Miasto

Witkowska: Poza Hard Core

Wrocławscy studenci pozazdrościli działaczom Krucjaty Młodych protestującym przeciwko wystawie Kozyry w Krakowie i postanowili oprotestować spotkanie Kulturoznawczego Klubu Filmowego wokół feministycznego porno. Komentarz Ilony Witkowskiej (KP Wrocław)

Wrocławscy studenci pozazdrościli działaczom Krucjaty Młodych protestującym przeciwko wystawie Kozyry w Krakowie i postanowili oprotestować spotkanie Kulturoznawczego Klubu Filmowego wokół feministycznego porno. Jest to jedynie protest facebookowy, przykład coraz popularniejszego slacktivizmu. Wywołał jednak realne konsekwencje.

Stowarzyszenie Konserwatywno-Liberalne KoLiber jest „organizacją młodych Polaków, których łączy wyznawany system wartości, określany mianem konserwatywnego liberalizmu”. Jego członkowie zdecydowani są „piętnować wszelkie systemy polityczne wprowadzające reformy socjalne oparte na przymusowej redystrybucji dochodu narodowego”. Opowiadają się za całkowitym uwolnieniem rynku oraz indywidualizmem. I choć wyznają następującą deklarację ideową: „Uważamy, że podstawowym podmiotem jest jednostka, a nie społeczeństwo. Dlatego najwyższą wartością jest dla nas dobro osoby ludzkiej stanowiącej fundament wszelkich instytucji społecznych i politycznych. W naszym przekonaniu wolność jest wartością nadrzędną wobec równości”. Postanowili zorganizować protest przeciwko wykorzystywaniu tej nadrzędnej wartości przez KKF.

KKF zamierzał otworzyć nowy blok spotkań „Hard-Core” pokazem fragmentów feministycznego porno. Projekcji towarzyszyć miała dyskusja na temat m.in.: „Czy i jak pornografia może realizować postulaty feminizmu? Czy rozróżnienie na porno „feministyczne" i inne jest potrzebne?” (cyt. za opisem organizatora)

Zainteresowani tymi pytaniami miejsca na projekcję poszukać będą musieli poza murami Uniwersytetu. Koledzy i koleżanki z KoLibra, dzielący (z oporami) ten Uniwersytet z nami uznali, że nie powinno się dyskutować o feminizmie, patriarchacie i seksie; a już z całą pewnością „nie za moje pieniądze… niech se robią to poza uniwersytetem (bo żeby bronic jego «dobre imię» już za późno)"1. Nie podali jednak dokładnie, jak marnotrawi się pieniądze na grupową masturbację przy śledzeniu „jak dwie panienki obściskują się na golasa”.

Inicjatorzy protestu zamieścili wzór podań do rektora i dziekana, postulujących odwołanie spotkania. Wyrażali w nim sprzeciw wobec promowania pornografii, ze szczególnym uwzględnieniem szkół wyższych. Napisali: „(…) w murach uczelni (…) prowadzona winna być działalność oświatowa oraz naukowa, która przyczynia się to do rozwoju intelektualnego, kulturowego, a także moralnego (…) a w dłuższej perspektywie rzutuje na duchowe ubogacenie całego społeczeństwa”. Ustęp dalej stwierdzają stanowczo, że prezentowanie pornografii nie jest promowaniem nauki lub kultury, czyli tego, co odróżnia ludzi od zwierząt, lecz „ideologii feministycznej oraz seksualnego wyuzdania, wyzbycia się intymności i wstydu”.

Władze Uniwersytetu ugięły się przed żądaniami grupki prawicowych radykałów i na stronie Instytutu Kulturoznawstwa zamieściły następujący komunikat: „Uprzejmie informujemy, że Kulturoznawczy Klub Filmowy „Hard-Core” nie jest inicjatywą studencką zarejestrowaną w Instytucie Kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego i nie posiada uprawnień do organizowania pokazów filmowych na terenie Uniwersytetu. W związku z tym zapowiadane przez organizatorów Klubu na 9 stycznia spotkanie przy ul. Szewskiej 36 nie odbędzie się.”2 Na Kulturoznawstwie nie ma Klubu Filmowego „Hard-Core”. Organizatorzy spotkania zostali wezwani na rektorski „dywanik”.

Można to uznać za wracającą jako farsa nazistowską akcję przeciwko Entartete Kunst. Przeciwnicy pokazu zakazać chcą sztuki w ich mniemaniu zdegenerowanej, sprzecznej z moralnością – ich zdaniem – obowiązującą Uniwersytet. Choć organizatorzy protestu dali w cytowanym powyżej liście jasno do zrozumienia, że „ideologia feministyczna = zezwierzęcenie”, że dyskusja naukowa o porno nie może zaistnieć a tym samym ograniczyli obszar „właściwych” dociekań naukowych do tego, co „zdrowe” i „normalne”. Dlaczego grupa radykalnie prawicowych studentów ma według władz uczelni decydować o tym, co może a co nie może być tematem badań kulturoznawcy?

Według oficjalnej wykładni KoLibra Wrocław, żadne porno – nie tylko feministyczne – nie ma prawa być tekstem kultury, „upublicznianie stosunków płciowych na ekranie jest wyrazem zwyrodnienia i upadku obyczajów. Protestujemy nie dlatego, że jest to pokaz pornografii feministycznej, ale dlatego, iż uważamy, że uniwersytet nie jest miejscem właściwym pokazy jakiejkolwiek pornografii (abstrahując od tego, czy w ogóle istnieje coś takiego jak miejsce właściwe). Feminizm w połączeniu z ideologią Gender zaprzecza oczywiście różnicom między płciami.”3

Na pierwszy rzut oka widać, że organizatorzy protestu i osoby biorące w nim udział na pokazie skorzystaliby najwięcej. Większość chętnych, by kliknąć „dołącz” na facebookowej stronie kojarzy najwyraźniej feminizm głównie z nadreprezentacją kobiet, bowiem przeważa interpretacja, jakoby zapowiedziane porno feministyczne było de facto porno lesbijskim. „Feministyczne porno? Czyli lesbijskie kawałki – ale z brzydkimi lesbijkami?” To w zasadzie jedyny wyraz zainteresowania proponowanym przez Koło tematem.

Żadnemu z protestujących nie przyszło do głowy, że można traktować film porno jako punkt wyjścia do dyskusji o czymś więcej niż wilgotność cipek i wielkość członków. Natomiast bez problemu zaakceptowali możliwość pokazu filmów Leni Riefenstahl jako produkcji prezentujących „dużą wartość historyczną więc jak najbardziej zgodne z misją Uniwersytetu.”4 Sugestia, że feministyczne filmy porno to, podobnie, „egzemplifikacja pewnego zjawiska albo tendencji i mogą posłużyć  naukowemu badaniu”5 spotkała się już tylko z pełnym godności milczeniem. Według uczestników protestu po prostu „na uniwersytecie nie godzi się puszczać tego rodzaju «twórczości». Jak zauważył jeden z przeciwników protestu (jakkolwiek śmiesznie to brzmi) „na Uniwersytecie” i „nie godzi się” to dość zabawna zbitka wyrazowa. Bardziej bawi jednak coś innego. Otóż:  „osoby, które pomimo wszechogarniającego zalewu «politycznej poprawności» mają odwagę na organizowanie protestów takich jak ten” uważają, że każde wyjście poza heteronormatywny wzorzec społeczeństwa, nawet jeśli ogranicza się do akademickiej dyskusji, jest agresywnym promowaniem ideologii. W myśl porzekadła, że w oku bliźniego widzi się źdźbło trawy, a we własnym nie zauważa belki, głusi są na argumenty, że uniemożliwienie wprowadzenia do dyskursu innej perspektywy również jest agresywne. Że konserwatywny liberalizm też jest ideologią. Co więcej, oni go nie promują. Oni go narzucają. Pozostaje nam radować się wizją, że jeśli wezmą ze sobą transparenty, zostaną hitem na kwejku.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.