Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Pan X i pan Z: dlaczego pogłoski o śmierci Telewizji Republika i Solidarnej Polski są przesadzone?

Zbigniew Ziobro jest jak Adam Mickiewicz – nawet umierając na emigracji, będzie dzierżył klucze do polskiej duszy. Podobnie jak Tomasz Sakiewicz – nawet jeśli skończy w więzieniu.

ObserwujObserwujesz
Kontekst

🔎 Jak ujawnili Szymon Jadczak i Michał Fuja w kolejnej odsłonie afery Zondacrypto, Tomasz Sakiewicz, prezes Telewizji Republika, miał przekonywać Przemysława Krala, że „załatwił mu ułaskawienie” u prezydenta Nawrockiego w związku z oskarżeniem o próby przekupienia i zastraszania Fui. To właśnie Sakiewicz miał być „panem X”, o którym w piątek w Sejmie mówił Donald Tusk.

💰 Wcześniej ujawniono też, że Fundacja Instytut Polski Suwerennej, której prezesem jest Zbigniew Ziobro, przyjęła od Krala 450 tys. zł. Kolejne przelewy, docelowo na 2 mln zł, zablokowały banki.

⚖️ Współpraca reprezentowanego przez Romana Giertycha i Jacka Dubois Krala z organami ścigania wprawiła w euforię zwolenników koalicji rządowej. W tym tygodniu zarzut usłyszał też były wiceminister sprawiedliwości Michał W.

⚠️ Wbrew pozorom setki milionów złotych nie trafiły w próżnię, a ziobryzm na republikańskich dopalaczach będzie trwał, bo media i politycy przejęli język ziobrystów.

Walka

Na pierwszy rzut oka Solidarnej Polski już nie ma, być może nawet bardziej niż Paryża czy Sztokholmu. W 2024 roku, zaledwie rok po rebrandingu, partia została włączona w struktury PiS, a seria zdarzeń, która nastąpiła później – począwszy od ucieczki Marcina Romanowskiego, przez odebranie immunitetu Zbigniewowi Ziobrze, porażkę Orbana w kraju ukrywającym eksministrów, ich iście sensacyjne perypetie towarzyszące przerzutowi za ocean i/lub do Nadniestrza aż po aferę Zondacrypto i zarzut dla Michała W. – sprawia wrażenie, jakby pętla wokół ziobrystów zaciskała się coraz mocniej, a dawni towarzysze spisali ich na straty.

Popularny użytkownik X sprzyjający stronie rządowej uważa wręcz, że wzięcie Ziobry z jego internetowymi trollami było „największym błędem Kaczyńskiego”. Na poparcie tej tezy wymienia m.in. malwersacje w Funduszu Sprawiedliwości i Lasach Państwowych.

Jestem wystarczająco stary, by wiedzieć, że jak na wiecznego singla – co zresztą niemal zawsze nieelegancko i bezsensownie wypominają mu przeciwnicy – Jarosław Kaczyński ma tendencję do wikłania się w toksyczne polityczne związki, które kończą się katastrofą, przyznaniem się do porażki, a nawet kajaniem się samego prezesa PiS. Z drugiej strony już po rozstaniu Kaczyński nie tylko nie odcina się od swoich eksów, tylko zabiera wszystkie czerwone flagi, wciąga na plecy kłopotliwy bagaż i zaczyna mówić językiem Giertycha, Leppera, Rydzyka, Macierewicza czy właśnie Ziobry.

Czy faktycznie należy zakładać, że Kaczyński pluje sobie w brodę, że pozwolił ziobrystom przepompować setki milionów złotych z Funduszu Sprawiedliwości na kiełbasę wyborczą, wozy strażackie, podkastownie dla księży i współpracę z największymi mediami?

Można mieć co do tego wątpliwości, jeśli weźmie się pod uwagę, że pół roku temu namaścił na premiera Przemysława Czarnka, czyli najbardziej „swojego” ideologicznego ziobrystę (dla niepoznaki frakcja znów nieco odświeżyła banderę, przepoczwarzając się w „maślarzy”). I podczas gdy renegat Morawiecki nieudolnie smali cholewki do ultraliberalnych wyborców Konfederacji, widmo Ziobry krąży nad PiS-em bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Czytaj także Czarnek na premiera? Kobiety i osoby LGBT mogą szykować się na koszmarną kampanię Galopujący Major

Czym jest ziobryzm w 2026 roku

Żeby lepiej zrozumieć wpływy myśli Zbigniewa Ziobry na dzisiejszą politykę w Polsce, warto przynajmniej pobieżnie prześledzić różnice między prawicowym Kaczyńskim, prawicowym Morawieckim i prawicowymi ziobrystami. To ci ostatni są bowiem największymi zwolennikami nieustannej wojny kulturowej i synergicznej współpracy z finansowanymi zza granicy organizacjami ekstremistycznymi z całego świata dążącymi do rozmontowania Unii Europejskiej.

Nie jest wszak przypadkiem, że gdy dochodzi do jakiegoś protestu przeciwko wprowadzaniu urojonych „lewackich” porządków w szkołach, stołówkach, szpitalach czy na drogach, wystarczy lekko poskrobać, by zza zatroskanego oblicza rodziców zaczęły wyzierać dobrze znane twarze SuwPolaków. Pamiętacie ustawę antyrobakową? Protesty w obronie wyrzuconego krzyża, który okazał się plastikową chińską zabawką? Walkę z edukacją zdrowotną? Antyniemiecką i antyukraińską politykę historyczną? We wszystkich tych akcjach, będących swojego rodzaju rozszerzonym pakietem antygenderowym, pierwsze skrzypce grali politycy związani ze środowiskiem dawnej partii Ziobry – i to nie tylko dlatego, że tuż przed wyborami w 2023 roku akces do niej złożył Robert Bąkiewicz.

Nie tylko bowiem Bąkiewicz, którego córka jest koordynatorką CitizenGo, wywodzącego się z „ultrakatolickiej, antykomunistycznej, wściekle antysemickiej, antyliberalnej i faszystowskiej” meksykańskiej organizacji paramilitarnej Kowadło, jest łącznikiem ze światem skrajnie konserwatywnych ruchów bez większych przeszkód działających dziś także na terenie Polski. To właśnie dawni członkowie Solidarnej Polski od lat blisko współpracują z Ordo Iuris, dla odmiany wywodzącym się z ultrakatolickiej i antykomunistycznej organizacji brazylijskiej, od której hierarchowie Kościoła katolickiego odcięli się dobre 40 lat temu; to Patryk Jaki jako minister zaliczył przeszkolenie w szkole oficerów złowrogiego Opus Dei.

Dla wszystkich tych orbitujących wokół sekt zbudowanych na wzór masonerii „synergistów” (by znów przywołać tezy Agnieszki Graff i Elżbiety Korolczuk z książki Kto się boi gender?) ponowne zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA było jak dar z niebios. Z USA szerokim strumieniem popłynęły pieniądze na wzajemne szkolenia z obalania Unii Europejskiej, którego to ambitnego celu administracja Trumpa (wraz z przyrośniętym do niej niczym huba Heritage Foundation) nigdy nie ukrywała.

Nic dziwnego, że stojąc na rozstaju dróg między konsekwentnie eurosceptycznym Ziobrą (który Polskę solidarną zamienił na suwerenną z powodu powolnej zmiany nastawienia społeczeństwa do Unii) a Morawieckim, którego były minister ogłosił quasiprogramowy artykuł ostrzegający prawicę przed kursem na polexit, Kaczyński wybrał tego pierwszego.

Czytaj także Ta 97-letnia organizacja kościelna tuszuje skandale w staromodny sposób Gareth Gore

Doniesienia z frontu (wojny kulturowej)

Jednak to nie imponująco rozległa sieć niezwykle trudnych do prześledzenia powiązań – bo przy okazji afery Zondacrypto okazało się, że chyba każdy z byłych żołnierzy Ziobry ma jakieś własne uśpione stowarzyszenie, fundację czy firmę doradczą, a zagraniczni sekciarze z przyzwyczajenia unikają błysku fleszy – sprawia, że radziłbym postrzegać obecność ziobrystowskiego ducha w polskiej polityce w kategoriach długiego trwania. Do tego akurat wystarczy szybki przegląd wydarzeń ostatnich dni.

Umierający na raka Dariusz Matecki (przewlekłe nowotwory atakujące szczególnie w obliczu potencjalnej odsiadki pacjenta to też jeden ze znaków rozpoznawczych SolPola) organizuje listopadowy przemarsz polskich nacjonalistów we Lwowie. Patryk Jaki nakręca histerię wokół diety planetarnej, choć jeszcze kilka lat wcześniej pichcił gazpacho arbuzowo-pomidorowe w miejscu publicznym. Znana z kłamstw na temat maili w sprawie Funduszu Sprawiedliwości Maria Kurowska prowadzi strajk głodowy na jednym z ostatnich nieodbitych bastionów ziobryzmu, czyli zarządzanej do niedawna przez dra Michała Sopińskiego Akademii Wymiaru Sprawiedliwości, gdzie politycy PiS sprowadzają także sfatygowanego prezesa Kaczyńskiego. A wszystko to nakręcają funkcjonariusze Republiki, którym coraz częściej puszczają nerwy.

Czytaj także Stalinowe love: po co prawicy bolszewicy? Łukasz Łachecki

Ale to nawet nie postawa Republiki jest istotna dla zrozumienia ziobrystowskiego przechyłu, jaki dokonał się w Polsce w obecnej dekadzie. Ciekawsze wydaje się to, że język walki z robakami, który nawet w czasach, gdy Ziobro i spółka zasiadali w rządzie, traktowany był zazwyczaj jako rojenia oszołomów, dziś jest już w mainstreamie.

Jego przezroczystość widać np. w debacie prowadzącego rozmowy dla intelektualnego górnego 1 proc. Patrycjusza Wyżgi, który pytał ostatnio swoich rozmówców, czy dieta planetarna jest inwestycją w zdrowie uczniów, czy „ideologicznym eksperymentem”. Kluczową rolę w Polsacie, dużej skądinąd stacji telewizyjnej, odgrywa Dorota Gawryluk, która, mówiąc eufemistycznie, nigdy nie była specjalnie krytyczna wobec otoczenia Ziobry. Popularnemu w pewnych kręgach Kanałowi Zero też bliżej ideologicznie do ziobrystów niż do jakiejkolwiek innej formacji w Polsce, a sympatia firmy Stanowskiego do prezydenta Nawrockiego świetnie się z tym faktem uzupełnia. Niezależnie od tego, czy chodzi o aborcję, migrację lub UE, czy też osobiste sympatie Patryka Słowika, Roberta Mazurka czy Marcina Darmasa, pierwszego dyrektora stworzonej za czasów Jacka Kurskiego TVP World, znacznie łatwiej skojarzyć „zdrowy rozsądek” tego medium z poglądami ziobrystów niż z sympatią do słabnącego Kaczyńskiego, stawianiem na Grzegorza Brauna czy ciągotami konfederackimi.

Widmo Ziobrystanu

I nie chodzi tu bynajmniej o to, że Wyżga czy Kanał Zero zostali przekupieni albo zmanipulowani – zakładam w ciemno, że ich działania wynikają ze szlachetnych pobudek. Problem w tym, że tam, gdzie niezależni dziennikarze dochodzą sami z siebie do suwpolowych wniosków, istnieje jeszcze niezliczona liczba podmiotów, które od SuwPola przyjęły ciężką gotówkę i, jak pisze Piotr Wójcik, rozdali ją jeszcze przed startem kampanii, na którą miała zostać przeznaczona.

Prześledzenie tych przepływów pieniędzy dla wymiaru sprawiedliwości, przez dwie kadencje zarządzanego przez samych zainteresowanych, może potrwać o wiele dłużej niż wydanie pierwszych wyroków w sprawach GetBacku, Amber Gold czy Skoku Wołomin. Nie wspominając o Zondacrypto, gdzie wyroków można spodziewać się pewnie w okolicy igrzysk olimpijskich w Warszawie, czyli w 2044.

Wieloletnie związki trapionych dziś różnymi problemami Ziobry i Sakiewicza prześledzili niedawno dziennikarze TVN24. Coraz więcej dowiadujemy się na temat obietnic, które obaj składali w imieniu prezydenta i innych polityków, na temat dotacji, jakie płynęły od jednego do drugiego w czasach rozpasania i zaciskania pasa, na temat nawyków żywieniowych, preferowanych zegarków, standardu hoteli i wakacyjnych destynacji. Kaczyński może się cieszyć, że „śmieci same się wyniosły”, ale Sakiewicz i Ziobro stworzyli potężną sieć zależności, która na ich wątpliwe idee będzie pracować latami, i wymyślili język, którym gadają polskie media, również nieprawicowe.

Dlatego też, choć oczywiście wolałbym się mylić, nie spieszyłbym się z nekrologami. Niezależnie od rozliczeń i przetasowań, poobijany Ziobrystan trzyma się zaskakująco dobrze. Nawet gdy paru jego najbardziej zatwardziałych reprezentantów trafi do więzienia, nie będzie to oznaczało, że sam frontman nigdy nie wróci, by wziąć odwet na Polsce.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x