Felieton

Koronawirus w Polsce trafił na półkę „nie da się”

Najwyraźniej pogodziliśmy się z tym, że państwo polskie, nie tylko praktycznie, ale nawet teoretycznie nie jest w stanie odpowiadać na rzeczywiste wyzwania. Dlatego nie wymagamy respiratorów czy testowania dzieci w szkołach. Nikt nie wymaga nawet tego, żeby władza sama nosiła te przeklęte maseczki.


Dlaczego Polacy tak bardzo ignorują pandemię? Dlaczego nie tylko unikają noszenia maseczek, ale nawet na rozmowę o koronawirusie, przygotowaniu do niego państwa i zapobieganiu jego skutkom nikt nie ma ochoty? Dlaczego więcej mówi się o ministrze Czarnku, rekonstrukcji rządu i o tym, że się Kaczyński nie ustawił do zdjęcia, niż o wirusie, który tylko ostatniej doby spowodował śmierć 75 osób? Dlaczego momentami ma się wrażenie, że Polacy na COVID-19 zwyczajnie wzruszają ramionami? Dlaczego zakup respiratorów widm od handlarza bronią nie jest nawet w połowie tak ważnym tematem jak awaria Czajki, od której nikt przecież nie zginął?

„Dopust boży”

Ewolucjoniści powiedzą, że człowiek przystosuje się do wszystkiego. Tyle że przecież w innych krajach COVID-19 wciąż jest tematem medialnym, a u nas prawie nie istnieje – jako temat właśnie. Antypisowcy wypunktują z kolei, że to wszystko przez władzę, bo urzędnicy masowo lekceważą przepisy, to i elektorat ma koronawirusa za ściemę. Cynicy z kolei wskażą, że to wina opozycji, która nie potrafi grzać medialnie tematu, bo przecież gdyby Jaki z Kaczyńskim dostali taką gratkę, nie będąc u władzy, toby się tarzali w błocie, krzycząc, jak to rząd Tuska czy innej Kopacz morduje Polaków.

Trump zaraził się „ściemą”, jak sam określał koronawirusa. Cóż za ironia…

Ja mam jednak wrażenie, że koronawirus zniknął z medialnego radaru jako źródło sporów, emocji i oburzenia, ponieważ Polacy włożyli go na półkę „dopust boży”. Istnieje w społecznej świadomości taki zestaw problemów, które, chociaż poważne, a czasami nawet śmiertelnie poważne, jednocześnie nie są uważane za problem, który władza w ogóle może rozwiązać. Takim tematem są chociażby nowotwory. Bo teoretycznie każdy boi się raka i niemal każdy wie, że śmiertelność na ten typ chorób jest u nas fatalnie wysoka. Ale czy widział ktoś, żeby politycy z dziennikarzami kłócili się o szybką ścieżkę onkologiczną? Przerzucali się pomysłami na finansowanie leczenia, spierali o dostęp do najnowszych terapii?

To samo jest z wypadkami drogowymi, w których rokrocznie ginie po 3 tysiące osób, w tym ponad pół setki dzieci. A czy widział ktoś gorącą dyskusję w Sejmie i skakanie sobie do oczu w sporach o to, czy ma być więcej świateł, progów zwalniających lub więcej bezkolizyjnych skrzyżowań? No, chyba że ktoś wniesie projekt ograniczenia dozwolonej prędkości w miastach…

Istnieje bowiem pewna grupa spraw, które Polacy uważają za nie do załatwienia, to jest to słynne „nie da się”. Nie da się wygrać z rakiem, co robić – jak dostaniesz, to pech i pewnie umrzesz. Nie da się zlikwidować wypadków samochodowych, no więc ktoś pewnie miał pecha i zginął na skrzyżowaniu. Nie da się naprawić psychiatrii dziecięcej, całej ochrony zdrowia się nie da, więc dzieci, przykra sprawa, będą się wieszać. Muzeum czasem zbudować się da, na przykład Muzeum Disco Polo na Podlasiu, ale poprawić psychiatrii dziecięcej na Podlasiu „się nie da”. Wiec niech chociaż będzie to muzeum, prawda?

Żeby dzieci mogły być dziećmi

Państwo już nawet nie teoretyczne

Nie da się, nie da się, nie da… COVID-19 został przez rozum społeczny umieszczony na takiej właśnie półce. A to oznacza, że społeczeństwo w zakresie walki z wirusem nie ma w stosunku do własnego państwa żadnych wymogów. Tak jak nie ma żadnych oczekiwań w sprawie zmniejszenia liczby wypadków albo śmiertelności wśród chorych na raka. Umierają ludzie, bo umierają, cóż my możemy? Tak widać być musi. Przecież ten rząd nie może być winny, przed nim też umierali i po nim też będą, więc czego wy chcecie, malkontenci, demagodzy i populiści? Zostawcie rząd w spokoju!

To nie jest rekonstrukcja na spokojne czasy

Trudno też orzec, czy tego przyczyną, czy może skutkiem (albo jednym i drugim, jeśli przyjmiemy obieg zamknięty) jest kompletny brak zaufania do państwa. Zaufania, które obniża się z roku na rok. Nie ufając państwu polskiemu, słysząc zewsząd i powtarzając, że państwo polskie nie potrafi już nie tylko praktycznie, ale nawet teoretycznie (jak za czasów PO) osiągnąć zakładanych celów, siłą rzeczy pozbawiamy się możliwości wymagania czegokolwiek od tego państwa. Skoro jest ono z definicji czymś nieudanym, to trudno czegokolwiek oczekiwać. Czy to w kwestii walki z nowotworami, wypadkami samochodowymi, zapaścią psychiatrii dziecięcej, wyzwaniem budowy mieszkań czy właśnie COVID-em. Dlatego nikt nie wymaga zakupu respiratorów, nikt nie żąda masowego testowania dzieci w szkołach. Nikt nie wymaga nawet tego, żeby sama władza nosiła te przeklęte maseczki. COVID jawi się jako niezawiniona zaraza, z którą nic nie można zrobić, więc tym bardziej nie można wymagać, żeby cokolwiek zrobił z tym rząd.

Lewico, da się!

Czy ten stosunek do władzy może się zmienić? Owszem, czasami sprawy z półki „na pewno się nie da” przechodzą na półeczkę „o, a jednak się dało”. Tak było za SLD w sprawie wejścia do UE, tak było za PO w sprawie autostrad, tak było wreszcie za PiS-u w sprawie 500+.

Rzeczy tkwiące do tej pory w sferze nieosiągalnych marzeń, co do których nikt się nie spodziewał, że mogą stać się rzeczywistością, nagle się na naszych oczach realizują. Tyle że to zawsze jest zmiana reaktywna, gdy cele wyznacza rząd i nagle zaskakuje wszystkich, łącznie z sobą samym, że jakoś się udało.

Jeśli więc Lewica nie ma władzy, a widoki na nią są dosyć marne, to cały jej wysiłek powinien iść w przepychanie różnych spraw z półki „nie da się” na półeczkę „owszem, da się, a jakże, trzeba tylko chcieć”. Powoli tak się dzieje chociażby ze smogiem, z którym nic się nie dawało zrobić – a dziś hurtowo wymienia się piece węglowe. Podobnie może być z COVID-em.

Problem jednak w tym, że przy dominującym podejściu społecznym każdy rząd robi wszystko, żeby jak najwięcej problemów trzymać właśnie na półce „nie da się”. Wówczas każde załatwienie „nierozwiązywalnego” problemu przyjmowane jest jako rewolucja, czy wręcz heroizm aktualnej władzy. Chociażby cały jej heroizm opierał się na zleceniu przelewów na 500 złotych dla rodzin z dziećmi.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Galopujący Major

| Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.