji jedzie się uczyć ponad 100 tysięcy więcej studentów niż rok temu – właśnie wchodzi podwójny rocznik.

Młodzi zgodzą się na każde warunki, a właściciele będą przebierać w najbardziej perspektywicznych kandydatach. Dziś już nie wystarcza wypłacalność, coraz częściej preferowane jest pochodzenie „polskiego Polaka z Polski”.

Darwinistyczna selekcja naturalna na rynku najmu działa od lat i niestety nie widać szansy na zmianę, bo im bardziej deficytowym dobrem staje się mieszkanie w Polsce, tym bardziej rynek zaczyna przypominać wystawę psów rasowych.

Czytaj także Młodość na nieswoim. Studentów przybywa, miejsc w akademikach ubywa Piotr Wójcik

W cenie Polacy z polskim rodowodem

– Teraz bym sobie nie poradziła – mówi 29-letnia Valeria. Osiem lat temu uciekła z pogrążonej w kryzysie finansowym i politycznym Bośni i Hercegowiny i przyjechała do Krakowa studiować stosunki międzynarodowe. Z niechęcią właścicieli mieszkań zetknęła się parę razy – przeszkadzało im jej imię i nazwisko.

– Miałam takie nieprzyjemne sytuacje, że dzwoniłam do właścicieli, żeby się umówić na oglądanie pokoju, ale kiedy spotykaliśmy się na żywo, żeby podpisać umowę, to nagle nie chcieli. Bo przez telefon nie słyszeli akcentu, ale jak już zobaczyli moje pochodzenie, zmieniali zdanie. Teraz wynajmuję jeden pokój z koleżankami. Chciałabym wynajmować sama, ale w tym momencie jest to niemożliwe finansowo. Trzeba się cisnąć w pokoju. Przyjechałam w 2018 roku na stypendium, które wynosiło 1200 złotych, i bez problemu opłaciłam akademik, który wtedy kosztował 250 złotych. Mogłam przeżyć miesiąc z lekką pomocą rodziców.

W ogłoszeniach na OLX widać coraz więcej ofert, z adnotacją, że preferowane są osoby mające polskie obywatelstwo i mówiące po polsku. Z takim stanem rzeczy godzą się już obywatele Ukrainy, próbują swoich sił dalej i w końcu się udaje – mówią mi Artem i Roksolana. Parokrotnie słyszeli w telefonie „Przepraszam, ale Ukraińcom nie wynajmujemy” – to już właściwie norma.

Standardem też jest brak akceptacji zwierząt domowych. Grzegorz mieszka w Krakowie od prawie dziewięciu lat. Ostatnio zmieniał pokój z dwoma psami i dostawał pytania: „Czy pieski głośno szczekają?”, „Czy są wyprowadzane?”. Ale też bardziej intymne: „Czy mam umowę o pracę?”, „Czy spodziewam się dziecka z partnerką?”.

– W Krakowie ten rynek patonajmu sam się napędza. Landlordzi wiedzą, że mogą zgarnąć większą kasę, więc to robią. Plan jest taki, żeby się stąd wyprowadzić – dodaje Grzegorz.

Chów klatkowy na wagę złota

Aktualnie w Krakowie dostępnych jest 18 279 aktywnych ogłoszeń najmu mieszkań, a mediana czynszu wynosi około 2800 zł miesięcznie. Dla porównania w Warszawie ogłoszeń jest 30 tysięcy, a mediana wynosi około 3500 zł. Te miasta najczęściej do studiowania wybierają młodzi absolwenci szkół średnich – a z roku na rok ceny idą w górę.

Aby zaliczyć awans zawodowy i klasowy, studenci godzą się na każde warunki mieszkalne, choć nie każdy będzie miał ku temu okazję. Widać to na przykładzie Krakowa – tutaj liczba studentów z roku na rok maleje: z blisko 210 tysięcy na przełomie lat 2009–2012 do około 127 tysięcy pod koniec 2022 roku. Rosną koszty utrzymania w dużych ośrodkach, zatem przy horrendalnych stawkach najmu, jakaś część walczy o akademiki i się dostanie (chociaż o to coraz trudniej), a jakaś część będzie jeść styropian, zapijając dwudniowym piwem kupionym w ramach „happy hour”, spóźniać się na zajęcia po pracy – ledwo godząc jedno z drugim – w konsekwencji nic nie mając nic z nauki. Inni po chłodnej kalkulacji finansowej zostaną w rodzinnej miejscowości, gdzie rynek pracy jest ograniczony, a demografia kurczy się niczym turecki sweterek po praniu, zatem trudniej zdobyć tam kapitał społeczny czy kulturowy. Takie miejsca to na przykład Tarnów czy Gorzów Wielkopolski, które mają swoje publiczne uczelnie.

19-letni Paweł przyjechał spod Brzeska na AGH studiować automatykę i robotykę. Mówi, że wziął byle co, ważne, żeby było tanio, ale słyszał, że ludzie nie dostali się do akademików nawet 130 kilometrów od Krakowa.

– Płacę 900 zł za czynsz i 400 za media. To malutki pokój, bardzo ciężko o coś tańszego.

Czytaj także Studenci to nie elita. Dlatego walka o akademiki ma sens [polemika z Chabikiem] Weronika Brykalska

Ale jak to: nie ma gdzie mieszkać? Przechadzając się ulicami polskich miast, co rusz widzę nowo zbudowane akademiki, chociażby „Student Spaces” na warszawskim Mokotowie. Niestety, to tylko złudzenie dostępności. Prywatne lokale otwierane są z myślą o dzieciach dobrze sytuowanych materialnie rodziców.

Niezaspokojony popyt na zakwaterowanie studenckie w Polsce sięga nawet 400 tys. łóżek, z czego w samej Warszawie brakuje około 60 tysięcy. Budowanie nowoczesnych akademików dla najzamożniejszych dzieci nie załatwia sprawy, wyostrza nierówności społeczne i udowadnia, że system edukacji w Polsce tylko z pozoru jest egalitarny. Wiedzą o tym doskonale studenci z Poznania, którzy nie odzyskali Jowity, ponieważ UAM nie ma pieniędzy na sfinansowanie remontu. Władze UJ tak samo – remont Kamionki? Za drogi.

Studentom zostaje więc nierówna walka z landlordami, a tutaj jest jak w programach telewizyjnych i konkursach typu reality show – trzeba prześcignąć konkurencję, spełniać konkretne warunki, w tym niekiedy estetyczne, zrobić dobre pierwsze wrażenie. Łatwo się przy tym nadziać na niekomfortowe, podchwytliwe, stresujące pytanie. Jak źle odpowiesz – odpadasz.

Rządzą fanaberie i wolny rynek

Castingów na najemców nie wymyślono w Polsce. W Irlandii flatmate interviews są na porządku dziennym od paru lat i obejmują kwestionariusz zawierający kilkanaście pytań. Na Facebooku istnieje grupa The Ideal Flatmate Dublin, w której jest prawie 100 tysięcy osób.

W Holandii casting na lokatora jest wręcz rozwiązaniem systemowym wynikającym z poważnego niedoboru mieszkań studenckich, ale nieco się różni od polskich standardów. Nazywa się to hospiteren. Równowaga sił tutaj nie rozkłada się na podstawie kapitału finansowego, tylko tzw. chemii. Gdy w mieszkaniu zwalnia się pokój, pozostali najemcy nie kontaktują się z agencją, ale sami szukają w internecie kandydatów. Zapraszają ich na wieczorek zapoznawczy, sprawdzają styl bycia i życia, co kandydaci studiują i jakie mają pasje. Na tej podstawie dobierają sobie zwycięzcę – nowego współlokatora.

Co ciekawe, w bieżącym roku Parlament Europejski przejął się sytuacją braku mieszkań studenckich i pytał o to, jak pogodzić prawo mieszkańców do wyboru współlokatora z zasadami niedyskryminacji i obiektywnej selekcji.

We Francji casting na wynajem jest bardziej chałupniczy i mniej formalny, przypomina bardziej rekrutację na studia. „Le Monde” pisał o tym przed dwoma laty jako o „parcoursup” – systemie rekrutacji na studia, bo przy ograniczonej podaży studenci muszą konkurować o niewielką liczbę mieszkań.

34-letni Tomek, mieszkaniec Krakowa od ponad 10 lat, mówi, że trudno było wygrać z kimś, kto miał etat, kiedy on tylko zlecenia, ale nie dziwiło go wykluczenie, bo z podobnym schematem spotkał się w Irlandii. Dziś wynajmuje z partnerką mieszkanie na Krowodrzy, studenckiej dzielnicy w centrum.

– My mamy psa, przy jednym zwierzęciu już było coś trudno znaleźć.
– Ale nie mogliśmy się przyznać do dwóch kotów – śmieje się Gabriela. – Jak ma się więcej zwierząt, jest to właściwie niemożliwe, co ciężko zrozumieć, bo my pracujemy i aneks do umowy, mówiący o tym, że moglibyśmy pokryć ewentualne szkody, byłby dobrym rozwiązaniem, ale nikt się na to nie godzi. A jak przesiejemy sobie ogłoszenia, to może jeden procent zgadza się na psa.
– Najlepiej, żeby to był pies mały i żeby nie szczekał – dodaje Gabriela.– Spotkaliśmy się z wymogiem, że trzeba było wysłać zdjęcie psa. Ale pamiętam, że w Irlandii, jak mieszkałem dwa lata, to była norma. Przychodziło 30, 40 osób do jednego mieszkania na casting, z referencjami w ręku, od pracodawców czy poprzednich najemców.

Czytaj także Czy studenci mają gdzie mieszkać? Spoiler: akademiki to za mało Kamil Trepka, Zuzanna Mielczarek

Czy to normalne?

Dla osób, które wydały krocie na zakup mieszkania, odsianie nierokujących najemców wydaje się całkiem rozsądne w dobie przedziwnych historii o zniszczeniu mieszkań. W Będzinie trzy lata temu głośna była ogólnopolska sprawa pięcioosobowej rodziny, która przez rok najmu zniszczyła mieszkanie do tego stopnia, że sprawa trafiła do sądu. Do tego dochodzą obawy o niepłacenie czynszów i problemy z opuszczeniem lokalu przez najemców.

– Ludzie podejmują ryzyko, ale powinno to być uregulowane. Nie o wszystko trzeba jednak pytać – mówi mi 81-letni pan Feliks, krakus, właściciel, wynajmujący ukraińskiej parze garsonierę 45 m² za 1500 złotych przy Królewskiej.

– Ludzie się boją o swoje dobra, ale jeśli nie będą przyjmować Ukraińców pod wynajem, nie będziemy mieć emerytury. Oni są bardzo ważni.

Duża część wynajmujących traktuje jednak swoje mieszkania jako narzędzie spekulacyjno-finansowe. Patowynajem to dla nich szybki sposób na dochód pasywny, dzielą więc duży metraż swoich mieszkań tanimi ściankami z karton-gipsu na kilka małych, mikroskopijnych pokoi.

Koło fortuny

Prawo lokatorskie w Polsce teoretycznie chroni najemców, ale w praktyce nie zawsze działa. Eksmisja na bruk jest nielegalna, ale i tak występuje, choć przepisy przyznają dodatkową ochronę między innymi matkom z dziećmi oraz emerytom i rencistom, ale bywa różnie. Właściciele o tym wiedzą i dlatego niechętnie podejmują ryzyko – bo co, jeśli najemca przestanie płacić i będzie trudno się go pozbyć? W efekcie te grupy społeczne od lat są mocno dyskryminowane na rynku najmu. Ale nie tylko one.

Według raportu Ukryte bariery – komu rynek najmu w Polsce odmawia? z 2025 roku wynika, że największa niechęć dotyczy obcokrajowców spoza Unii Europejskiej – łącznie 55 proc. odpowiedzi negatywnych. Na cenzurowanym są też freelancerzy i osoby na umowach cywilnoprawnych, choć ich dochody bywają porównywalne lub często wyższe niż „etatowców”, a wreszcie osoby ze zwierzętami – 35 proc. odmów.

Czym się sugerują wynajmujący? Większość kieruje się po pierwsze wysokością i stabilnością dochodów – 54 proc., wrażeniem osobistym – 46 pro. – i tym, czy ktoś jest singlem, w parze czy ma rodzinę. Badanie przeprowadzone na próbie 1500 osób pokazuje też, że studenci nie są mile widziani na rynku najmu. Obok emerytów i rencistów, „pełnych rodzin” i freelancerów stanowią oni grupę osób o najmniejszym odsetku preferencji, jeśli chodzi o styl życia w oczach landlorda.

Czytaj także Studenci do nauki? Marzenie, a nie rzeczywistość Artur Troost

W dobie niejednoznacznych wymogów i wielkiej maszyny losującej młodzi ludzie coraz częściej sami się ogłaszają na zamkniętych grupkach internetowych, wrzucając atrakcyjne wizualnie zdjęcia, wykorzystując aspekty kapitału fizycznego i próbując zrobić dobre pierwsze wrażenie. Poniekąd sami inicjują taki casting, bo wiedzą, że zadziała. Ludzie przecież mają tendencję do przypisywania konkretnych cech osobowości na podstawie zdjęcia.

„Podwójny rok akademicki” zbliża się wielkimi krokami, więc wszystkie chwyty dozwolone, ale największą szansę masz wtedy, kiedy dodasz ogłoszenie tego typu:

„Cześć, nazywam się Mateusz. Szukam do wynajęcia pojedynczego pokoju w centrum. O mnie: pracuję stabilnie na pełny etat (głównie poza domem). Wracam do mieszkania tylko na noc, w ciągu dnia mnie nie ma. Jestem osobą spokojną, czystą, punktualną i bez nałogów (nie palę), nie piję, nie gotuję w mieszkaniu, chodzę na palcach. Nie mam zwierząt. W zasadzie chciałbym tylko płacić za mieszkanie, czasami skorzystam z toalety (ale częściej na zewnątrz). Jeśli masz wolny pokój lub znasz kogoś, kto szuka spokojnego lokatora, napisz do mnie!”.

**
Mateusz Macierakowski – reporter, socjolog. Twórca kanału Bez żartów, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Laureat dwóch nagród SGL Local Press 2026.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x