Miasto

Reprywatyzacja: List otwarty do mediów

jolanta-brzeska-graffiti

O tym, że w reprywatyzację uwikłani są urzędnicy ratusza i BGN krzyczeliśmy już od dawna.

Od ponad 2 tygodni media lokalne i ogólnopolskie żyją tematem warszawskiej reprywatyzacji. Problem, który od kilkunastu lat działacze lokatorscy nieśli na swych sztandarach, walcząc o choć odrobinę medialnej uwagi, nagle stał się „aferą” w pełnym tego słowa znaczeniu. Ogromne finansowe przekręty kryjące się za dziką reprywatyzacją, szemrane układy, fałszowane testamenty – praktyki, które dla dziesiątek tysięcy wysiedlonych mieszkańców Warszawy są oczywistością już od dawna, dla mediów stały się gorącym „newsem”.

O tym, że w reprywatyzację warszawskich nieruchomości uwikłani są urzędnicy ratusza i Biura Gospodarki Nieruchomościami krzyczeliśmy już od dawna. Robiliśmy własne śledztwa, tropiliśmy powiązania. Ich wyniki bezbłędnie pokrywają się z obecnymi ustaleniami. Nazwiska zwolnionych urzędników BGN-u, uwikłanych w reprywatyzacyjne przekręty (w tym oddanie działki przy Chmielnej 70) wskazywaliśmy choćby w maju tego roku, podczas społecznej okupacji obrad Rady Miasta. Przedstawiliśmy wtedy 8 postulatów do władz Warszawy – pierwszym z nich było zwolnienie kierownictwa BGN – Bajki i Mrygonia. Kolejne, żądające natychmiastowego wstrzymania i weryfikacji wszystkich dotychczasowych zwrotów, ukarania winnych nieprawidłowości oraz wznowienia śledztwa ws. zabójstwa Jolanty Brzeskiej, nie znalazły zainteresowania ani wśród nieobecnych polityków PO, ani wśród obecnych dziennikarzy. Dziś za to są one realizowane w politycznych decyzjach prezydent Warszawy i przedstawicieli rządu.

Pytanie, które media teraz kierują do Hanny Gronkiewicz Waltz, my chcemy zadać dziennikarzom – dlaczego tak długo? Czas odwrócić egoistyczną narrację, wg której za sprawą mediów dzika reprywatyzacja stała się aferą i spytać za czyją sprawą nie stała się aferą przez ostatnie 10 lat?

Nie bagatelizujemy ostatniego wkładu „Gazety Wyborczej” w nagłaśnianie reprywatyzacyjnych przekrętów. Doceniamy kunszt dziennikarzy i dziennikarek, którzy oddawali głos naszej sprawie. Jednak sprzeciwiamy się wybielaniu swojej roli poprzez przypisywanie sobie zasług oddolnych ruchów. Nie tylko politycy warszawskiego ratusza, ale też dziennikarze muszą wreszcie przestać udawać, że o reprywatyzacyjnych szwindlach dowiedzieli się wczoraj. Za zmowę milczenia wokół grabieży publicznego mienia na miliardową skalę, w którą uwikłani są najwyżsi rangą stołeczni politycy, odpowiedzialne są także media, które po prostu przez tyle lat nie chciały o tym słuchać. Piszemy o tym, bo nie chcą słuchać nadal.

Dziś głównymi aktorami afery reprywatyzacyjnej nie są ani ograbieni mieszkańcy Warszawy, ani lokatorscy działacze i działaczki. Są nimi skompromitowani politycy i „przebudzeni” publicyści.

W roli ekspertów występują politycy, którzy dzielnie chcą rozwiązywać stworzone przez siebie problemy. Narracja przez nich budowana stanowi scenariusz spektaklu, w którym Ci, którzy jeszcze wczoraj oddawali sobie nawzajem kamienice, dziś są swoimi największymi wrogami. A lokatorzy, którzy od lat mają jedną konsekwentną linię w sprawie reprywatyzacji, pełnią funkcję statystów, bojówkarzy PiS-u. Obraz walki międzypartyjnej jest dużo bardziej „poczytny” i sensacyjny niż obraz walki mieszkańców o sprawiedliwe miasto.

Pierwsza fala reprywatyzacji, skutkująca wysiedleniem kilkudziesięciu tysięcy lokatorów w ramach reprywatyzacji domów i mieszkań komunalnych, nie doczekała się medialnego skandalu. Reprywatyzacja zaczęła być dostrzegana jako „w pewnych względach problematyczna”, dopiero wtedy, gdy zaczęła obejmować miejsca publiczne istotne dla klasy średniej – parki, skwery, szkoły, miejsca kultury czy budynki o szczególnej wartości zabytkowej. I o ile władze zawsze ignorowały głos najuboższych, o tyle na oburzenie klasy średniej zdarzało im się odpowiadać – szczególnie przed wyborami. Przez ostatnie lata Hanna Gronkiewicz-Waltz i podlegli jej urzędnicy konsekwentnie przekonywali, że nie są w stanie rozwiązać problemu reprywatyzacji, bo mają związane ręce wyrokami sądów i brakiem ustawy reprywatyzacyjnej. Tymczasem, gdy za zakrętem widać już trzecią falę reprywatyzacji, która dosięgnąć ma także budynków rządowych i samorządowych (roszczenia dotyczą m.in. Ministerstwa Rolnictwa przy ul. Wspólnej) okazuje się, że reprywatyzację można wstrzymać dosłownie jednym słowem. Jedna konferencja prasowa wystarczyła, by Prezydent Warszawy oswobodziła ręce ze sznurów wciąż nieuchwalonej ustawy reprywatyzacyjnej i oznajmiła wstrzymanie wszystkich zwrotów.

Nie da się zakwestionować tego, że źródłem zmiany politycznego kursu ws. warszawskiej reprywatyzacji jest wieloletnia walka tysięcy lokatorek i lokatorów.

Teraz te zasługi przypisują sobie wszyscy – dziennikarze „Gazety Wyborczej”, politycy PIS i PO. Tymczasem prawda jest taka, że politycy, którzy dziś chcą regulować kwestię dzikiej reprywatyzacji nie tylko sami są za nią odpowiedzialni, ale też politycznie i materialnie zdążyli już na niej skorzystać – od męża prezydent Warszawy, Hanny Gronkiewicz-Waltz, po rodzinę ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła. Redakcja „Gazety Wyborczej” też zdaje się nie pamiętać, że jeszcze parę lat temu chętniej pochylała się nad losem biednych właścicieli, którym pisowskie władze Warszawy nie chcą oddać zagrabionych kamienic, niż nad losem wysiedlanych przez nich lokatorów. Jedna z współautorek śledztwa „Wyborczej” ws. warszawskiej reprywatyzacji, które stało się gwoździem do trumny dla obecnej ekipy rządzącej Warszawą, w 2005 roku na łamach tej same gazety domagała się szybszej i sprawniejszej reprywatyzacji. W artykule „Mija 60 lat od ogłoszenia dekretu Bieruta – ograbieni warszawiacy chcą reprywatyzacji” Zubik i Jałoszewski, dziennikarze „Gazety Wyborczej”, krytykują polityków warszawskiego ratusza z PiS za to, że blokują zwroty nieruchomości w naturze i wydają znacznie mniej decyzji zwrotowych niż ich poprzednicy. Tezę popierają wypowiedziami „poszkodowanego” mecenasa Jana Stachury, znanego kupcy roszczeń, który chwali się „odzyskaniem” już 90 warszawskich adresów, nierzadko z lokatorami. Jedną z kamienic „odzyskanych” przez Stachurę – budynek przy Wilczej 32 – miasto gruntownie wyremontowało za publiczne pieniądze już po wydaniu decyzji o zwrocie nieruchomości

Nie sposób zaprzeczyć, że od tego czasu wiele się zmieniło. Jeszcze parę lat temu śledztwa dziennikarzy gazety stołecznej rewidowały czy dzieci eksmitowanych lokatorów nie mają czasem pracy na czarno, czy inwalidki aby nie wstaną z wózka, a dłużnicy nie są uzależnieni od alkoholu. Szczęśliwie, wreszcie zaczęły dotyczyć faktycznych sprawców kryzysu społecznego w tym mieście. Źródła tej zmiany nie leżą w żadnej partii politycznej ani w żadnym dzienniku. Jej źródła leżą w lesie kabackim, w spalonym ciele działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej, która została zamordowana, na skutek walki ze znanym kupcem roszczeń, który „odzyskał” kamienicę, odbudowaną po wojnie przez jej ojca. W osobie Adama Zapyłkina, działacza Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, który młode lata spędził na odbudowie Warszawy, a starsze na walce z dziką reprywatyzacją i podobnie jak wielu innych nie zdążył doczekać sprawiedliwości. W wieloletniej politycznej pracy tysięcy lokatorek i lokatorów.

To do nich powinni zwrócić się wszyscy ci, którym na rozwiązaniu problemu reprywatyzacji zależy naprawdę. Łudzenie się, że da się rozwiązać problemy mieszkańców nie dopuszczając ich do głosu, jest już nie tyle naiwnością, co wyrazem złej woli. Od polityków domagamy się podejmowania decyzji zgodnych z interesem społecznym, konsultowanych z mieszkańcami i środowiskami lokatorskimi. Nie chcemy aby przedstawiciele władz i mediów “pochylały się” nad losem mieszkańców dotkniętych dramatem reprywatyzacji. Domagamy się pozycji pełnoprawnych partnerów. Od mediów oczekujemy rzetelności, poważnego traktowania i otwarcia na społeczny głos. Żeby afera reprywatyzacyjna nie pozostała tylko aferą, a stała się prawdziwym ogniskiem zmiany lokalnej polityki, konieczna jest zmiana sytuacji, w której na posiedzeniach miejskich władz mieszkańcy dopuszczani są do głosu po północy, a w mediach tylko jeden dziennikarz jest w stanie dostrzec i wypunktować tę butę i ignorancję.

Dziennikarze i publicyści muszą zdać sobie sprawę, że poziom ich otwartości na społeczny głos w dużym stopniu determinuje jego rangę w debacie publicznej.

Nie chcemy traktować mediów jak „czwartej władzy” i musieć stosować względem nich tych samych metod nacisku jak w przypadku trzech pozostałych. Jeśli media chcą się mienić motorem napędowym nadchodzących zmian, muszą zacząć respektować społeczny głos i poważnie traktować społeczne działania. Afera reprywatyzacyjna to lekcja także dla Was

Żaden problem społeczny nie został jeszcze rozwiązany bez udziału dotkniętych nim osób. Podobnie problemu grabieży miasta nie da się rozwiązać bez udziału wysiedlonych mieszkańców. Żeby działania polityków, motywowanych osiągnięciem własnej politycznej korzyści, nie były pozorne, należy przestać nabierać się na „zbawienne” obietnice. Ustawa reprywatyzacyjna, której wprowadzenie zapowiada Hanna Gronkiewicz Waltz i która ma być odpowiedzią na krzywdę mieszkańców, w 2005 r. była obiecywana przez tę samą prezydent w odpowiedzi na krzywdę właścicieli przejmowanych nieruchomości. Jedyną ustawą reprywatyzacyjną, która ma dzisiaj rację bytu jest obywatelski projekt ustawy zapewniający zadośćuczynienie wysiedlonym lokatorom. Żeby audyt ws. reprywatyzacji, który zapowiedziała Prezydent Warszawy nie budził społecznych wątpliwości, należy włączyć do jego grona przedstawicieli strony społecznej w postaci ruchu lokatorskiego. Propozycję, by audyt wykonała prywatna firma (za publiczne pieniądze) uważamy za skandaliczną. Wreszcie – żeby sprawiedliwie rozwiązać kwestię reprywatyzacji należy przestać ograniczać się do wskazywania winnych, a zacząć rozmawiać o zadośćuczynieniu ofiarom.

Rozwiązania, po które dziś po omacku sięgają politycy ratusza są żywcem wyjęte z rozwiązań wypracowanych i postulowanych przez lata przez Ruch Lokatorski. Przykładem są nie tylko decyzje prezydent Warszawy o wstrzymaniu wszystkich zwrotów czy powołaniu zewnętrznego audytu, ale także konkretne zapisy w projekcie ustawy reprywatyzacyjnej: zakaz zwrotów kamienic z lokatorami, zakaz handlu roszczeniami, dokonywanie wyceny nieruchomości według stanu z 1945 r., a nie według stanu obecnego, czy uwzględnienie kosztów odbudowy. Oderwanie tych postulatów od ich rzeczywistych korzeni jest kolejnym przejawem buty i arogancji władz.

Nie sposób dłużej ukrywać, że w mieście trwa narastający konflikt społeczny, Konflikt o charakter miejskiej polityki, o wartości które mają jej przyświecać i o prawo, które ma ją współtworzyć. Każda osoba, która zabiera głos w tym konflikcie musi z pełną odpowiedzialnością zdecydować, która z tych stron jest jej bliższa – społeczna, działająca w interesie mieszkańców, czy ta działająca na rzecz wąskiej grupy interesu. Bez uświadomienia sobie tego, będziemy się wzajemnie zwodzić przez kolejną dekadę.

Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów i Kolektyw Syrena

EBOOKI-KRYTYKA-POLITYCZNA

 

**Dziennik Opinii nr 250/2016 (1450)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.