Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Pałką i paragrafem: systemowy paraliż oporu pracowników

III RP nie toleruje strajków tak samo, jak nie tolerował ich PRL. Nawet metody pacyfikowania pracowniczego oporu są podobne.

Publicysta
Strajk w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego, 18 sierpnia 1980
Walka

1

Strukturalne patologie polskiego środowiska pracy od lat stawiają nas na szarym końcu Europy. To między innymi ogromna skala niestabilnego zatrudnienia (ponad 1,5 mln osób pracujących wyłącznie na śmieciówkach), jeden z najdłuższych tygodni pracy w całej Unii Europejskiej, brak realnej waloryzacji wynagrodzeń, powszechność płacy minimalnej rozlewającej się na kolejne grupy zawodowe czy dramatycznie niski poziom uzwiązkowienia (zaledwie ok. 11 proc. w porównaniu do 70 proc. w krajach skandynawskich). Te zjawiska nie są odosobnione – to przejawy strukturalnej słabości pozycji pracowników, która niezmiernie ogranicza ich możliwość zbiorowego wywierania presji na pracodawców i państwo.

Brak reprezentacji i wykluczenie świata pracy z realnych procesów decyzyjnych widać w Polsce na każdym kroku. Nawet przełomowe propracownicze reformy, jak obniżenie wieku emerytalnego czy wprowadzenie niedziel wolnych od handlu, nie wynikały z siły przetargowej ruchu pracowniczego – w dużej mierze były bowiem elementem politycznej kalkulacji, w której rządzący występowali w roli patronów przyznających socjalne ustępstwa. Klasa polityczna wolała decydować o granicach tego, co można zaoferować pracownikom, niż wyposażyć ich w realne, systemowe narzędzia pozwalające samodzielnie walczyć o swoje prawa.

Mimo dziedzictwa „Solidarności” i imponującej historii zrywów robotniczych polski pracownik od ponad 40 lat nie dysponuje dostępem do szybkiego i skutecznego strajku. Zamiast tego zaoferowano mu jedynie przebiurokratyzowaną atrapę. Prawo do strajkowania obwarowano gąszczem tak skomplikowanych procedur, że pracownicy, pomimo formalnych gwarancji prawnych, pozostają uzależnieni od dobrej woli pracodawców i aktualnie rządzących.

Aby zrozumieć, dlaczego strajk stał się w Polsce tak trudnym do wykorzystania narzędziem, musimy cofnąć się do momentu, w którym zaczęto tworzyć ramy ograniczające spontaniczny protest pracowniczy.

Jak PRL zbiurokratyzował polski strajk

Rok 1918, czyli moment odzyskania przez Polskę niepodległości, otworzył nowy okres w historii polskiego ruchu pracowniczego. W realiach II RP i późniejszego PRL nie istniało jednak „prawo do strajku” rozumiane z dzisiejszej perspektywy jako kompleksowo uregulowane i chronione prawo podmiotowe. Istniały za to przepisy regulujące stosunki pracy, spory zbiorowe i mechanizmy rokowań między pracownikami, pracodawcami i państwem.

Pracownicy protestowali więc często spontanicznie – gdy pogarszały się ich warunki życia, płace lub warunki pracy albo gdy sprzyjał temu moment polityczny – a zakłady pracy czy państwo reagowały na te zrywy w sposób zależny od sytuacji politycznej. Protesty wykraczały przy tym poza kwestie ekonomiczne i często łączyły się z postulatami politycznymi i społecznymi. Budziło to sprzeciw władz zarówno II RP, jak i PRL, w których oficjalna propaganda przedstawiała strajk jako działanie sprzeczne z interesem państwa. W realiach Polski Ludowej opierano się na specyficznej, ideologicznej logice: skoro oficjalnie głoszono, że państwo należy do klasy robotniczej, a robotnicy stanowią w nim „siłę przewodnią”, strajk należało uznać za zjawisko z gruntu nielogiczne i szkodliwe. W tym pokrętnym ujęciu robotnicy strajkowaliby przecież sami przeciwko sobie. Oficjalna narracja wmawiała im więc, że protestując, szkodzą własnemu państwu i wspólnemu dobrobytowi.

Czytaj także Luty ’71 – pamiętajmy o łódzkich włókniarkach Marta Madejska

W praktyce uczestnicy protestów spotykali się z represjami: zwolnieniami z pracy, aresztowaniami, przemocą ze strony służb, a w najbardziej dramatycznych przypadkach ginęli w starciach z policją czy wojskiem. A jednak państwo polskie nie przyznawało wprost, że tłumi strajki – wolało zasłaniać się „ochroną porządku publicznego”. Aż do 1981 roku polski system prawny nie znał kategorii „nielegalnego strajku”, a sam udział w nim nie stanowił podstawy do skazania. Aparat represji musiał więc uciekać się do prawniczej gimnastyki i szukać paragrafów zastępczych, oskarżając robotników o rzekomo popełnione w trakcie strajku przestępstwa.

Mimo wysokich kosztów strajku pracownicy nie rezygnowali z oporu. Presja ta wielokrotnie przynosiła realne zmiany: od poprawy warunków w konkretnych zakładach, przez wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy w II RP, po cofnięcie podwyżek cen i zmiany na szczytach władzy w PRL. Przegrane w krótkim okresie zrywy w dłuższej perspektywie budowały podmiotowość społeczną, której nie dało się już zatrzymać.

Sytuację diametralnie zmienił stan wojenny z 13 grudnia 1981 roku, gdy strajków zakazano. W odpowiedzi ruch pracowniczy zaczął domagać się ich prawnej gwarancji. Władza na to przystała, ale na własnych warunkach: obwarowała strajki gąszczem obowiązkowych biurokratycznych procedur, rokowań, mediacji i referendów. W efekcie, dostaliśmy pod koniec PRL-u formalne prawo do strajku, które w rzeczywistości drastycznie ograniczyło możliwość jego użycia.

Transformacja, czyli kapitalizm korzysta ze zdobyczy PRL-u

Po transformacji ustrojowej silnie sformalizowane prawo do strajku nie zostało zastąpione systemem dającym pracownikom większą swobodę. Uchwalona w 1991 roku ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych wprost przejęła logikę schyłkowego PRL-u, zachowując model, w którym strajk jest środkiem ostatecznym, możliwym dopiero po przejściu kolejnych etapów sporu.

Zmieniły się jedynie detale – zamiast PRL-owskiego arbitrażu sądowego po rokowaniach wprowadzono etap mediacji z udziałem zewnętrznego mediatora, a wymagany czas wyprzedzenia skrócono z siedmiu do pięciu dni. Sam trzon procedury pozostał jednak nienaruszony: pracownicy muszą najpierw przedstawić pracodawcy żądania i przeprowadzić rokowania, a jeśli nie przyniosą one porozumienia – przejść do mediacji. Dopiero po jej zakończeniu możliwe jest przeprowadzenie referendum strajkowego, w którym za strajkiem musi opowiedzieć się większość głosujących przy udziale co najmniej połowy uprawnionych do głosowania. Sam strajk trzeba ponadto zapowiedzieć z co najmniej pięciodniowym wyprzedzeniem.

Czytaj także Potomkowie husarii nie umieją w strajki Piotr Wójcik

Problem jest jeszcze głębszy, ponieważ obecne polskie prawo zawęża strajk do sporów dotyczących interesów pracowniczych, a więc nie pozwala używać go jako ogólnego narzędzia politycznego nacisku. Konstytucja również mówi o „strajkach pracowniczych” i pozostawia określenie ich granic ustawie. W praktyce oznacza to, że strajk polityczny – rozumiany jako akcja mająca przede wszystkim wymusić zmianę decyzji władz publicznych, a nie rozstrzygnięcie sporu z pracodawcą – znajduje się poza konstrukcją ustawowego prawa do strajku.

Jest w tym pewien historyczny paradoks: dziś z dumą wspominamy strajki, które były jednym z najważniejszych narzędzi podważania systemu PRL, ale prawo w III RP zadbało o to, by ten „błąd systemu” nie mógł się powtórzyć. Demokratyczne państwo zagwarantowało więc pracownikom prawo do strajku, ale jednocześnie bardzo precyzyjnie i wąsko określiło, kiedy, w jaki sposób i wyłącznie w jakim celu wolno im z niego skorzystać.

Biurokracja skuteczniejsza niż ZOMO

Droga od pierwszego pracowniczego żądania do faktycznego strajku to bardzo skomplikowany, kilkumiesięczny, a niejednokrotnie ponadroczny proces, podatny na presję ze strony pracodawców. A przecież strajk jest najbardziej skuteczny wtedy, gdy następuje szybko – bo tylko wtedy pracodawcy muszą poważnie liczyć się z oczekiwaniami pracowników. Niestety, długotrwałe procedury nie zabezpieczają sprawiedliwie interesów obu stron. W praktyce ich celem jest danie pracodawcy czas na przygotowanie się do konfliktu, wywieranie presji na pracowników, zatrudnianie łamistrajków czy podejmowanie działań prawnych przeciwko organizatorom protestu.

Czytaj także Jak uzwiązkowić Żabkę i Ubera? Katarzyna Rakowska

Dla niezadowolonego z warunków zatrudnienia pracownika, który rozważa wstąpienie do związku zawodowego, perspektywa wielomiesięcznej walki o samą możliwość przeprowadzenia legalnego strajku jest skutecznym czynnikiem zniechęcającym do organizowania się. Słabe prawo do strajku oznacza bowiem słabszy związek zawodowy – a słabym związkom zawodowym trudniej jest przekonywać pracowników, że warto się do nich wstępować. Skalę problemu dobrze pokazują statystyki: w 2024 roku odnotowano w Polsce zaledwie 14 strajków na ponad 15 milionów pracowników. Dla porównania, w Danii, przy populacji wynoszącej ponad 3 miliony pracowników, odnotowano w tym samym roku 86 przypadków przerw w pracy związanych ze sporami zbiorowymi, a w poprzednim roku – aż 136.

Skomplikowane procedury „sporu zbiorowego” zostały po zmianie ustroju celowo zachowane w niemal niezmienionej formie, by paraliżować potencjalny opór społeczny wobec przyszłych pracodawców i rządzących. W latach 90. architekci reform spodziewali się potężnego niezadowolenia wobec nadchodzącego, drapieżnego kapitalizmu, którego skutkiem miało być wysokie bezrobocie, wyprzedaż zakładów pracy oraz cięcia w programach socjalnych.

Tak więc od 1982 roku aż po dziś dzień, pomimo „demokratyzacji” państwa i uchwalenia nowej ustawy o sporach zbiorowych, skomplikowane procedury w zasadzie uniemożliwiają pracownikom podjęcie szybkiego, legalnego strajku. Najeżone biurokratycznymi wymogami paragrafy prawa jeszcze skuteczniej spacyfikowały pracowniczy opór, niż w PRL-u robiły to zomowskie pałki.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x