Kraj

Pokona wirusa, ale nie biurokrację i głupotę rządu. Szczepionka na COVID-19 dotarła do Polski

Fot. Adam Guz/KPRM

Narodowy Program Szczepień to równanie z wieloma niewiadomymi. Mimo wielu różnych deklaracji premiera i ministra zdrowia tak naprawdę nie wiemy, jak będzie wyglądał dostęp do szczepionek. Wiemy też, że bardzo mało osób w ogóle planuje się zaszczepić – dużo mniej, niż wymagałoby tego osiągnięcie odporności populacyjnej. I to moim zdaniem jest jedno z najpoważniejszych wyzwań, które rządowi bardzo trudno będzie spełnić – mówi nam senator Lewicy, Wojciech Konieczny.

Wystarczyło, że strzykawki poszły w ruch, by Mateusz Morawiecki zaczął snuć marzenia o otwieraniu kolejnych gałęzi gospodarki i „powrocie Polek i Polaków do normalności”. Koniec pandemii w rządowych opowieściach zawsze jednak okazuje się kotem Schrödingera, dlatego zamiast ogłaszania opłacalnych politycznie spekulacji od premiera należałoby raczej wymagać konkretów dotyczących tego, jak będzie przebiegać rozpoczęty 27 grudnia Narodowy Program Szczepień.

Właśnie tego od ekipy rządzącej żądają m.in. przedstawiciele i przedstawicielki klubu parlamentarnego Lewicy, którzy dzień po tym, jak otwarto pierwszą fiolkę ze szczepionką wyprodukowaną przez koncern Pfizer, wysłali do krajowych decydentów szereg pytań o harmonogram i realizację szczepień.

– Kibicujemy rządowi, aby ten program się udał, ale mamy wiele obaw, które wynikają z wcześniejszych zaniedbań – powiedział Krzysztof Gawkowski. – Dlatego w dniu dzisiejszym kierujemy na ręce prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego, szefa kancelarii, odpowiedzialnego za program szczepień ministra Dworczyka oraz ministra zdrowia Adama Niedzielskiego informację dotyczącą przygotowania do szczepień krajowego programu, który ma zapewnić bezpieczeństwo – dodał poseł.

Politycy i polityczki Lewicy wraz z zaniepokojonymi obywatelami i personelem medycznym chcą dowiedzieć się m.in., jakie są tygodniowe i miesięczne plany szczepień na 2021 rok, w jaki sposób Rada Ministrów zapewni dostęp do szczepień mieszkańcom mniejszych miejscowości, oddalonych od punktów szczepień, ile takich punktów powstanie w całym kraju, jak wygląda plan transportu i przechowywania szczepionek oraz jaki jest szacunkowy termin wyszczepienia społeczeństwa w takim zakresie, który umożliwi osiągnięcie odporności populacyjnej.

Na razie, zgodnie z tym, co rząd zaprezentował w połowie grudnia, wiadomo, że czeka nas kilkuetapowy harmonogram działań, w ramach których ustalono przede wszystkim kolejność przyjmowania preparatu. Jako pierwsi ramiona nadstawią pracownicy sektora ochrony zdrowia (w tym farmaceuci), DPS-ów i MOPS-ów, personel pomocniczy i administracyjny w placówkach medycznych, a także studenci i wykładowcy uczelni medycznych.

Następnie zaszczepione zostaną osoby z tzw. grup priorytetowych, czyli seniorzy, pensjonariusze domów pomocy społecznej, zakładów opiekuńczo-leczniczych, pielęgnacyjno-opiekuńczych i innych miejsc stacjonarnego pobytu, przedstawiciele służb mundurowych oraz nauczyciele.

Trzeci etap to zabezpieczenie pracowników sektorów objętych obostrzeniami. Na samym końcu szczepionki zaś dostanie reszta dorosłych obywateli, na które – według zapewnień polityków PiS-u – będzie można umawiać się już od 15 stycznia, m.in. bezpłatnie dzwoniąc pod numer 989.

Wszystko to wygląda całkiem obiecująco. Pierwsza partia 10 tys. dawek została już rozdystrybuowana w poszczególnych szpitalach, a kolejne zapasy mają w większych ilościach (w sumie zamówiono 62 mln) regularnie docierać do Polski. Jak wskazał w rozmowie z TVN24 prezes Agencji Rezerw Materiałowych, Michał Kuczmierowski, do końca stycznia nad Wisłę zostanie dostarczonych 1,5 miliona szczepionek, a z upływem 2020 roku będzie ich już 300 tys.

Z obietnic rządowych wynika też, że w sumie do końca przyszłego roku prawdopodobnie uda się zaszczepić dzięki pozyskaniu preparatów od kolejnych producentów nawet 80 proc. dorosłych obywateli i obywatelek, co pozwoliłoby zatrzymać pandemię.

Szczepionka na koronawirusa prawem, nie towarem

czytaj także

Ale czy to rzeczywiście takie proste? Tuż po ogłoszeniu programu szczepień m.in. prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zwrócił uwagę, że w samej stolicy zaszczepienie 643 tys. mieszkańców z etapów 0 i 1 trwałoby blisko 17,5 miesiąca. Dość problematycznie przebiegła także pierwsza faza naboru punktów, w których będzie możliwe przyjęcie szczepionki. Czy będzie ich na tyle dużo, by dostęp do preparatu przy dużej niewydolności systemu ochrony zdrowia dało się zapewnić wszystkim?

O związane z tym szanse i zagrożenia zapytaliśmy dyrektora Miejskiego Szpitala Zespolonego w Częstochowie, lekarza i senatora Lewicy, Wojciecha Koniecznego.

Paulina Januszewska: Czy placówki medyczne są przygotowane na to, by zrealizować rządowe ambicje i wyszczepić do końca przyszłego roku blisko 80 proc. społeczeństwa?

Wojciech Konieczny: Sądzę, że tak, choć może się to nie udać w trybie przewidzianym przez rząd. Cały proces jest bowiem mocno zbiurokratyzowany i w dużej mierze zrzuca konieczność wprowadzania i potwierdzania danych o szczepieniu na personel medyczny, co znacząco utrudni przyjmowanie dużej liczby pacjentów. Polityczni decydenci chcą mieć jak największy nadzór nad tym, kto jest zaszczepiony, będą też wymagać wydawania certyfikatów czy innych form potwierdzenia wykonania szczepienia. Ale na razie nie wiemy nawet, jaką dokładnie drogą się to odbędzie – elektroniczną czy może tradycyjnie drukowaną i ręcznie podpisywaną przez lekarza lub innego pracownika medycznego. A przecież nie o to chodzi, żeby zarzucać pracowników ochrony zdrowia formalnościami, lecz umożliwić im sprawne podawanie preparatu jak największej liczbie osób.

Czyli na skuteczności programu może zaważyć skomplikowana papierologia?

W dużym stopniu niestety tak. Rząd, zamiast skonsultować swoją strategię z praktykami, dopasowuje ją do narzuconych z góry założeń systemu informatycznego. Mam wrażenie, że myślenie o szczepieniach i bezpieczeństwie obywateli sprowadza się do tego, jak szybko i łatwo zbierzemy dane. A to według wytycznych będzie możliwe np. pod warunkiem, że w punkcie szczepień znajdują się dwa komputery. Do takich formalności w tej chwili sprowadza się szczepienia. W efekcie rząd zapewni sobie świetne raportowanie i dużą bazę informacji online, ale dla pacjentów oznacza to dużo wolniejszy przebieg szczepień. Nie twierdzę, rzecz jasna, że nie należy dokumentować tej procedury, ale propozycje rządu niepotrzebnie ją komplikują.

Co w takim razie powinien zrobić premier?

Uprościć cały proces i dać większą decyzyjność w organizacji szczepień dyrektorom placówek w porozumieniu z podległym mu personelem medycznym. Wydaje mi się, że gdyby organizacja szczepień zeszła na niższy szczebel, to można by ich przeprowadzić dużo więcej niż w tej chwili. Dostosowywanie się do sztywnych reguł jedynie wygasza energię i entuzjazm w tego typu przedsięwzięciach.

Czy w obliczu zapaści systemu ochrony zdrowia nie zabraknie personelu do wykonania szczepień?

Moim zdaniem nie powinniśmy mieć z tym problemu, ponieważ szczepienie nie wymaga ponadprzeciętnej, specjalistycznej wiedzy, umiejętności czy certyfikatów. To prosta czynność, której z pewnością podejmie się wielu pracowników medycznych. System jest w tej chwili niewydolny w wielu miejscach, ale nie na tyle, żebyśmy nie mogli przeprowadzić skutecznej akcji szczepień. W praktyce na każdym oddziale w szpitalu jest możliwość zaszczepienia się w gabinecie zabiegowym i gdyby politykom faktycznie zależało na szybkości, to bez trudu można byłoby to zrobić. Warunkiem jest uwolnienie energii ludzi i ułatwienie im tej procedury, a także przeciwdziałanie innym czynnikom, które wpływają chociażby na kwestionowanie zasadności szczepień przez społeczeństwo. Tego ze strony rządu niestety nie widzę.

No właśnie, jakie poza biurokracją dostrzega pan niedociągnięcia w rządowej polityce?

Narodowy Program Szczepień to równanie z wieloma niewiadomymi. Mimo wielu różnych deklaracji premiera i ministra zdrowia tak naprawdę nie wiemy, jak będzie wyglądał dostęp do szczepionek. Na razie jest ich mniej, niż zapowiadano początkowo, bo w styczniu do Polski miało dotrzeć ponad 2 mln dawek, a obecnie mówi się o 1,5 mln. Oczywiście w kwestii samej organizacji wiele może się jeszcze zmienić na lepsze i bardzo na to liczę. Ale z drugiej strony wiemy, że bardzo mało osób w ogóle planuje się zaszczepić – dużo mniej, niż wymagałoby tego osiągnięcie odporności populacyjnej. I to moim zdaniem jest jedno z najpoważniejszych wyzwań, które rządowi bardzo trudno będzie spełnić.

Zapewnienia premiera, że się zaszczepi, nie pomogą?

Niestety w obozie rządzącym brakuje w tym zakresie spójności. Jeden przedstawiciel rządu mówi, że się nie zaszczepi, inny stanowczo zaprzecza albo się zastanawia. To bardzo złe podejście i trudno je na spokojnie komentować, kiedy sam jestem lekarzem i widzę, jak COVID-19 spustoszył oddziały szpitalne i pozbawił zdrowia oraz życia nawet bardzo młodych ludzi. Niemniej jednak niechęć do szczepień nie narodziła się wczoraj. Z jednej strony jest podyktowana wzrostem popularności ruchów antyszczepionkowych i szerzonych zwłaszcza w sieci trendów antynaukowych, z drugiej – przede wszystkim stanowi efekt fatalnie prowadzonej niemal od początku pandemii polityki informacyjnej rządu.

To znaczy?

Ciągłe zmiany wykluczających się wzajemnie decyzji wprowadziły niemalże niemożliwy do opanowania chaos, który staje się podatnym gruntem na szczepionkowy czy epidemiczny sceptycyzm. Ekipa rządząca skutecznie swoim brakiem konsekwencji niszczyła zaufanie społeczeństwa nie tylko do władz, ale także rzetelnych ekspertów wydających właściwe zalecenia. Nawet w tej chwili – w obliczu dużego zagrożenia trzecią falą zakażeń, a jednocześnie szans, jaką dają szczepienia – rozporządzenia premiera są nieadekwatne do rzeczywistości, niespójne i wręcz nielogiczne. Za najświeższy przykład niech posłuży zakaz przemieszczania się w sylwestra, który najpierw był godziną policyjną, potem zaleceniem, a teraz egzekwowanym przez policję prawem.

Do tego dodajmy fatalnie prowadzony system zbierania danych o chorych. Jednego dnia słyszymy o 15 tys. zakażonych, drugiego o pięciu. To jest całkowicie sprzeczne z wiedzą medyczną, ale i zwykłym rachunkiem matematycznym. Epidemie nie przebiegają w ten sposób, że maleją w ciągu dnia czy dwóch do 1/3 poprzednio odnotowanej wartości. Sposób pobierania testów i raportowania jest wadliwy i daje społeczeństwu jasny komunikat, że koronawirus nie jest dużym zagrożeniem, skoro można sobie z nim postępować według politycznego widzimisię.

Dobra ziemia dla foliarzy. Oto TOP 6 antycovidowych konspiracji w naszym regionie

Epidemia wydaje się od początku upolityczniona.

Owszem, narracja rządu była przez cały rok nieprawidłowa i doprowadziła do tego, że poziom zaszczepialności będzie bardzo niski. Mam jednak taką tezę, zgodnie z którą jestem przekonany, że gdybyśmy w marcu dowiedzieli się, że istnieje jakaś cudownie opracowana szczepionka, to chętnych do zaszczepienia się w tym okresie znalazłoby się o wiele więcej niż teraz.

Dlaczego?

Bo zaufanie do ministra Szumowskiego było wówczas bardzo wysokie. Niestety kolejne decyzje pogrzebały jego wiarygodność. Myślę, że pierwszym gwoździem do tej trumny było wprowadzenie absurdalnego zakazu wchodzenia do lasu oraz kwestia zasłaniania nosa i ust. Najpierw minister mówił, że nie trzeba nosić maseczek, bo ich po prostu brakowało. Potem zmienił zdanie. A później w grę weszło ogromne i już całkowicie obliczone na korzyści polityczne zamieszanie z wyborami.

W przypadku szczepień ważną rolę odgrywa też sposób komunikowania tej konieczności. Premier Morawiecki, ale i obecny minister Niedzielski często uderzają w wysokie tony o końcu epidemii, otwarciu gospodarki i zniesieniu nauczania zdalnego. A przecież tutaj chodzi o zdrowie i życie nas samych i naszych bliskich, a nie o ekonomię i szkolnictwo. Zamiast upolityczniać szczepionki, wrzucać je w jakieś wręcz ideologiczne ramy, trzeba mówić o tym, że jest ona lekarstwem – jedynym, które w tej chwili może zapewnić nam bezpieczeństwo. Może właśnie taki, „ludzki” element, którego brakuje w obecnej, niemrawej kampanii informacyjnej, mógłby zadziałać na obywateli.

Uczniowie poza zasięgiem

Niektóre sondaże mówią, że najlepszym sposobem byłaby zachęta finansowa. Co pan sądzi o takim rozwiązaniu?

Zachętą finansową jest w pewnym sensie to, że szczepionki są bezpłatne dla pacjenta. Oczywiście wiem, że nie o to w pytaniu chodzi, ale musimy to uświadamiać i przypominać. Jest to przecież operacja finansowana ze środków publicznych, więc niejako wszyscy uczestniczymy w tym narodowym przedsięwzięciu. Wypłacanie gotówki w zamian za zaszczepienie się byłoby może i skuteczne, ale wątpliwe etycznie. Można w zamian zastosować system zachęt, udogodnień dla szczepiących się.

Należy też wszystkim uświadomić, że jeśli nawet nie w Polsce, to poza naszym krajem mogą pojawić się pewne utrudnienia dla osób niezaszczepionych. Być może będą przez długi czas musieli posiadać przy sobie aktualny wynik testu na COVID-19, a nawet mogą być pozbawieni możliwości udziału w wydarzeniach skupiających wiele osób na małej przestrzeni, jak np. mecze sportowe w halach czy koncerty. Poszczególne kraje będą tutaj stosować swoje rozwiązania, trzeba o tym pamiętać.

Pojawiają się także obawy o kwestie przechowywania i transportu szczepionek. Poszczególna liczba dawek szczepionki Pfizera jest pakowana w wypełnione suchym lodem, pojedyncze kontenery wielokrotnego użytku. Po otwarciu takiego kontenera i rozmrożeniu szczepionka może być przechowywana w lodówce, w temperaturze 2–8 stopni Celsjusza, ale tylko przez pięć dni. Czy placówki odpowiedzialne za szczepienia są w stanie sobie poradzić z zaplanowaniem tej logistyki?

Z pierwszych doświadczeń wynika, że okres pięciu dni jest zupełnie wystarczający do tego, by zużyć opakowanie 75 szczepionek. To kwestia organizacji szczepień, ale niezbyt trudna. Problemem może być zbyt mała liczba osób zgłaszających się do szczepienia w danym tygodniu, wtedy może dojść do sytuacji, w której szczepionka się przeterminuje i musi zostać zutylizowana. Aby temu zapobiec, wystarczy zapisać kilka osób więcej, ewentualnie stworzyć listę zapasową osób, które mają być zaszczepione w poniedziałek, ale są skłonne zgłosić się „na telefon” już w piątek. Poszczególne punkty szczepień zorganizują to na swój sposób. Inne szczepionki nie mają już tak rygorystycznych zasad przechowywania, więc jestem optymistą, że ten problem zostanie pomyślnie rozwiązany.

Co wiemy o nowej odmianie koronawirusa?

Od kilku dni trwają szczepienia personelu medycznego. Ale i w tej grupie nie wszyscy chcą dać się ukłuć. Jak to wygląda w prowadzonym przez pana szpitalu w Częstochowie?

Rozpoczynamy akcję 29 grudnia. Niestety niewielka część pracowników zadeklarowała chęć zaszczepienia się – w sumie 40 proc. Prawdopodobnie jest to spowodowane faktem, że ponad 30 proc. z nich przechorowało COVID-19. Uważam jednak, że powinni zaszczepić się wszyscy, z pominięciem, rzecz jasna, tych, którzy mają jakieś przeciwskazania. Część osób tłumaczy, że czeka na rozwój sytuacji. Może na drugą szczepionkę? Może ta pierwsza miała słaby PR? Trudno powiedzieć. Na pewno dane o działaniach ubocznych lub niepożądanych nie są w żaden sposób niepokojące, więc liczę na to, że docelowo grupa zaszczepionych będzie znacznie wyższa.

**

Wojciech Konieczny jest senatorem Lewicy, lekarzem i dyrektorem Miejskiego Szpitala Zespolonego w Częstochowie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij