Kraj

Własna maska tlenowa najpierw

Po wyroku TK trudno już mieć nadzieję, że „jakoś to będzie”. Musimy się nastawić na długą i męczącą walkę. Dlatego najpierw zadbajmy o siebie.

W Polsce wrze. Wrze na ulicach i w internecie. Zaglądam do mediów społecznościowych i za każdym razem trafiam na post innej znajomej – każda pisze o swoich planach macierzyńskich i o ich zmianie pod wpływem ostatnich wypadków. Część decyduje się wyjechać, część myśli o prowadzeniu ciąży za granicą, ale najwięcej z nich pisze po prostu: przykro mi, ale nie zdecyduję się na ciążę. Teraz to zbyt wielkie ryzyko.

Co w tym wszystkim najsmutniejsze, to fakt, że tak naprawdę ostatnie orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, jak istotnym politycznie wydarzeniem by nie było, niewiele zmieniło w sytuacji kobiet w tym kraju. Nie zmieni się też wiele, gdy pojawi się w Dzienniku Ustaw.

Polski Fritzl? Nie, polski Kowalski

W Polsce zachodzenie w ciążę jest śmiertelnie niebezpieczne już od lat.

To, o czym zadecydowano teraz, na pewno zmieni życie około tysiąca kobiet rocznie i to też jest cholernie ważne. Kiedy jednak mówimy o tych kobietach, które w ciągu roku przerywały ciążę z powodu nieodwracalnego upośledzenia płodu, nie wspominamy o wielu, które jej nie przerwały, choć miały do tego prawo. O kobietach, które nie dowiedziały się w porę o wynikach USG, bo sumienie lekarza nie zniosłoby przyczynienia się do ewentualnej aborcji. O dziewczynach, którym w ogóle nie zrobiono odpowiednich badań. O tych, które się nie dowiedziały, że mają prawo przerwać ciążę, bo sumienia lekarzy prowadzących nie pozwalały na podanie im tej informacji – albo które o tym wiedziały, ale usłyszały, że „nasz szpital takich rzeczy nie robi”.

A co z pozostałymi przesłankami?

Zgwałcone ciężarne dziewczyny, które właściwie nigdy nie mają szansy powołania się na przesłankę o gwałcie, bo przecież śledztwo trwa, szpital będzie odwlekał, a prawo umożliwia usunięcie ciąży będącej wynikiem czynu niedozwolonego tylko do 12. tygodnia. Kobiety, które muszą błagać lekarza, żeby jednak zdecydował się wyłyżeczkować obumarły płód, nawet nie dlatego, że lekarz ma „sumienie”, ale ponieważ boi się konsekwencji służbowych i sankcji karnych. Wielokrotnie podsuwane do podpisania te same oświadczenia-dupokrytki. Czekanie na zgodę ordynatora, dyrektora, niemal całego konklawe i papieża do tego (a czekać można długo, wystarczająco długo, żeby termin dopuszczalności minął). To wszystko dzieje się od lat.

W 2019 roku w polskich szpitalach wykonano 1100 zabiegów przerwania ciąży. Dlaczego tak mało?

Ciężarne kobiety są torturowane przez państwowe instytucje i ich pracowników.

A nie zaczęłam jeszcze mówić o osobach, które na żadną dotychczasową przesłankę się nie załapują, ale zwyczajnie nie chcą być w ciąży ani rodzić dzieci.

To, co zmienia się teraz, to nasza świadomość. Dużo trudniej już mieć nadzieję, że jakoś to będzie. Trudniej zamykać oczy na to, co się dzieje i będzie się działo wokół nas – i nam – w tym kraju. Trudniej już nie widzieć, jak polityczni aparatczycy wpływają na środowiska medyczne, na szpitale, lekarzy, według swojego widzimisię. Nie da się już zaprzeczać, że wierzenia jednego polityka z drugim i biskupa dyktują nam, jak będziemy żyły i umierały.

Kompromis aborcyjny zrobił w Polsce dokładnie to, co miał zrobić: przesunął dyskusję jeszcze bardziej w stronę katolickiego fundamentalizmu. Sprawił, że niemal niemożliwe stało się powiedzenie: aborcja jest ok, to codzienność, zwyczajny, rutynowy zabieg medyczny (tu wielki szacunek dla Aborcyjnego Dream Teamu). Kolejne uszczelnienia przepisów i procedur przyniosły logiczne następstwo: polityków, którzy w imię swoich sumień zabierają nam następne prawa. To tak jak z tym powolnym gotowaniem żaby – jeśli temperatura wody nie będzie wzrastać zbyt gwałtownie, to niczego niepodejrzewająca żaba po prostu da się ugotować żywcem. I właśnie my, kobiety, jesteśmy od lat żywcem gotowane.

Tym razem rządzący idą w zaparte i mam szczerą nadzieję, że okaże się to ich największym błędem. W całej Polsce na ulice znów wychodzą masy ludzi. Całkiem realnie narażając swoje zdrowie i życie, w środku pandemii, masa osób zdecydowała się pokazać, że widzą, jak politycy przekraczają pewną granicę. To nie jest poetycka przenośnia: protestujący i ich bliscy naprawdę mogą umrzeć z powodu uczestnictwa w demonstracjach. Również dlatego tak ważne jest, żeby te protesty zdziałały jak najwięcej, na teraz i na przyszłość. Żebyśmy coś osiągnęły, ale żebyśmy też wyniosły z nich jak najwięcej. Żeby udało nam się uciec z tego garnka z wrzątkiem, skoro już czujemy, że parzy.

Najmłodsze z nas nie będą tego pamiętać, ale właściwie od początku III RP aborcja nazywana była „tematem zastępczym”. Trafiała pod obrady Sejmu zawsze wtedy, kiedy równocześnie działo się coś innego, co politycy uważali za ważniejsze. Komentatorzy polityczni wymieniali ją jednym tchem z dyskusją o kolorze pazurów orła w herbie nowej Polski. A kiedy to my próbowałyśmy o niej rozmawiać, zawsze można było wymyślić coś „istotniejszego”, żeby prawo do przerywania ciąży znów sprowadzić do roli zasłony dymnej.

Od jakichś 30 lat ludzie, którzy powinni być naszymi przedstawicielami, używają naszych podstawowych praw i wolności tak, jak zmusza się córeczkę do powiedzenia wierszyka, żeby wszyscy zapomnieli, że wujo znowu się spił i pobił ciotkę. Oczywiście tym „tematem zastępczym” uciszają nas do dziś, to jedna z dwóch pałek w ręku tych, którzy udają naszych sojuszników. Druga to, też od zawsze, „Ale czemu tak wulgarnie, czemu tak ostro? Czy nie można spokojniej, żeby nie zniechęcać ludzi?”. Obie mają za zadanie przywołać nas do porządku.

To nie był kompromis, to była kompromitacja

Jak dotąd była to skuteczna strategia, bo rzeczy, których w naszym kręgu kulturowym kobiecie nie wypada, to właśnie myślenie o sobie i swoich prawach, stawianie na pierwszym miejscu siebie, a nie innych, oraz bycie źle wychowaną i agresywną. Matka Polka ma być miła i uległa, dbać o dzieci, o męża, o rodziców, teściów, ciocię Halinę i lejącego ją codziennie wujka Mietka, a jeśli chce czegoś dla siebie, to może ewentualnie grzecznie poprosić. Ale najlepiej by było, żeby oszczędziła po prostu z pieniędzy, które dostanie na dom, i nie zawracała dupy mężowi, bo on ma na głowie Ważne Sprawy. To nadal siedzi głęboko, jeśli nie w nas samych, to w szkole, w wychowywaniu dzieci i w interakcjach społecznych. Nie tylko bardzo ciężko się z tego wyrwać, ale trudno to nawet zauważyć.

Tymczasem w Polsce od lat cierpią osoby zachodzące w ciążę, ich partnerzy i partnerki. Cierpią w majestacie prawa i zgodnie z wytycznymi kolejnych politycznych i religijnych elit. I będą cierpieć nadal, jeżeli nie postawimy wreszcie siebie – kobiet, matek, Polek – na pierwszym miejscu. Jeśli nie zawalczymy o siebie, o nasze siostry, córki i matki, nasze sąsiadki i przyjaciółki. Będą cierpieć, dopóki będziemy grzeczne i układne, dopóki będziemy się cofać, przebaczać i zapominać. Dopóki będziemy potulnie słuchać, że nasze prawa i nasze życie to tylko temat zastępczy.

Nie dajmy sobie wcisnąć żadnego nowego pseudokompromisu aborcyjnego

Zmiana perspektywy nie będzie łatwa, na pewno nie dla wszystkich. Niektóre z nas muszą odrzucić wyuczoną hierarchię wartości. Tak, nasze życie i prawa są ważniejsze od gospodarki czy armii. Niektóre muszą przełamać wpojoną grzeczność i łagodność. Powiedzcie teraz kilka razy na głos „wypierdalać!” i (jeśli byłyście wychowane jako dziewczynki) zastanówcie się, czy czujecie się z tym słowem niekomfortowo i dlaczego. Inne wreszcie mają do przepracowania nabytą przez lata niechęć do polityków, polityki i polityczności.

Jeśli nie chcemy w końcu ugotować się na śmierć i obudzić w kraju, w którym nasze ciąże będą odgórnie kontrolowane przez religijnych fanatyków, musimy walczyć o siebie, musimy stanowić zagrożenie i musimy być siłą polityczną.

Akt prokreacji to akt wolności. Jak Francuzki wywalczyły prawo do aborcji

Tego trzeciego nie uda się zrobić pojedynczym ulicznym zrywem. Cokolwiek osiągniemy aktualnymi protestami, nie zbudujemy nimi nowego porządku prawnego. To długa i żmudna praca, którą będziemy robić już nie na dzisiejszym wkurwie, ale ciężko orząc codzienność. Będzie wymagała rozpowszechniania naszych postulatów i wizji, czasu, wielkiego nakładu pracy, dostępu do mediów, lobbingu oraz, powiedzmy to sobie szczerze, masy pieniędzy. Jak również posiadania wiarygodnych reprezentantów w parlamencie i na wszystkich szczeblach władzy.

Musimy uczynić nasze prawo do własnego zdrowia, ciała i życia (a raczej: obecny brak tego prawa) podstawowym tematem politycznym, Ważną Sprawą, o której będziemy w kraju dyskutować. Stosunek do dopuszczalności aborcji powinien być pierwszym kryterium, według którego wybierzemy sobie kolejnych reprezentantów i reprezentantki. Nic nie powie nam o wartościach polityka więcej niż jego stosunek do podstawowych praw człowieka wszystkich grup, nie tylko tych, do których sam należy. To my powinnyśmy oskarżać o wyciąganie tematów zastępczych wszystkich tych, którzy chcą zagłuszyć naszą walkę o podstawowe prawa człowieka. Nie, nie musimy być grzeczne. Na grzeczności i nieobrażaniu potencjalnych wyborców zależy politycznym karierowiczom, którzy i tak nigdy nie będą mieli odwagi, żeby pomóc nam w walce.

Teraz najlepiej widzimy, które z polityczek i polityków są naszymi sojuszniczkami. Łatwo jest wskazać posłanki chodzące razem z nami na protesty i demonstracje i posłów, którzy odcinają się od tematów zastępczych i niegrzecznych feministek. A czasem na odwrót: posłanki, które się odcinają, i posłów, którzy idą z nami w marszu.

Minimum, które możemy zrobić, to przyjrzeć się im uważnie, nie wybaczyć i nie zapomnieć.

Nie zapomnieć przy urnie wyborczej, w rozmowie ze znajomymi, w nużącej codzienności, do której prędzej czy później wrócimy. Naszym obowiązkiem i naszym wyborem powinno być wspieranie i tworzenie struktur politycznych, które nie będą nas używać, ale o nas walczyć. Jeżeli chcemy, żeby ten zryw nie poszedł na marne, musimy się nastawić na długą i męczącą walkę, w której nie wszystko będzie tak atrakcyjnie czarno-białe jak dziś – i w której czasem będziemy musiały iść na kompromis. Ale będą to nasze decyzje i nasze kompromisy, a nie takie, które ktoś zawarł nad naszymi głowami w swoim interesie.

Kiedy lecicie samolotem, podstawową zasadą, jaką usiłuje wpoić wam załoga, jest to, że własną maskę tlenową zakładamy, zanim pomożemy innym. To nieintuicyjne, bo serce rwie się do chronienia najpierw dzieci i bliskich, ale jeśli nie zadbamy o siebie, to nie mamy szans pomóc nikomu.

Poradnik demonstrantki

czytaj także

Ale pamiętajcie też o tym, że nie macie obowiązku być teraz na manifestacjach i protestach. Nie musicie chodzić na spacery. Macie prawo nie mieć siły ani chęci. Może przygotowujecie się na kolejne etapy naszej walki. Może jesteście asekuracją i wsparciem dla pozostałych. A może po prostu musicie w tym momencie zadbać o siebie. Róbcie to bez wyrzutów sumienia. Zakładajcie własną maskę tlenową najpierw.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Joanna Filipczak-Zaród
Joanna Filipczak-Zaród
Psycholożka, mediatorka i feministka
Psycholożka, mediatorka, działaczka i feministka. Współprowadziła Świetlicę Krytyki Politycznej w Łodzi. Jest jedną z założycielek i koordynatorek grupy Dziewuchy Dziewuchom. Wolne chwile spędza walcząc z depresją i głaszcząc koty.
Zamknij