📊 Instytut Krytyki Politycznej opublikował właśnie raport „Nie jesteśmy w domu”. Ukraińscy migranci i uchodźcy o relacjach z Polakami. Jego autorami są Olena Babakova i Przemysław Sadura.
🔄 Badaczki i badacze odwrócili perspektywę: zamiast pytać Polki i Polaków o stosunek do Ukrainy, zapytali Ukraińców o ich relacje z polskim społeczeństwem i państwem.
📖 Olena Babakova pokazuje, jak zmiany prawa, kampania prezydencka i codzienne doświadczenia wpłynęły na poczucie bezpieczeństwa oraz relacje Ukraińców z polskim społeczeństwem.
🔎 Publikujemy skróconą wersję jednego z rozdziałów. Pełen tekst raportu przeczytasz tutaj.
Utrata dodatku wyrównawczego do emerytury, za który kupowało się leki, utrata dostępu do NFZ, eksmisja z DPS – w praktyce wygaszenie specustawy uderzyło w tych Ukraińców, którzy ze względu na wiek lub stan zdrowia nie mogą podjąć regularnej pracy w Polsce. Dla młodych, pracujących, zasobnych praktyczne konsekwencje zmiany prawa są nieodczuwalne. Ochłodzenie atmosfery w relacjach polsko-ukraińskich odczuli natomiast niemal wszyscy Ukraińcy mieszkający w kraju. Wyzwiska, złośliwe podkreślanie „wschodniego akcentu”, toksyczne komentarze ze strony lekarzy albo urzędników, hejt w internecie – to jest doświadczenie i przybyłych po 2022, i naturalizowanych polskich obywateli. Znaczące zmiany w zachowaniu Polaków – w opinii rozmówców – nastąpiły nie wskutek zmian w prawie, lecz podczas kampanii prezydenckiej, która te zmiany zapowiadała.
Na początku chcemy wyraźnie podkreślić: nie jest tak, że życie Ukraińców w Polsce to niekończące się szczucie i konflikty z Polakami. Większość naszych respondentów deklarowała zadowolenie ze swojego życia w Polsce, które zasadniczo obraca się wokół pracy. Najczęściej padające w wywiadach słowa to: pracować/praca, pomóc/pomagać, pieniądze, wojna. Zatrważające jest to, że poza dwiema osobami wszyscy rozmówcy deklarowali styczność z zaczepkami, wyzwiskami, dyskryminacją lub wręcz przemocą fizyczną związaną z ich ukraińskim pochodzeniem, również w przestrzeni offline (online doświadczyli tego wszyscy). I chociaż mało kogo z naszych rozmówców przepisy ustawy o wygaszeniu ochrony czasowej dotknęły bezpośrednio, większość z nich, zarówno migrantów przedwojennych, jak i uchodźców, zaznacza, że to właśnie kampania prezydencka w 2025 roku i następujące po niej weto prezydenta Nawrockiego ws. ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy stały się cezurą w pogorszeniu nastrojów społecznych w Polsce.
Prawo uderzyło w najsłabszych
Na poziomie czysto praktycznym wygaszenie specustawy oznaczało przede wszystkim odebranie trzech rzeczy: dostępu do publicznej ochrony zdrowia osobom nieubezpieczonym przez pracę (lub z innego tytułu), dodatku wyrównawczego do ukraińskich emerytur oraz ograniczenie prawa do dalszego pobytu w ośrodkach zbiorowego zakwaterowania. Nawet rozmówcy, których zmiany nie dotknęły bezpośrednio, znali osoby, które straciły świadczenia lub dostęp do opieki zdrowotnej. Dla niektórych spośród naszych rozmówców zmiany te oznaczały cios.
64-letnia kobieta, przed przyjazdem do Polski w 2023 roku mieszkała w okupowanej Kachowce w obwodzie chersońskim – rok spędziła pod rosyjską okupacją, a jej dom znajdował się trzysta metrów od linii frontu i był regularnie ostrzeliwany. Mieszka dalej w OZZ, pięcioro osób w jednym pokoju; do marca 2026 roku pobierała dodatek wyrównujący jej ukraińską emeryturę do polskiego minimum egzystencji:
Od 4 marca zostało nam to odebrane. Teraz nie mamy żadnych środków do życia poza ukraińską emeryturą, która u mnie wynosi 350 zł. Żyjemy tutaj, dopóki nie skończą się środki, które trochę odłożyłyśmy tam. Każdy [z mieszkańców OZZ] już planuje wyjazd na Ukrainę. (Wywiad #23)
Wyliczała zresztą skrupulatnie, co dokładnie jej odebrano i co ta strata oznaczała w codziennym budżecie człowieka starszego i samotnego: nie chodziło o abstrakcyjny przywilej, lecz o pieniądze, dzięki którym kupowała leki, środki higieny, załatwiała najprostsze sprawunki. Pomoc, która pozostała – paczki żywnościowe – mija się z realną potrzebą: „te paczki z jedzeniem mnie nie uratują, nie jem aż tyle; ale na leki, na higienę – nic nam nie dają, nic”.
Najtragiczniejszy przypadek w całej próbie stanowiła historia 38-letniej przedwojennej migrantki (Wywiad #15) i jej ojca, starszego mężczyzny po udarze, z orzeczeniem o znacznym stopniu niepełnosprawności, wymagającego całodobowej opieki. Od 2022 roku ten senior przebywał w polskim DPS, ale w wyniku zmian prawnych został eksmitowany do schroniska dla osób w kryzysie bezdomności, gdzie nie mógł już liczyć na opiekę medyczną:
Tatę eksmitowano [z DPS] do domu dla bezdomnych z dnia na dzień. Tam w ogóle nie ma opieki. Umył go po prostu bezdomny pan. A urzędniczka mówi: „Ale on tam ma gdzie mieszkać, ma jedzenie”. (Wywiad #15)
Rozmówczyni ukazała mechanizm, który czyni z tej historii coś więcej niż pojedynczy dramat: w dniu eksmisji lekarz wystawił dokument stwierdzający, że jej ojciec nie wymaga całodobowej opieki – wbrew orzeczeniu o niepełnosprawności – aby placówka miała pretekst do eksmisji. Dodała, że jej historia nie stanowiła odosobnionego przypadku; opisała bliźniaczą sprawę 39-letniej kobiety z Charkowa, sportretowanej w prasie.
To uderzenie dotknęło przede wszystkim osoby, które z powodu wieku lub stanu zdrowia nie mają szans wrócić na rynek pracy. Odebranie im świadczeń oznacza raczej wypychanie z Polski niż aktywizację.
Uzależnienie wypłaty 800+ dla ukraińskich uchodźców od posiadania pracy nie budzi negatywnych emocji. Zmiana ta jest traktowana jako odwracalna: rodzice czy opiekunowie, osoby w wieku produkcyjnym – nawet jeśli teraz nie mają w Polsce pracy, mogą ją potencjalnie znaleźć i „naprawić” swoją sytuację.
Natomiast powszechne ograniczenie dostępu do świadczeń zdrowotnych, szczególnie dla emerytów i innych osób z grup marginalizowanych, było postrzegane przez rozmówców jako nieodwracalna niesprawiedliwość, brak empatii społecznej. Budzi rozpacz.
Prawo zmieniło także emocje
Wprowadzone zmiany prawa mają także wymiar psychologiczny, wykraczający poza arytmetykę świadczeń. Nie da się zaprzeczyć, że prawo samo w sobie tworzy afekt: ludzie, dotknięci zmianami, mają nie tylko zacząć/przestać zachowywać się w pewien sposób, ale też inaczej się czuć. Dla wielu rozmówców najpierw prezydenckie weto ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy, a potem ustawa wygaszająca były przede wszystkim komunikatem – sygnałem, że polska gościnność dobiegła końca, a status „chronionego” zamienił się w status „tolerowanego”.
33-latka z Kijowa pracująca w IT, opisywała, jak sama zmiana prawa odebrała jej poczucie elementarnego bezpieczeństwa – lęk przejawiał się w czymś tak codziennym jak przejście przez ulicę:
5 marca obudziłam się, musiałam gdzieś iść. Czekałam na zielone światło i pamiętam swoją myśl: a jeśli teraz ktoś nie zechce zwolnić i mnie potrąci? Czy to w ogóle będzie się kwalifikować jako stan zagrażający życiu? Czy będę musiała zapłacić? Wtedy mi tak wzrastał lęk. (Wywiad #24)
29-letnia rozmówczyni, mieszkająca w Polsce od 2014 roku i pracująca w sektorze organizacji migranckich, obserwowała wdrożenie ustawy od środka i zapamiętała przede wszystkim chaos oraz to, że polskie społeczeństwo niemal nie zauważyło, co się dzieje:
Panował totalny chaos. Byłam na kilku spotkaniach, podczas których wszyscy próbowali zrozumieć, czy to dotyczy tej grupy, czy nie. Bardzo mnie to irytuje, bo pokazuje, że zmiana nastawienia Polaków w zasadzie nie nastąpiła. Nikt nie mówi o tym, że wiele osób nie ma dostępu do opieki zdrowotnej. (Wywiad #9)
Zmiana, która dla ukraińskich uchodźców była przełomem egzystencjalnym, dla większości polskiego społeczeństwa pozostała niewidoczna, ponieważ wydarzyła się w sferze administracyjnej, poza zasięgiem polskiej opinii publicznej. Ta asymetria widoczności sama w sobie pogłębia poczucie osamotnienia: traci się uprawnienia, o których utracie nikt poza zainteresowanymi nie wie. Zresztą, „nikt” – to słowo często padające we wszystkich wywiadach. „Nikt nie pomógł”, „nikt nie zauważył”, „nikt nie zapytał” – jest w tym samotność społeczna, instytucjonalna i symboliczna.
Moment, po ktorym wszystko się zmieniło
Zmiany prawa, ich przygotowanie i omawianie wysyłają sygnał nie tylko grupie dotkniętej zmianami, ale także całemu społeczeństwu. Silnie upolityczniając kwestie świadczeń socjalnych dla Ukraińców, państwo polskie zarówno faktycznie ograniczyło uprawnienia osób z sąsiedniego kraju, jak i zasygnalizowało Polakom: powściągliwe traktowanie tej grupy jest nie tylko normalne, lecz godne pochwały. A to, że zrobili to kandydaci PiS i KO, a później prezydent z PiS i podkontrolny KO Sejm, nawet bardziej normalizowała ograniczenia, niż gdyby zrobiła to Konfederacja.
Większość naszych rozmówców deklarowała, że nie odczuła bezpośredniego wpływu wygaszenia ochrony czasowej, ale jednocześnie 13 na 25 respondentów wyznało, że zmiany prawne pociągnęły za sobą pogorszenie stosunku Polaków do Ukraińców. Zapytani o moment, w którym poczuli przemianę w postawie Polaków, rozmówcy niemal jednogłośnie wskazywali rok 2025, a konkretnie prezydencką kampanię wyborczą.
Deklaracja ta jest tym bardziej ciekawa, że poza nielicznymi migrantami przedwojennymi oraz osobami, które zawodowo mają styczność z polityką, nasi respondenci twierdzili, że nie śledzą polskiego życia politycznego. Nie wiedzieli, kto jest premierem ani ministrem spraw zagranicznych. Tylko nieliczni uchodźcy wojenni zdawali sobie sprawę z istnienia Grzegorza Brauna lub Konfederacji. Nie kojarzyli znaczących tematów dyskusyjnych (jak związki partnerskie, reforma NFZ itd.).
Częściowo jest to naturalny wynik większego zainteresowania wiadomościami z Ukrainy, która szczególnie dla uchodźców pozostaje centrum interesów życiowych, a także obecności na innych platformach internetowych niż te, które woli polski komentariat (Telegram przoduje bez dwóch zdań). Częściowo jest to natomiast wynik świadomego eskapizmu, unikania nieprzychylnych Ukraińcom informacji i komentarzy. A jednak kampania prezydencka 2025 została zauważona nawet przez najbardziej apolitycznych.
Najcelniejszą metaforę tej cezury ukuła 40-letnia doktora nauk ekonomicznych z Kijowa, mieszkająca w Polsce od 2022 roku:
Mogę powiedzieć z całą pewnością: [zmieniło się] po wyborach, po Nawrockim. Jednoznacznie. To się nie stało powoli, tylko w pewnym momencie – i zaczęło się rozwijać. Jakby przełączono z włączonego na wyłączone. (Wywiad #5)
Niektóre symbole zmiany były dostrzegane i wcześniej, o czym opowiadał w 42-letni aktor z okupowanego Donbasu, który do Polski przyjechał przed inwazją pełnoskalową: „W 2024 roku nastroje bardzo mocno się zmieniały – ukraińskie flagi znikały z instytucji, lokalne władze dzwoniły z poleceniem ich zdjęcia” (Wywiad #12). Inna rozmówczyni, 29-letnia przedwojenna imigrantka z Odessy, umiejscowiła początek ochłodzenia relacji wcześniej, ale kulminację określała tak samo.
Przełomowym momentem był [ubiegający się o fotel prezydenta] Trzaskowski, który przesunął się na prawo i zaczął głosić antyukraińskie narracje. W ten sposób je znormalizował, a społeczeństwo łatwo to zaakceptowało, bo zawsze musi istnieć figura „obcego”, który jest winny wszystkiemu. Kiedyś byli to Żydzi, osoby queer, kobiety lub migranci, a teraz są to Ukraińcy. (Wywiad #9)
Mechanizm „kozła ofiarnego”, który respondentka nazwała wprost, w innych rozmowach pojawiał się w wersji mniej teoretycznej, ale równie wyrazistej. 59-letnia uchodźczyni z Zaporoża, obecnie pracująca w piekarni (Wywiad #10), relacjonowała rozmowy na zajęciach gimnastyki dla kobiet, w których uczestniczyła, gdzie polityka była stałym tematem – i gdzie lęk przed wojną zderzał się z figurą Ukraińca:
Tam jest grupa dziesięciu osób, u pięciu z nich są synowie; i wszystkie mówiły jednym głosem: nie chcę, żeby mój syn walczył, zrobię wszystko, by tylko nie poszedł na wojnę.
Strach o własne dzieci, splatany z obecnością Ukraińców, okazuje się jednym z cichych paliw ochłodzenia relacji – wątkiem, którego sondaże nie wychwytują, a który w rozmowach wraca uporczywie.
Kolejna rozmówczyni, 38-letnia naturalizowana obywatelka polska pochodząca z Kijowa, jako szczególnie przygnębiający zapamiętała moment, w którym podczas kampanii kandydat KO sięgnął po ten sam przemocowy, antyukraiński język – bo zamykało to ostatnią polityczną furtkę:
Bardzo mnie zaskoczyło, gdy na miesiąc przed wyborami Trzaskowski nagrał wideo w podobnym antyukraińskim stylu jak Nawrocki: „Zabierzemy im 800+”. Szczerze rozważałam, czy w ogóle iść na wybory. (Wywiad #15)
Wielu rozmówców samodzielnie łączyło ochłodzenie relacji z mechaniką medialno-polityczną. 28-letni informatyk po Politechnice Warszawskiej, który od jedenastu lat mieszka w Polsce, mówił tak:
To politycy zaczęli mówić, że Ukraińcy zabierają miejsca pracy i świadczenia. Media przechwytują wypowiedzi polityków i już masz, że wszyscy o tym mówią. (Wywiad #2)
Inna rozmówczyni, 39-letnia mama dwójki dzieci z Winnicy, uznana za obywatelkę polską prawie dwie dekady temu, dostrzegała w kampanii prezydenckiej czysty populizm:
Kampania była oparta na tym, kogo od kogo zabierzemy, a nie na tym, co zrobimy za te pieniądze. Zabierzemy komuś. Ale po co? Po prostu zabierzemy, żeby Ukraińcom było gorzej. (Wywiad #3)
Pogorszenie stosunku do Ukraińców z polsko-ukraińskimi napięciami wokół polityki historycznej łączyło tylko kilka migrantów, już dawno osiedlonych w Polsce. W ich opinii rzeź wołyńska, UPA, Stepan Bandera to tematy cyklicznie reaktywowane przy każdej okazji politycznej. „Ten Wołyń ciągle się pojawia, jak jakiś cholerny duch. Przy każdych wyborach” – mówi cytowana wyżej respondentka. Poza rocznicami i wyborami temat jest stale obecny w internecie. 38-latka już długo mieszkająca w kraju, sprawdzała autorów komentarzy w sieci, więc obala wygodną tezę o samych botach i rosyjskich propagandzistach, którzy wzniecają niechęć między Polakami a Ukraińcami:
Pod każdym postem o operacji „Wisła” pojawiały się negatywne komentarze. Sprawdzałam konta i były to prawdziwe osoby z Polski, nie boty. (Wywiad #15)
Jak wygląda codzienna niechęć
Jak konkretnie wygląda wrogość, o nasileniu której od początku 2025 mówią rozmówcy? Nie jest to tylko problem internetowy, chociaż właśnie sytuację w mediach społecznościowych i na forach rozmówcy charakteryzowali jako najbardziej uciążliwą i dyskryminującą. Fejki na temat uchodźców wojennych wyłudzających pomoc, ukraińskiej niewdzięczności, a jednocześnie nienawistne komentarze pod wpisami na temat ostrzałów ukraińskich miast, pobić Ukraińców w Polsce są obecne w diecie medialnej migrantów sprzed 2022 i po nim. Nawet ci, którzy świadomie unikali kontaktu z wiadomościami o polityce, zauważali rozpowszechnienie narracji antyukraińskiej w internetowych grupach albo czatach sąsiedzkich. Nic dziwnego, platformy – szczególnie od początku drugiej kadencji Trumpa, kiedy big techy konsekwentnie zrezygnowały z moderacji treści i kasowania fikcyjnych kont – to ściek. Ale obecnie nastroje antyukraińskie to nie tylko hejt w internecie, to powtarzalny repertuar codziennych sytuacji, rozłożony na kilka obszarów życia.
Bywały przypadki dyskryminacji w miejscu pracy.29-letnia kobieta z Odessy, mieszkająca w Polsce od 12 lat, opisywała jawną mowę nienawiści ze strony współpracownika oraz – co równie istotne – reakcję pracodawcy, który ją zbagatelizował: „Ktoś w pracy powiedział mi, że Ukraińców trzeba wszystkich spalić. Zgłosiłam to do HR, ale nic się nie stało. Odbyła się rozmowa w stylu: Wiesz, można go zrozumieć, bo ma jakieś problemy z dziadkiem”.
Bywały też donosy sąsiedzkie. 43-letni uchodźca z Buczy, słabowidzący tłumacz, mieszkający z rodziną, dziećmi i zwierzętami, stanowił obiekt systematycznych skarg do spółdzielni – sąsiad fotografował rzekomy bałagan pod drzwiami, by go zgłaszać:
Pod naszymi drzwiami leżą porwane kawałki roślin i ziemia. Myślę, że on specjalnie coś robi, żeby potem nas sfotografować, bo te zdjęcia wysyła do spółdzielni. (Wywiad #8)
Najwięcej incydentów zgłoszonych przez rozmówców dotyczyło przestrzeni publicznej – szczególnie komunikacji miejskiej.Tu wrogość przybierała formę najbardziej jawną – agresji słownej, często agresywnego zachowania sugerującego złe intencje.
Siedziałem w autobusie i rozmawiałem z rodziną przez telefon po ukraińsku, a jacyś pijani Polacy usłyszeli mnie i zaczęli krzyczeć: „Wypierdalaj, Ukraińcy!”. Coraz więcej takich sytuacji. (Wywiad #2, mężczyzna, 28 lat, przyjechał do Polski przed 2022)
Rozmówczyni, która obecnie poszukuje pracy, jechała w autobusie tylko z córką, gdy zauważyła, że za nimi siedzi młody Polak z piwem w ręku. Jej dziecko nudziło się i przecierało chusteczką szybę autobusu. To wystarczyło, by mężczyzna zaczął reagować agresywnie.
Zaczął [pytać] – „po co psujesz szyby? To moja matka je myje” czy coś takiego. I przestraszył nas bardzo i powiedział, że to nie Ukraina. Że to nie Ukraina, to Polska. Ja byłam sama z dzieckiem, a ten chłopak rzuca się. Myślałam, że mnie teraz pobije, przestraszył córkę… I on, że „wychodź stąd, wychodź z autobusu” i przeklinał i tak dalej. […] On chciał nas wyrzucić z autobusu. Z dzieckiem, no. (Wywiad #16)
59-letnia uchodźczyni z Zaporoża opowiedziała o agresji, z którą się spotkała na spacerze: „Starsza Polka usłyszała, że rozmawiamy po ukraińsku. Podeszła do nas bardzo agresywnie i mówiła: »Wracajcie, jedźcie do swojej Ukrainy«”(Wywiad #10).
Reakcją na takie zdarzenia jest głównie milczenie. Tylko respondentka #16 wdała się w rozmowę i zaczęła nagrywać napastnika. Często stosuje się działania prewencyjne – wycofanie własnego języka z przestrzeni publicznej. Wspomniana wcześniej rozmówczyni z Wywiadu #6, emerytka z okupowanego Chersonia, opisywała to jako oczywistość: „Staram się w komunikacji miejskiej nie rozmawiać ani po rosyjsku, ani nawet po ukraińsku”. To jeden z najcichszych, a najwymowniejszych przejawów niepokoju o własne bezpieczeństwo: człowiek milknie we własnym języku, zanim ktokolwiek go zaczepi.
Kolejny respondent, uchodźca wojenny, tłumacz, opisuje scenę z pobliskiej Biedronki, gdzie sami pracownicy – Ukraińcy – prosili go, by nie zwracał się do nich w ojczystym języku:
Tam pracuje bardzo dużo Ukraińców, [a ja jako niewidomy] muszę zwracać się o pomoc do pracowników. Ostatnio ciągle słyszę od nich: „Nie mówmy po ukraińsku, tylko po polsku, bo patrzą na nas krzywo”. (Wywiad #8)
Suma tych drobnych, codziennych sytuacji – autobus, sklep, biuro, klatka schodowa – buduje atmosferę, w której, jak ujmuje to jedna z rozmówczyń, „lepiej nie rzucać się w oczy”.
Jeszcze szerszy jest katalog doświadczeń, które sami respondenci opisywali jako neutralne: odmowa wynajmu mieszkania Ukraińcom, niezwiązane z leczeniem, złośliwe zaczepki ze strony lekarzy czy podwójne standardy oceniania polskich i ukraińskich studentów ze strony kadry akademickiej. Wyzwiska, z którymi się spotykali na przystanku autobusowym, rozmówcy kwitowali stwierdzeniem „no takie po prostu jest życie” – rzadko wyrażając oburzenie czy żal. Ukraińcy zwyczajnie wypierają negatywne doświadczenia na gruncie narodowościowym.
Osobną przestrzenią konfliktu staje się szkoła. 42-letni mężczyzna, mieszkający w Polsce od półtorej dekady, przywołał przypadek znajomych: chłopiec z Ukrainy był prześladowany i bity na korytarzu szkoły, a reakcja dyrektora ograniczyła się do stwierdzenia: „po prostu się pokłócili” (Wywiad #12). Skutkowało to przeprowadzką rodziny i zmianą szkoły dziecka. Dodaje: „W 2024 roku w ciągu miesiąca usłyszałem 3–4 [podobne] historie od rodziców […] System nie był dostosowany do takich [cudzoziemskich] dzieci”. O systematycznych problemach dziecka w polskiej szkole opowiadały jeszcze trzy respondentki, ale tylko jedna z nich była skłonna uważać, że bullying ze strony rówieśników i mdława reakcja szkoły miały kontekst narodowościowy.
Akcent jako znak obcości
Niezwykle powszechnym wątkiem były natarczywe komentarze dotyczące akcentu respondentów podczas rozmowy w języku polskim. To najczęstsza figura – przed usłyszeniem akcentu interakcja miała charakter neutralny, po – nastąpiła zmiana tonu na poirytowany, wrogi. Rozmówczyni mieszkająca w Polsce od 2023, która wcześniej studiowała na polskiej uczelni i posiada męża Polaka, a więc doskonale posługuje się językiem polskim, opisała taką sytuację:
Pracuję jako stewardesa w dużej linii lotniczej […] W mojej wymowie tego nie rozpoznasz, ale innym ukraińskim pracownicom podczas serwisu pokładowego zdarzają się komentarze na temat akcentu ze strony pasażerów […] Kiedy [pasażerowie] widzą [moje ukraińskie] imię, to u nich znowu coś się włącza, jak wtedy, gdy słyszą jakiś akcent. I pierwsze pytanie, które wtedy [na pokładzie samolotu] zadają, to: „Skąd jesteś?”. (Wywiad #21)
Ten sam mechanizm widać w bardzo różnych sytuacjach. Rozmówczyni z Wywiadu #15 – przez całe 16 lat w Polsce nie miała ani jednego incydentu o podłożu ksenofobicznym, aż do momentu, gdy zwróciła sąsiadce uwagę na niesprzątnięte odchody psa: „Kiedy usłyszała nasz akcent, zaczęła mówić: »A, Ukraińcy, spieprzajcie do domu, żeby sprzątać, tak, wy tu i w ogóle«”.
56-letni uchodźca wojenny, który jest bardzo pozytywnie nastawiony wobec Polaków, chwali dobrobyt, który udało się osiągnąć mozolną pracą w Polsce, ale również spotkał się z agresją „akcentową” w sklepie: „Kierownik Żabki usłyszał jakiś akcent albo coś innego i powiedział: »Wynoś się stąd, wynoś się stąd!«” (Wywiad #25).
Znamienne, że na niemiłe komentarze z powodu akcentu można narazić się nie tylko ze strony anonimowych agresorów. 29-letnia kobieta, mieszkająca w Polsce ponad dekadę, tak wspominała swoje pierwsze miejsce pracy:
Dostawałam bardzo dużo komentarzy dotyczących języka i akcentu. I do dziś mam takie flashbacki, jak ktoś się śmiał, bo coś źle powiedziałam albo pomyliłam jakieś słowa. […] Działo się to za moimi plecami. Koleżanka później powiedziała mi, że ktoś się śmiał z tego, jak wymawiam „la” czy „ła”, że robię jakiś błąd, którego tak naprawdę nie popełniłam. (Wywiad #9)
33-letnia zdalna pracownica firmy IT, mieszkająca w Warszawie od 2023, opisała inny pasywno-agresywny wyraz dyskryminacji: pasażer w pociągu, po usłyszeniu jej akcentu, zaczął ją „przyjaźnie” wypytywać, czy „nie miała jakichś konfliktów” (Wywiad #24) – to była według niej interakcja, w której każde słowo było próbą sprowokowania.
Jednym z najmocniejszych i najlepiej skontrastowanych wątków jest to, że niektórzy rozmówcy konsekwentnie używają bezakcentowej polszczyzny jako ochrony. Są świadomi, że bardzo dobry polski jest ich tarczą. Respondentka z Wywiadu #21, 32-latka po studiach w Polsce, która najpierw wyjechała z kraju, ale w 2023 wróciła na zaproszenie polskich przyjaciół, świadomie pielęgnuje brak akcentu jako swoją strategię bezpieczeństwa:
Udało mi się tak dobrze nauczyć polskiego, że kiedy ludzie nie wiedzą, skąd pochodzę, i rozmawiamy po polsku, myślą co najwyżej, że jestem ze wschodniej Polski, bo czasem słyszą u mnie delikatny akcent. Taki „podlaski”. […] To trochę moja forma ochrony, bo nawet jeśli dojdzie do ostrej dyskusji, mogę im coś wyjaśnić, bardziej lub mniej argumentując. Daje mi to też poczucie bezpieczeństwa, że nikt mnie nie będzie atakował.
40-letnia ekonomistka z Kijowa, która znalazła się w Warszawie z powodu wojny, mówiła o bezakcentowości w ten sposób: „Mój wschodni akcent jest już mniej słyszalny […], lepiej znam język” (Wywiad #5) – i wprost związała to z poprawą swojego doświadczenia w interakcjach z Polakami. 26-letni absolwent stosunków międzynarodowych w Polsce i uczestnik licznych wymian akademickich, z dumą zaznaczył: „Staram się mówić bez akcentu, na przykład także prowadząc zajęcia”, i z zadowoleniem cytował opinie Polaków o swoim „nie ukraińskim, lecz amerykańskim akcencie” (Wywiad #18).
W przypadku Ukraińców w Polsce akcent staje się głównym społecznym wyzwalaczem wrogości w przestrzeni publicznej – częstszym niż wygląd czy nazwisko, bo działa również wtedy, gdy człowiek nie wygląda „obco”. Glottofobia – czyli komentowanie akcentu, jest formą mikroagresji, której wagi i znaczenia sami doświadczający często nie potrafią nazwać – bo została w Polsce znormalizowana jako „naturalna ciekawość” („Skąd jesteś?”, „a wiesz, że mówisz z akcentem?”). Choć dotyczy cechy równie osobistej jak wygląd ciała.
Jak widzimy z wypowiedzi respondentów, ani kampania prezydencka 2025, ani zmiany prawa w ostatnim roku nie stworzyły nastrojów antyukraińskich, ale sposób, w jaki politycy i liderzy opinii komentowali owe zmiany, dał upust ukrytej niechęci i sprawił, że jej przejawy – wyzwiska czy zaczepki z powodu akcentu – stały się społecznie bardziej akceptowalne.
*
Realizacja badań, jak również wydanie raportu, zostało sfinansowane ze środków Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, Fundacji Batorego w ramach programu Równych Praw oraz środków UE. Wyrażone poglądy i opinie są jedynie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy i opinie grantodawców, Unii Europejskiej lub Komisji Europejskiej. Unia Europejska ani organy przyznające nie ponoszą za nie odpowiedzialności.





!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)
Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!