Miasto

Wszołek: Lekarzy, a nie bobsleistów

W Krakowie niedziela to nie tylko dzień Eurowyborów, ale także referendum w sprawie Zimowych Igrzysk Olimpijskich.

W pierwszym w historii miasta referendum lokalnym mieszkańcy odpowiedzą na cztery pytania, w tym to budzące najwięcej emocji: o organizację olimpiady zimowej w 2022 roku. Atmosfera przed głosowaniem jest napięta, a sceną sporu między zwolennikami a przeciwnikami pomysłu są: tak zwany namiot sferyczny, dmuchana bramka, budynek sądu, ulice, place, tablice ogłoszeniowe i przestrzeń wirtualna.

Spór jest nierówny: po jednej stronie są władze samorządowe, Komitet Konkursowy Kraków 2022, politycy i znane osoby, które podpisały pod listem poparcia, po drugiej społecznicy, którzy wyobrażają sobie rozwój miasta bez igrzysk. Ci drudzy na co dzień doświadczają niedostatków miasta, takich jak brakujące miejsca w przedszkolach czy ograniczony dostęp do żłobków, dostrzegają problem braku mieszkań komunalnych, zagrożonej zieleni miejskiej. Ci pierwsi za pomocą potężnej machiny agitacyjnej przekonują, że lekiem na całe otaczające nas zło są igrzyska. Mają one zapewnić skok inwestycyjny, zwiększyć rozpoznawalność miasta, przyczynić się do stworzenia nowych miejsc pracy czy wreszcie oczyścić powietrze w Krakowie, które pod względem stopnia zanieczyszczenia może w Unii Europejskiej równać się tylko z niektórymi miastami w Bułgarii. Mgliste i nieweryfikowalne obietnice to chleb powszedni polityków i wszyscy jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jeśli w referendum mieszkańcy opowiedzą się przeciw igrzyskom, to w dużej mierze może być to zasługa fatalnej polityki promocyjnej realizowanej przez miasto i Komitet.

Gdy Komitetem kierowała posłanka Platformy, była snowboardzistka Jagna Marczułajtis-Walczak, przeciwnikom igrzysk było łatwiej. Nie istniała żadna spójna strategia promocyjna, co wskazuje, że skala krakowskiego ruchu sprzeciwu wobec igrzysk chyba zaskoczyła pomysłodawców. Wszystko zmieniło się po prowokacji dziennikarzy lokalnego portalu: zasugerowano im wówczas, że o igrzyskach można pisać za całkiem dobre pieniądze, wystarczy tylko pisać o nich dobrze. Po dymisji złożonej przez Marczułajtis-Walczak stery Komitetu objęła wiceprezydentka Krakowa Magdalena Sroka, a odpowiedzialność za komunikację z mieszkańcami wziął na siebie wysoko opłacany Mateusz Zmyślony, PR-owiec, wcześniej współtwórca kampanii promującej EURO 2012. I zaczęło się. Na Rynku Głównym pojawił się namiot sferyczny (55 tys. zł), w którym według słów Zmyślonego wentylatory mają rozwiewać wątpliwości mieszkańców.

Na Plantach stanęła dmuchana bramka (23 tys. zł) – każdy, kto przez nią przechodził, był zaliczany do grona zwolenników igrzysk; wkrótce jej licznik stanął, a ona sama runęła pod naporem deszczów.

I wreszcie kampania billboardowa (165 tys. zł), która, mimo że opiera się na sloganach afirmujących igrzyska, była przez Urząd Miasta nazywana kampanią informacyjną w związku z przeprowadzanymi akurat w czasie kampanii referendalnej konsultacjami społecznymi. „Bo igrzyska to 35 tysięcy miejsc pracy” czy „Bo igrzyska to metoda na smog” to tylko niektóre jej hasła. To ostatnie stało się nawet przedmiotem sprawy sądowej w trybie referendalnym. Sąd stwierdził, że slogany wyborcze nie powinny podlegać ocenie wiarygodności w toku sprawy, jednak przyznał, że miasto jednoznacznie prowadzi za ich pomocą agitację referendalną, a nie informuje o konsultacjach.

Pomysły Komitetu i miasta coraz bardziej eskalują niechęć mieszkańców do igrzysk. Kosztowna kampania, nonszalanckie obchodzenie się z publicznymi środkami czy wreszcie absurdalność niektórych działań (jak bramka poparcia) powodują, że w najnowszych sondażach igrzyska mają w Krakowie blisko 64% przeciwników. Ale to tylko jeden z powodów, dla których igrzyska nie cieszą się poparciem. Przeciw ich organizacji przemawiają twarde dowody, bardziej weryfikowalne niż obietnice zwolenników. Weryfikowalne – bo oparte przede wszystkim na doświadczeniach wcześniejszych organizatorów. Jeśli Vancouver w Kanadzie zostaje po olimpiadzie z długiem szacowanym na miliard dolarów, a Turyn ze zobowiązaniami opiewającymi na ponad 215 milionów, naprawdę trzeba wykrzesać z siebie dużo dobrej woli, by uwierzyć, że w Krakowie będzie inaczej i że ostatecznym efektem igrzysk nie będą dotkliwe cięcia budżetowe. Mamienie efektem Euro 2012 także jest lichym argumentem. Dziś cztery polskie miasta muszą borykać się z utrzymaniem wielkich stadionów, wciąż nierentownych.

Jeśli nierentowne są obiekty, na których rozgrywa się zawody najpopularniejszej w kraju dyscypliny sportu, to jak zarobi na siebie hala do curlingu?

Referendum w Krakowie to naprawdę odosobniony przypadek, gdy mieszkańcy będą w sposób bezpośredni rozstrzygali o innych kwestiach niż odwołanie prezydenta czy rady. Z tego należy się cieszyć. Tajemnicą poliszynela jest jednak, że pierwotnie referendum miało zawierać tylko pytanie  o igrzyska – tak chciał prezydent Jacek Majchrowski, ale ubiegła go lokalna Platforma Obywatelska, dodając jeszcze trzy: o budowę metra, monitoring wizyjny i ścieżki rowerowe. Można się spodziewać, że choć metro i monitoring może budzić wiele wątpliwości, wszystkie te przedsięwzięcia zostaną poparte przez mieszkańców. Stanie się tak, bo choć do pomysłu wydrążenia linii metra w Krakowie podchodzi sceptycznie nawet prezydent Majchrowski, mieszkańcy nie dostali rzetelnej informacji, ile taka sieć miałaby kosztować i jak mocno obciążyłoby to budżet miasta, a więc wpłynęło na zahamowanie inwestycji w innych obszarach oraz podwyżkę cen biletów komunikacyjnych.

Kwestią najistotniejszą pozostaje ważność referendum. Do urn musiałoby udać się 30% uprawnionych. Nadzieją na to, że frekwencja będzie wystarczająca, jest termin głosowania. W niedzielę odbywają się także eurowybory – w Krakowie w 2009 roku frekwencja wyniosła w nich około 36%, więc gdyby w tym roku była na zbliżonym poziomie, pozostałby bezpieczny zapas. Badania sondażowe wskazują wprawdzie, że w tegorocznych wyborach frekwencja w skali ogólnopolskiej może być niższa, jednak wybory europejskie zawsze cieszą się większą popularnością w dużych ośrodkach miejskich.

Strona społeczna, silnie artykułująca swój sprzeciw wobec igrzysk, może czuć się zbiorowym rodzicem niedzielnego głosowania. Żądała go, gdy politycy twierdzili, że 2 miliony złotych na referendum to strata pieniędzy, a głosowanie mieszkańców to nie sposób decydowania o losach imprezy, której zakładany budżet szacuje się na około 20 miliardów złotych. Dziś sami nakłaniają do udziału, bo liczą, że zadziała to na korzyść igrzysk. Obserwując jednak społeczne niezadowolenie nie tylko z samego pomysłu, ale i sposobu komunikowania się władz z mieszkańcami, można się spodziewać, że akurat pytanie o igrzyska będzie rozstrzygnięte na nie.

Organizując referendum w tej sprawie, Kraków dołączył do Monachium i kantonu Gryzonia w Szwajcarii, gdzie referenda już się odbyły. To bardzo dobrze, że taki standard rozwiązywania najbardziej kontrowersyjnych kwestii zagościł i u nas – oby na stałe.

Na obecnym etapie rozwoju cywilizacyjnego, a zwłaszcza ze względu na doświadczenia innych miast, decyzja o kontynuowaniu wyścigu o olimpiadę w 2022 roku byłaby nieodpowiedzialna. Wciąż potrzebujemy chleba, a nie igrzysk, lekarzy, a nie bobsleistów, przedszkoli, a nie hal lodowych.

Bio

Michał Wszołek

| Aktywista, polityk
Współprzewodniczący krakowskiego koła partii Zielonych, aktywista inicjatywy Kraków Przeciw Igrzyskom.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.