Miasto

Wrocław – miasto spotkań. Nie z Romami

Wrocław promuje się jako miasto „otwartości i tolerancji”. Do tego obrazka z folderu nie pasuje jednak historia romskiego koczowiska.

Kilka miesięcy temu na słupach ogłoszeniowych we Wrocławiu pojawiły się plakaty prowadzonej przez miasto kampanii społecznej. Przedstawiały one rysunek żebraka i osoby, która daje mu drobne, wpisanych w znak zakazu. Obok widniało hasło: „Dając pieniądze, nie pomagasz”. Na plakacie wyeksponowano numer policji i straży miejskiej, a rozdawane w ramach kampanii ulotki zawierały dodatkowo wypis z kodeksu wykroczeń mówiący, że za żebranie grozi nawet do 1500 zł kary. Bardzo małym druczkiem podano za to adresy placówek zajmujących się żebrakami i bezdomnymi.

Jaki był cel tej akcji? Według miasta było to „przeciwdziałanie żebractwu i wskazywanie wrocławianom sposobów, w jakich mogą udzielić efektywnej pomocy potrzebującym”. „Efektywna pomoc” miała polegać na wręczeniu żebrzącemu ulotki zamiast pieniędzy. Miejską kampanię antyżebraczą poprzedziła promocja „otwartości, wzajemnego szacunku, tolerancji i dialogu międzykulturowego we Wrocławiu”.

W czasie Euro z billboardów spoglądali ludzie różnych ras, płci i narodowości, a nad ich uśmiechniętymi twarzami widniał napis: „Wiele narodów – różne myśli – jeden cel”. Władze miasta od wielu lat uporczywie starają się przekonać mieszkańców i turystów, że Wrocław jest pełen „otwartości, wzajemnego szacunku i tolerancji”.

Sęk w tym, że kontakty wrocławian z cudzoziemcami często wyglądają zupełnie inaczej niż w fantazjach miejskich PR-owców.

Dwa lata temu w północnej części Wrocławia, przy ulicy Kamieńskiego, powstało romskie koczowisko. Sytuacja, w której znajdują się obecnie jego mieszkańcy, zdaje się przeczyć wszystkim górnolotnym deklaracjom magistratu. Romowie pochodzą z Rumunii, a spora ich część przyjechała do Polski jeszcze w latach 90. Na Kamieńskiego są już prawie dwa lata. Przenieśli się z okolic drogi wyjazdowej na Poznań, po tym, jak ich prowizoryczne domy zostały zrównane z ziemią. Skrawek, na którym wtedy mieszkali – niedaleko centrum handlowego Marino – został przeznaczony pod budowę obwodnicy. Romów z dnia na dzień pozbawiono dachu nad głową.

Dzisiaj mieszkają w barakach, które postawili własnymi rękami, najczęściej używając do tego drzwi i fragmentów mebli wyrzuconych na śmietnik. – Ludzie na koczowisku mają bardzo duże zdolności techniczne. Potrafią postawić swój dom nawet w trzy dni. Najlepiej pokazała to Ola Kubiak w projekcie BARACA – opowiada jedna z działaczek Stowarzyszenia Nomada, które od ponad pół roku działa na koczowisku. O warunkach, w jakich żyją tam Romowie, dowiedziały się od żebrzących w centrum miasta.

Ściany i dach domów na Kamieńskiego docieplane są dywanami. Zimą Romowie palą czym tylko się da w zmontowanych samodzielnie piecach. Dostęp do bieżącej wody mają utrudniony – a w dużej mierze zależy od niego poziom higieny. Na koczowisku mieszka około 80 osób. Większość z nich nie ma dokumentów lub nosi przy sobie nieważne paszporty. Nie potrafią ich przedłużyć, bo mają problemy z językiem polskim. Są obywatelami Unii Europejskiej, ale przeważnie nie znają swoich praw. Z początku nie potrafili odróżnić policji od straży miejskiej czy urzędników pomocy społecznej. Nietrudno się domyślić, że nie mogą liczyć na legalną pracę. Nie znaczy to, że nie starają się utrzymać rodziny. Część z mieszkańców koczowiska pracowała w warsztatach czy na budowach, jednak bez żadnej gwarancji otrzymania zapłaty. Sytuacja zmusza ich do żebrania na ulicy.

Mieszkańcy baraków przy Kamieńskiego nie raz słyszeli, że stamtąd też będą musieli się wynieść. Jednak od kiedy działaczki Nomady zaczęły się regularnie pojawiać na koczowisku, sprawa stała się głośna i groźby przycichły. Aktywność stowarzyszenia nie ogranicza się jedynie do doraźnej pomocy. Prowadzą warsztaty przedszkolne dla dzieci i systematycznie monitorują ich stan zdrowia. Zapewniają Romom porady prawne, starają się – we współpracy z domem spotkań im. Angelusa Silesiusa – poprawić warunki życia romskich imigrantów z Rumunii.

Gdy mowa o Romach, często pojawia się argument różnic kulturowych. Ale one wcale nie są tak duże, jak można by się spodziewać. Wprawdzie na koczowisku czas nie płynie tak samo jak poza nim – żyje się tu od wschodu do zachodu słońca, a nie na godziny i kalendarz – ale z drugiej strony młode Romki chodzą w dżinsach i słuchają „europejskiej” muzyki. Nie wszystkie akceptują bardzo wczesne macierzyństwo. Dzieci imigrantów z Rumunii często nie uczęszczają do polskich szkół nie z powodu rzekomej przepaści kulturowej i niechęci Romów do jakiejkolwiek formy nauczania. Przyczyny bywają znacznie bardziej prozaiczne: nie sposób chodzić do szkoły i jednocześnie żebrać na ulicy, a koszt szkolnej wyprawki często wykracza poza możliwości finansowe rodziny z koczowiska. Dzieci mają braki w edukacji przedszkolnej, co zdecydowanie nie ułatwia im funkcjonowania w polskiej szkole.

Czy miejscy urzędnicy zrobią cokolwiek, żeby Wrocław okazał się miejscem gościnnym nie tylko dla zamożnych turystów z Zachodu? Wątpliwe. Paweł Czuma, rzecznik miasta, publicznie wyśmiewa Jacka Harłukowicza z „Gazety Wyborczej”, który pisał o koczowisku: „Niech żyje Jacek Harłukowicz Wielki. Obrońca Europy i wszystkich (nie)uciśnionych…”.

Poza tym jest przecież Stowarzyszenie Nomada, które świetnie sobie z tym problemem radzi.

Urzędnicy uważają, że nie muszę się wysilać, skoro z Romami pracuje już organizacja pozarządowa. Tłumaczenie, że w takich przypadkach realną pomoc może zapewnić jedynie duży, publiczny podmiot, nic nie daje.

No i po co zmieniać obecną sytuację, skoro i tak większość Polaków otwarcie nie przepada za Romami? W komentarzach pod artykułami o Romach z Kamieńskiego można było na przykład przeczytać: „Jeszcze przed Euro ta banda żebraków, złodziei i kurestwa pownna być deportowana do swych krajów”. To tylko jeden z setek tego typu wpisów. Ten polubiło 29 innych czytelników.

Według Nomady dużą szansą dla mieszkańców koczowiska byłyby lokale tymczasowe. – Rozwiązaniem mogłoby być utworzenie dla części rodzin czegoś w rodzaju ośrodka pomocy w wychodzeniu z bezdomności. Pracowałaby tam kadra o międzykulturowych kompetencjach i z dużą znajomością problemu. Jednak nawet ośrodki przyjmujące polskich obywateli – na przykład Stowarzyszenie Pierwszy Krok – borykają się z wieloma kłopotami i brakiem wsparcia – mówi Julia Dauksza. Bez współpracy ze strony miasta jest bardzo prawdopodobne, że ten pomysł pozostanie tylko na papierze.

Nie jestem pewien, czy po 11 listopada ktoś we Wrocławiu wierzy jeszcze w ten obrazek tolerancyjnego miasta z folderów. Wiem za to na pewno, że bez zaangażowania miejskich urzędników na koczowisku przy Kamieńskiego będzie tylko gorzej. Same NGO-sy sobie nie poradzą.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Dawid Krawczyk

| Reporter Krytyki Politycznej
Autor reportaży, wywiadów, analiz i recenzji. Absolwent Filozofii i Filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W Krytyce Politycznej od 2011 roku. Redaktor działu Narkopolityka poświęconego krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Publikował między innymi w Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej" oraz polskiej edycji "Le Monde Diplomatique". Tłumaczenia jego tekstów ukazywały się w językach: angielskim, czeskim, rumuńskim, węgierskim i włoskim.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.