Miasto

Halbersztadt: Zalew wykrętów wokół Muzeum Historii Żydów Polskich

Urzędnikom i politykom zależy najwyraźniej tylko na przecięciu wstęgi.

Katastrofy naturalne mogą zdarzyć się wszędzie, ale to, jak ludzie sobie z nimi radzą, mówi często więcej o rzeczywistości niż wszelkie wycyzelowane sprawozdania urzędowe. Opublikowane dwa dni temu wyjaśnienia kolejnych opóźnień w przygotowaniu wystawy Muzeum Historii Żydów Polskich jako żywo przypominają komunikaty o zalanej stacji metra Powiśle. Winna jest rzekomo siła wyższa, a w ogóle to nie tak istotny problem i właściwie już rozwiązany. Po ogłoszeniu takich mistyfikacji z reguły okazuje się, że prawdziwe rozwiązywanie problemów trwa latami. Ale chodzi o to, aby nigdy nie byli winni ci, którzy w absurdalny sposób projektują i prowadzą prace, zgodnie ze świętą, biurokratyczną zasadą: nieważne jak, bylebym na wszystko miał papiery. 

Ulewa rzeczywiście miała miejsce, ale znamienne jest, że przez trzy miesiące ukrywano jej skutki, doskonale znane wszystkim zaangażowanym w tworzenie Muzeum. W ostatnich wyjaśnieniach funkcjonariuszy miejskich, którzy stoją także na czele Muzeum, brak informacji, że woda wlała się do podziemnej kondygnacji, ponieważ źle zostały wykonane  podjazdy do jednego z wejść ewakuacyjnych. Zamiast spadków, zbudowano je – niezgodnie z projektem – w poziomie, co umożliwiło spływ wody z parku. A dzisiaj, zamiast to poprawić, buduje się tymczasowe zapory, które będą montowane w razie zagrożenia. Będą albo nie.

Jako dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich do 2011 roku przez kilka lat toczyłem walkę, by Muzeum, przyszły użytkownik budynku, mogło mieć stały wgląd w prace budowlane i egzekwować jakość wykonania robót. Stołeczny Zarząd Rozbudowy Miasta (SZRM), prowadzący tę inwestycję, sprzeciwiał się temu kategorycznie. Budowa trwała od połowy 2009 roku, a dopiero pod koniec tego roku doszło do kompromisowych ustaleń z biurokracją i na początku 2010 roku, gdy kondygnacja podziemna była już wykonana, udało mi się wreszcie wprowadzić na plac budowy profesjonalną firmę nadzoru budowlanego, zatrudnioną za środki otrzymane od darczyńców. Kontrolowała wszystkie prace i wielokrotnie doprowadzała do ich ponownego wykonania, gdy były zastrzeżenia do jakości. Zdarzało się to, choć generalnie wykonawca – Polimex-Mostostal – sprawiał się świetnie. Po moim odejściu ten nadzór został pospiesznie zlikwidowany i nie było go, gdy wykonywano prace w otoczeniu budynku.

Mimo złego wykonania podjazdów można było zapobiec zniszczeniom spowodowanym czerwcową ulewą albo je ograniczyć, gdyby administracja muzeum zareagowała na prognozę pogody, a pracownicy włączyli pompę wbudowaną na wypadek takich sytuacji w każdą klatkę schodową. Nic takiego nie nastąpiło, gdyż prace w Muzeum są od lat zdezorganizowane, przez podzielenie ich na kilka odrębnych struktur, które słabo komunikują się ze sobą. W tym konkretnym przypadku administracja budynku uważała, że choć ma lać, to nie jest jej problem, skoro prace w podziemiu prowadzi SZRM i Stowarzyszenie ŻIH.

Choć od zalania upłynęły trzy miesiące, podczas których instalacja wystawy była praktycznie zastopowana, do dzisiaj nie zostały usunięte wszystkie skutki tego wydarzenia. Sporo czasu zajęło ustalanie odpowiedzialności (ostatecznie za straty zapłacił SZRM, czyli miasto Warszawa). Wymieniono część zniszczonych kabli w podziemiu, ale nie zostało ono całkowicie osuszone. W kanałach instalacyjnych i całej kondygnacji nadal występuje podwyższona wilgotność oraz pojawiła się pleśń. Zamiast rozwiązać te problemy, zmieniono technologię wykonania posadzek, by dostosować ją do podwyższonej wilgotności.

Co gorsza, pojawiły się przecieki wód gruntowych. Ulewa ujawniła więc niebezpieczeństwo, grożące w przyszłości zalaniem i uszkodzeniem bardzo kosztownej wystawy. Zamiast się tym zająć, wygodniej udawać, że nic się nie stało. Wykonawcę wystawy postanowiono więc zwolnić z odpowiedzialności z tytułu gwarancji za wykonane roboty (!).

To oznacza produkowanie wystawy tak, aby dało się ją uruchomić, a co się potem z nią stanie, pozostaje kwestią otwartą. Nie wiadomo także, jak odbije się to na parametrach wilgotności wymaganych w pomieszczeniu muzealnym. Nie wiem, czy może być gorsze rozwiązanie.

Takie postępowanie jest złym prognostykiem wobec innych problemów, które mogą wystąpić w fazie produkcji i uruchomienia wystawy.

Przez lata stykałem się z podobną postawą Stołecznego Zarządu Rozbudowy Miasta i jego zwierzchników. To jest ten sam Stołeczny Zarząd Rozbudowy Miasta, który wiele lat udowadniał, że nie jest w stanie skutecznie współpracować z Christianem Kerezem, aż doprowadził do zerwania umowy z architektem i skierowania sprawy na lata do sądu. Z tego powodu Muzeum Sztuki Nowoczesnej nie może przeprowadzić kolejnego konkursu na projekt budynku i wikła się w niejasne procedury, które zmniejszają jego szanse na budowę wymarzonej  siedziby. To jest ten sam SZRM, który od lat nie potrafi sobie poradzić ani z remontem Muzeum Historycznego m.st Warszawy, ani z siedzibą Muzeum Pragi. Ten sam SZRM, który przeprowadził wykonaną na chybcika i źle zaprojektowaną renowację Fortu Sokolnickiego, w efekcie czego powstała placówka mająca problemy z sensownym działaniem.

Wszystko to dzieje się bez przeszkód i reakcji w biurokratycznym, wielostopniowym molochu Warszawy, w którym Stołeczny Zarząd Rozbudowy Miasta podlega Biuru Rozwoju Miasta, to zaś biuro wiceprezydentowi Jackowi Wojciechowiczowi. Poszczególnymi przedsięwzięciami zajmują się pełnomocnicy pani Prezydent, a ona sama nie wiadomo nawet, czy jest informowana o tym, co dzieje się w tych przedsięwzięciach. Działa to jak system zorganizowanej nieodpowiedzialności, a terminy dokończenia robót nieustannie są przesuwane pod rozmaitymi pretekstami.  

Produkcja wystawy głównej muzeum dopiero się rozpoczęła, a harmonogram jej instalowania nie ma już żadnych rezerw czasowych, więc otwarcie jej w połowie 2014 roku stoi pod znakiem zapytania. Poprzednie trzy terminy, ogłoszone szumnie przez ministra Zdrojewskiego, nie zostały dotrzymane, a warto przypomnieć, że pierwotny kontrakt podpisany z wykonawcą przewidywał oddanie budynku w marcu 2012. Skoro nie udało się go dotrzymać, był czas przynajmniej na naprawienie błędów popełnionych przez SZRM i dokonanie zmiany systemu przeciwpożarowego, niewłaściwego dla muzeów. Nic takiego nie nastąpiło i w konsekwencji Muzeum dzisiaj nie może bezpiecznie wystawiać i przechowywać oryginalnych obiektów, co drastycznie ogranicza jego współpracę z innymi muzeami.

Urzędnikom i politykom chodzi jednak najwyraźniej tylko o to, by jakoś to dopchnąć do przecięcia kolejnej wstęgi. A przecież celem jest stworzenie instytucji na światowym poziomie. Nie bardzo może się to udać na zasadzie łatania dziur. 

Jerzy Halbersztadt – prezes Fundacji PARTNERSTWO W KULTURZE. Twórca i do 2011 r. dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie. W latach 1992–2003 dyrektor Programu Polskiego Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.