📊 Instytut Krytyki Politycznej opublikował właśnie raport „Nie jesteśmy w domu”. Ukraińscy migranci i uchodźcy o relacjach z Polakami. Jego autorami są Olena Babakova i Przemysław Sadura.
🔄 Badaczki i badacze odwrócili perspektywę: zamiast pytać Polki i Polaków o stosunek do Ukrainy, zapytali Ukraińców o ich relacje z polskim społeczeństwem i państwem.
📖 We wstępie do raportu Przemysław Sadura tłumaczy historię zmiany relacji polsko-ukraińskich od wybuchu pełnoskalowej wojny.
🔎 Pełen tekst raportu przeczytasz tutaj.
„Jasne, że jest różnie. Nie wszyscy pomagają. […] Jednak egzamin z człowieczeństwa zdaliśmy. Europa, świat to widzą. Wszyscy mówią o tym, jak pomagamy” – mówiła Anna, pielęgniarka z Przemyśla, którą spotkaliśmy w punkcie tranzytowym dwa tygodnie po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę. Razem z Sylwią Urbańską, z którą pisaliśmy reportaże socjologiczne o kryzysie humanitarnym na granicy białoruskiej, chcieliśmy zobaczyć, jak na wojnę i exodus mieszkańców Ukrainy reaguje pogranicze podkarpackie. Zrozumieć motywacje osób i społeczności zaangażowanych w pomoc i sprawdzić, czy ten zryw może zmienić nasz stosunek do uchodźców z granicy polsko-białoruskiej.
Samozadowolenie Anny było zasadne. Dawny budynek Tesco dzięki pracy organizacji pozarządowej i setek wolontariuszy w kilka dni stał się punktem tranzytowym dla uchodźców. Kilkadziesiąt przenośnych toalet na zewnątrz, w środku w pełni wyposażone kuchnie. Autokary straży pożarnej, busy oraz auta wolontariuszy przywożące uciekinierów z przejścia granicznego. Hol główny zmieniony w halę dworcową, skąd uchodźcy ruszali w dalszą podróż. Setki ciasno ustawionych obok siebie leżanek, przyniesione przez mieszkańców akrylowe koce i poduszki. Naprędce zorganizowane punkty z jedzeniem, chemia, zabawki, ubrania, artykuły higieniczne, karma dla zwierząt. Najpotrzebniejsze rzeczy dla dzieci, dorosłych czy zwierząt domowych. Punkt pomocy medycznej, biuro rejestrujące osoby oferujące transport i noclegi, punkty zbierające zapotrzebowanie wśród uchodźców. Wielu mieszkańców Przemyśla pomagających w dzień i w nocy, w weekendy wspieranych przez mieszkańców innych polskich miast. Wszystko to robiło oszałamiające wrażenie. I tak to wyglądało w całym regionie, a wkrótce także w całym kraju.
„Mężczyzna pozostaje zazwyczaj bardzo długo pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie” – kpił Julian Tuwim z męskiej potrzeby bycia podziwianym. Polski narcyzm kolektywny jest syndromem równie potężnym, jeśli nie silniejszym. Mijały miesiące i lata od ogólnonarodowego zrywu pomocowego, a nasza duma z reakcji Europy i świata rosła i rosła. Można zaryzykować twierdzenie, że w większości ciągle jesteśmy pod wrażeniem, jakie wówczas zrobiliśmy. Niestety karnawał pomocowy potrwał kilka miesięcy i zanim dobiegł końca, wszystko zaczęło się psuć.
Najpierw okazało się, że nie ma co liczyć na rozszerzenie polskiej gościnności na innych uchodźców. W czasie, kiedy badaliśmy organizację pomocy dla Ukraińców w Przemyślu, jego mieszkańców zalały fałszywe informacje o napadach dokonywanych przez uchodźców o śniadej cerze. Doszło do zamieszek z udziałem kiboli. Przy biernej postawie policji zaatakowali uchodźców i wolontariuszy. Policja zdementowała wszystkie informacje o napadach i próbach gwałtu rzekomo dokonanych przez uchodźców, a organizacje monitorujące internet potwierdziły celową manipulację.
Jednak nasza rozmówczyni – nauczycielka, którą spotkaliśmy w punkcie pomocowym na granicy – wiedziała swoje. Miała informacje od uczniów, „dobrych chłopaków”, którzy dogadali się z kibicami innych klubów i zrobili w mieście porządek. „Naszych było pięciuset. Policja specjalnie czekała, aż zrobią swoje, a wielu policjantów to się nawet cieszyło. Chłopcy nie są głupi, więc jak już oczyścili miasto, to pousuwali ze swoich profili nagrania tego, co robili” – opowiadała nam wówczas.
Byliśmy przytłoczeni. Ludzie, z którymi spędziliśmy całe dnie, żyli w jakimś upiornym rozszczepieniu. Z taką samą pasją pomagają uchodźczyniom z Ukrainy i nienawidzą uchodźców z Bliskiego Wschodu. Już wtedy niepokojąca była łatwość, z jaką Polacy ulegali dezinformacji. Niedługo później widać było wyraźnie, dokąd to może doprowadzić.
Nieufni i zdezinformowani
Kilka miesięcy później, w pierwszej połowie czerwca 2022 roku razem ze Sławomirem Sierakowskim i zespołem Instytutu Krytyki Politycznej przeprowadziliśmy badania nad tym, jak na postawy polityczne Polaków wpłynęła pandemia i wojna w Ukrainie. Niechęć wobec Ukraińców była już wtedy tak silna i spontanicznie wyrażana we wszystkich grupach fokusowych, że raport z badań zatytułowaliśmy Polacy za Ukrainą, ale przeciw Ukraińcom.
W wypowiedziach badanych pobrzmiewał niepokój o utratę pierwszeństwa w dostępie do świadczeń i do usług publicznych (ochrona zdrowia, edukacja, opieka). Uchodźcy byli oskarżani, że się wpychają do kolejki do lekarza czy opieki, a nawet dostają to, o czym cierpliwie czekający Polacy mogą tylko pomarzyć: miejsce w żłobku, wizytę u specjalisty, bliski termin zabiegu. Krytykowano objęcie Ukraińców PESEL-em, programem 500+ i innymi programami socjalnymi.
– To już widać po euforii na Ukraińców, że na początku chętnie, teraz już taka nienawiść się zrobiła, że na przykład za darmo pociągami jeżdżą.
– Jest takie zmęczenie nimi. Ale też bardzo dużo dochodzi takich sygnałów… Koleżanka mi na przykład opowiadała, że chodzi do kosmetyczki i robi tam jakieś paznokcie. Przychodzi Ukrainka i mówi, żeby jej zrobiła ręce za darmo, bo ona musi…
– To samo słyszałem od fryzjera…
– Nawet u mnie jedna znajoma powiedziała, że wszystko Ukraince zrobiła i ona później powiedziała, że ona nie zapłaci, bo to za darmo. Już po fakcie. I wyszła sobie.
– Mój znajomy jest ortopedą, przyjmuje ich, tych Ukraińców. Są bardzo roszczeniowi. Chcą być pierwsi w kolejce, żeby komplet badań im zrobić. Nie interesuje ich reszta kolejki i reszta ludzi. Obojętnie, czy to Ukraińcy, czy Polacy, po prostu ma być zrobione i już.
To fragment jednego z fokusów z przedstawicielami klasy średniej jednego z dużych miast wschodniej Polski. W raporcie pokazywaliśmy, jak szerzyły się opowieści-chwasty, czyli takie, które rozprzestrzeniają się szybko, pochodzą nie wiadomo skąd („od znajomej” albo „od fryzjerki”) i trudno je wyplenić. Było ich coraz więcej na platformach społecznościowych, gdzie nie ma miejsca na poprawność polityczną, za to najłatwiej o anonimowość i spontaniczność. Sami opowiadający dostrzegli tę różnicę, ale wyciągnęli z niej opaczny wniosek: media tradycyjne nie chcą pokazywać, „jak jest”, bo stoją po stronie uchodźców, chcesz znać prawdę, to szukaj jej na Twitterze.
Naliczyliśmy ponad dwadzieścia powtarzających się historii zasłyszanych od sąsiadów, znajomych, fryzjerów o sytuacjach, w których Ukraińcy rzekomo byli traktowani priorytetowo u lekarza, odmawiali zapłaty za wykonaną usługę lub nadużywali świadczeń. Przybysze stali się ofiarami niezadowolenia z pogarszającej się sytuacji ekonomicznej części Polaków, lęków związanych z paraliżem państwa i niskim poziomem usług publicznych, szalejącą inflacją i skokowo rosnącymi cenami energii. „Zabierają nam pracę, zabierają nam mieszkania, niech idą do siebie, każdy niech mieszka u siebie. Ja rozumiem, że my też jeździmy do Niemiec, do Anglii do pracy, ja rozumiem wszystko, ale nie w iluś milionach” – mówił jeden z naszych badanych.
Ostrzegaliśmy, że ten resentyment będzie rósł, bo zawodzi państwo. Dobra wola i społeczne zaangażowanie Polaków na rzecz uchodźców w pierwszych miesiącach powinny działać jak pierwsza pomoc, a nie systemowe rozwiązanie problemu. Państwo powinno szybko przejąć inicjatywę: wprowadzać nowo przybyłych na rynek pracy, szukać głębszych form integracji. Wskazywaliśmy, że w rozpowszechnianiu nieprawdziwych historii dużą rolę odgrywa celowa dezinformacja i jeśli nie zostanie rozbrojona, będzie to zaproszeniem do systematycznej dezinformacji na masową skalę. Uprzedzaliśmy, że albo kwestię rosnących emocji antyukraińskich w przemyślany sposób podejmie rząd i demokratyczna opozycja, albo sięgną po nią populiści. Uprzedzaliśmy, że bez odzyskania przez państwo zaufania obywateli do wydolności naszego państwa opiekuńczego będzie coraz trudniej znaleźć tych, którzy chcieliby zagwarantować uchodźcom stałe miejsce przy stole. Słyszeliśmy tylko, że przesadzamy, wyolbrzymiamy i niepotrzebnie jątrzymy.
Scenariusz, przed którym ostrzegaliśmy
Zmiana władzy w Polsce w 2023 roku nie zmieniła niczego w przewidywanym przez nas scenariuszu wydarzeń. Konsekwentnie antyukraińska postawa Konfederacji nie tylko przyciągnęła do niej wyborców, ale zachęciła innych populistów do bardziej agresywnej retoryki, której karnawałem były ubiegłoroczne wybory prezydenckie. W licytacji na kolejne antyukraińskie pomysły prym wiedzie prokremlowska formacja Grzegorza Brauna, jednak uczestniczą wszyscy: od PiS-u, przez PSL, aż po Koalicję Obywatelską. Przegrywamy wojnę informacyjną toczoną z nami przez Federację Rosyjską. Kolejne wydarzenia, jak wtargnięcie dronów w polską przestrzeń powietrzną czy rosyjska dywersja, pokazują, jak nasza przestrzeń informacyjna jest zdominowana przez prorosyjskich trolli kształtujących powszechną percepcję tych wydarzeń.
Rząd nieudolnie zarządza tym kryzysem, decydując się na stopniowe pozbawianie części Ukraińców dostępu do usług publicznych i świadczeń. W ten sposób potwierdza słuszność roszczeń rozjuszonej prawicy, ale zarazem robi zbyt mało, by usatysfakcjonować antyukraińską część elektoratu. Spektakl deportacji losowo uderzających w obywateli Ukrainy niszczy poczucie przewidywalności ludzi, którzy znaleźli w Polsce schronienie przed wojną, dom, pracę i miejsce do życia. Przypomina o tym, że są ludźmi gorszego sortu. Jednocześnie nie zamyka ust tym, którzy w zgodzie z interesem rosyjskim, choć niekoniecznie z rosyjskim wsparciem, szerzą niechęć do Ukrainy i jej obywateli. Mamy do czynienia z eskalacją oskarżeń i oczekiwań. Krytykowana jest nie tylko pomoc socjalna ukraińskim uchodźcom, ale także pomoc gospodarcza zmagającej się z potężnym zagrożeniem dla swojej państwowości Ukrainy, jak również militarna walczącej armii ukraińskiej. Gdybyśmy teraz przeprowadzili badania postaw polskiego społeczeństwa, prawdopodobnie okazałoby się, że raport powinien nosić tytuł Polacy przeciw Ukrainie i Ukraińcom.
Dziś relacje polsko-ukraińskie zdominowała logika populistycznej polaryzacji. Z partykularnych powodów, licząc na odwrócenie uwagi od skandali korupcyjnych nękających jego otoczenie, prezydent Zełenski sprowokował zaostrzenie relacji z Polską, nadając jednej z jednostek wojskowych imię „Bohaterów UPA”. Z równie partykularnych powodów sytuację wykorzystują rywalizujące obecnie na antyukraińskość siły polskiej prawicy i prezydent Nawrocki. Licytacja na pomysły dotyczące najbardziej wymyślnego sposobu upokorzenia drugiej strony angażuje społeczne emocje. Dwa społeczeństwa mimo wspólnego interesu i wroga stają się stronami wzajemnego konfliktu.
Od samego początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę i exodusu ludności cywilnej w Instytucie Krytyki Politycznej badamy relacje polsko-ukraińskie i w różny sposób informowaliśmy opinię publiczną o naszych ustaleniach. Nie wiemy, jaki wpływ na postawy i samopoczucie Ukraińców w Polsce będzie miała ta ostatnia odsłona konfliktu polsko-ukraińskiego, ale niedługo i to sprawdzimy. Tymczasem chcemy przedstawić naszym czytelniczkom i czytelnikom wyniki badań, które dra Olena Babakova ze współpracownikami przeprowadziła tuż przed ogłoszeniem fatalnej decyzji Zełenskiego i histeryczną reakcją strony polskiej. Badania Oleny są o tyle unikatowe, że tym razem odwróciliśmy perspektywę i poprosiliśmy badaczy pochodzenia ukraińskiego, żeby sprawdzili, co o Polsce i Polakach myślą ich rodacy mieszkający w naszym kraju.
Jeśli ktoś oczekuje po treści tego opracowania laurki dla Polski i Polaków albo festiwalu podziękowań i czołobitnych wyrazów wdzięczności, to uprzedzam, lektura raportu omawiającego wynik badań może być dla niego pewnym zaskoczeniem, a nawet konfuzją. Niemniej zaskoczony będzie ten, który spodziewa się w raporcie usłyszeć miażdżącą krytykę kraju nad Wisłą i jego mieszkańców albo szukać tu będzie potwierdzenia stereotypów o niewdzięczności i roszczeniowości Ukraińców. Raport przynosi zniuansowaną, wielogłosową i wielowymiarową opowieść o naszym państwie z perspektywy street-level bureaucracy, o naszej prawicy i nie zawsze udolnej reszcie sceny politycznej z perspektywy tych, których zwykle politycy traktują bardzo instrumentalnie, oraz o słodko-gorzkim smaku polsko-ukraińskich relacji społecznych.
Polacy w Anglii, Ukraińcy w Polsce
Pomagając w projektowaniu badań dry Oleny Babakovej, śledząc ich przebieg, poznając i omawiając wyniki, nie mogłem nie przypomnieć sobie swoich doświadczeń z badań nad polskimi społecznościami migrantów w Wielkiej Brytanii, które prowadziłem w ostatnim okresie przed brexitem.
Do czasu, gdy mieszkałem w Londynie, a pracowałem głównie na Uniwersytecie Londyńskim, z antypolskimi postawami Brytyjczyków spotykałem się wyłącznie w mediach. Pamiętam na przykład, jak tamtejsze tabloidy rozpętały burzę, zarzucając polskim migrantom wyżeranie ryb z rzek i stawów. Dla Anglików już samo zabieranie złowionych ryb pozbawiające innych traktowanej sportowo możliwości ich złapania, było oburzające, ale zabieranie ich w celach konsumpcyjnych było dodatkowo obrzydliwe. Przeciętny Anglik je tylko ryby morskie, a jedzenie karpia czy okonia jest dla niego równie dziwne jak dla nas jedzenie żab lub pijawek. Przypominam to oczywiście w kontekście niedawnej afery związanej z wyłowieniem suma w warszawskim Balatonie na Gocławiu. Jednak uczciwie trzeba zauważyć różnicę. Nie przypominam sobie, aby jakiegokolwiek amatora angielskich leszczy czy płoci spotkała deportacja, a tego doświadczył wędkarz, który zabrał suma.
Sytuacja uległa zmianie, kiedy przeniosłem się do północnej Anglii, żeby prowadzić tam badania terenowe. Doświadczyłem tego dość szybko i intensywnie, bo już pierwszego wieczoru na dzień dobry jeden z bywalców hotelowego baru w Doncaster w dość niewybrednych słowach zasugerował mi rozważenie powrotu do Polski. Przysłuchiwał się mojej rozmowie z recepcjonistką i mój akcent oraz wyraźna dominacja Polaków w imigranckiej społeczności miasta (powodująca zresztą, że o Doncaster potocznie mówiono tu Polcaster) ułatwiły mu określenie miejsca mojego pochodzenia.
Pojechałem tam jesienią 2019 roku, a więc kilka miesięcy przed brexitem, badać funkcjonowanie polskich imigrantów w lokalnym systemie edukacyjnym. Gdy już w ciągu pierwszych dni fieldworku zostałem kilkukrotnie zaczepiony przez miejscowych, którzy także starali się mnie przekonać do powrotu do ojczyzny lub przynajmniej szybkiego opuszczenia dzielnicy, zacząłem uważnie przyglądać się także rodowitej społeczności lokalnej.
Doncaster to około 70-tysięczne, dawniej górniczo-przemysłowe miasto w hrabstwie Yorkshire, na północnym wschodzie Anglii. W latach 80. po zamknięciu wydobycia cały region doświadczył zapaści. Większość miejsc pracy w górnictwie zlikwidowano bez troski o stworzenie mechanizmu osłonowego. Rewitalizacyjne projekty podjęte w ostatnich latach, polegające przede wszystkim na budowie dużych centrów handlowych oraz stadionu, nie mogły odwrócić negatywnego trendu. Miejsc w przemyśle ubywało i ubywa, przybyło za to niskopłatnych miejsc pracy w rosnących jak grzyby po deszczu ogromnych centrach dystrybucyjnych i magazynach Amazona, Nexta czy Tesco. To zasługa lokalizacji i dobrej infrastruktury transportowej (m.in. sieci autostrad i lotniska), niestety – nie wystarczyły one, by zrekompensować straty po deindustrializacji. Zresztą po rozszerzeniu Unii większość tych miejsc pracy i tak przejęli imigranci z Europy Środkowo-Wschodniej (najpierw Polacy, później także Rumuni). Dotychczasowi mieszkańcy Doncaster robili się coraz bardziej sfrustrowani, a pogarszająca się sytuacja materialna przełożyła się na radykalizację nastrojów politycznych. Dawne zagłębie labourzystów coraz chętniej głosowało na antyunijnych populistów z UKIP i Brexit Party. W referendum 2016 roku aż 70 proc. mieszkańców poparło pomysł wyjścia z UE. Wedle moich miejscowych informatorów były tam osiedla, gdzie za brexitem głosowali dosłownie wszyscy oprócz mieszkających tam Polaków. Równocześnie populiści zdjęli z brytyjskiego społeczeństwa gorset poprawności politycznej i uwolnili demony, a wraz z ksenofobią i nacjonalizmem rozszalały się inne uprzedzenia.
Niechęć z góry, z urzędu i z ulicy
Miałem narzędzia, żeby zrozumieć, a nawet opisać mechanizmy, które spowodowały, że Anglicy zaczęli zwracać się przeciwko Polakom, a aktywność populistów nakręcała antypolskie uprzedzenia. Do tego znajdowałem się w uprzywilejowanej pozycji: nie byłem tam na stałe, miałem środki na przeprowadzenie badań i wiedziałem, że po zebraniu materiału wracam do Londynu, a wkrótce także do kraju, w którym nie toczyła się wojna. Jednak nawet w tej sytuacji pamiętam, jak się czułem po doświadczeniu kilku słownych ataków.
Za każdym razem, kiedy sprzedający bilet kierowca okazał się gburem lub ekspedientka w kiosku była nieprzyjemna, zaczynałem się zastanawiać, czy to dlatego, że jestem obcokrajowcem i mówię z akcentem. Zauważyłem, że staram się minimalizować sytuacje, w których muszę zwrócić się do kogoś obcego i tam, gdzie tylko można, korzystam z punktów i kas samoobsługowych. Tak jakbym chciał zniknąć lub stać się przezroczysty. Dziś – jak pokazuje dra Olena Babakova – podobne emocje towarzyszą części Ukraińców w Polsce. Wtedy w Anglii czułem zaskoczenie i niepokój, dziś w Polsce – wstyd i złość.
Raport pokazuje istnienie trzech poziomów doświadczania przez Ukraińców negatywnego stosunku do nich w Polsce: polityczny, państwowy i międzyludzki. Na poziomie politycznym Ukraińcy doświadczają ataków ze strony polityków podburzających swoich zwolenników przeciwko nim lub próbujących zbić kapitał na niechęci i uprzedzeniach względem uchodźców. To dlatego punktem zwrotnym w relacjach polsko-ukraińskich dla większości rozmówców była kampania prezydencka w 2025 roku. Chociaż rozmówcy Oleny bardzo często deklarowali brak zainteresowania polską polityką i nie orientowali się w jej głównych tematach, czasami świadomie odcinając się od tego, co trudne, to polityka ma swoje sposoby, żeby dotrzeć do nich – za pośrednictwem mediów społecznościowych i komentarzy, jak i poprzez omówienia w mediach ukraińskich. Dokładnie to widziałem w Wielkiej Brytanii, gdzie rodzina, u której mieszkałem przez dwa miesiące, prowadząc badania etnograficzne, ani razu nie włączyła brytyjskiego programu informacyjnego, ale non stop śledziła to, co się dzieje w Wielkiej Brytanii, w TVN24.
Drugi poziom to państwo. Nie chodzi tu tylko o konkretne zmiany przepisów ograniczających dostęp części ukraińskiej społeczności w Polsce do świadczeń i usług publicznych, jak niedawne wygaszenie specustawy o pomocy obywatelom Ukrainy z 2022 roku czy wcześniejsza zmiana zasad przyznawania 800+. Te można by uznać za część rutynowego, biurokratycznego procesu wygaszenia ochrony czasowej, które prowadzą także inne państwa UE. Chodzi także o kontekst, w którym dochodzi do tych zmian, a więc sprzęgnięcie tego z politycznymi atakami na społeczność ukraińską i z rosnącą niechęcią całego polskiego społeczeństwa. Mocno łączy się to z doświadczaniem niechęci ze strony przedstawicieli administracji odpowiedzialnej za legalizację pobytu cudzoziemców w Polsce, placówki ochrony zdrowia, instytucje rynku pracy, które respondenci opisywali w trakcie omawianych badań. To instytucjonalna ksenofobia i hipokryzja, z którą zetknąłem się już przy okazji jednych z pierwszych badań społecznych, jakie robiłem jako początkujący doktorant. Projekt dotyczył obcokrajowców na warszawskim rynku pracy. Badania pokazały wówczas, że imigranci z Zachodu byli traktowani łagodnie i spotykali się z pomocnym nastawieniem, podczas gdy imigranci ze Wschodu doświadczali upokorzeń, utrudnień, opóźnień i spotykali się z otwartą niechęcią urzędników.
Dziś te podwójne standardy oraz ich otwarte manifestowanie (niedawny przypadek kierowców, którzy łamiąc zakazy, wjechali na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego: Australijczyk – trzymiesięczny zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych w Polsce, Ukrainiec – pięcioletni zakaz wjazdu do Polski) stały się narzędziem presji na mniejszość ukraińską. To jakby ciągłe powtarzanie: siedź cicho i pamiętaj – wolno ci mniej.
Najistotniejszym wymiarem niechęci do Ukraińców z ich subiektywnego punktu widzenia okazuje się jednak ten z poziomu relacji międzyludzkich. Wzrost niechęci na poziomie relacji międzyludzkich rejestrują niemal wszyscy rozmówcy, w tym osoby mieszkające w Polsce od ponad dekady czy posiadające polskie obywatelstwo. Jest to też wymiar o najbardziej rozbudowanej skali, od agresji słownej w komunikacji miejskiej, przez mikroagresję w sklepach, donosy sąsiedzkie, bullying w szkołach, aż po notowany w statystykach wzrost fizycznych ataków na Ukraińców, który zdaniem organizacji pozarządowych jest nawet dwudziestokrotnie wyższy, niżby wynikało z archiwów policyjnych.
Jednocześnie można odnieść wrażenie, że obecny stan rzeczy jest niezamierzonym, ale pożądanym przez decydentów stanem postrzeganym jako niezwykle funkcjonalny. Obecność migrantów i uchodźców z Ukrainy uzupełnia luki na naszym rynku pracy i zapobiega wzrostowi kosztów pracy. Zarazem utrzymywanie ich w politycznym, administracyjnym i społecznym szachu powoduje, że nie mogą upomnieć się o poprawę warunków pracy i życia.
Milczenie nie jest zgodą
Jednak skazywanie ich na milczenie to błąd i dlatego staramy się im dać szansę przemówić, a nam słuchać. W wymuszonej ciszy może się wiele wydarzyć, mogą rozwijać się zawód, resentyment, niechęć, a nawet wrogość. Tymczasem, czy nam się to podoba, czy nie: jesteśmy na siebie skazani, tak jak jesteśmy skazani na sąsiedztwo z Rosją. Ukraińcy, pamiętajmy o tym, są dziś nie tylko biorcą dobra, ale także dawcą. Dawcą bezpieczeństwa Polski i Europy, twórcami części naszego PKB i podatnikami. Nasz dobrostan w jakiejś części zależy od zachowania zagrożonego dzisiaj przymierza z naszymi sąsiadami ze Wschodu lub zza ściany. Posłuchajmy dziś uważnie, co mają nam do powiedzenia.
*
Realizacja badań, jak również wydanie raportu, zostało sfinansowane ze środków Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, Fundacji Batorego w ramach programu Równych Praw oraz środków UE. Wyrażone poglądy i opinie są jedynie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy i opinie grantodawców, Unii Europejskiej lub Komisji Europejskiej. Unia Europejska ani organy przyznające nie ponoszą za nie odpowiedzialności.





!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)
Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!