Kraj

Opozycja nie jest gotowa na rozpad Zjednoczonej Prawicy

Oto dlaczego żadna z partii opozycyjnych nie jest gotowa na scenariusz natychmiastowego upadku władzy Jarosława Kaczyńskiego, a nawet nie powinna sobie go teraz życzyć. Komentarz Jakuba Majmurka.

Po leniwym, sennym przełomie 2020/2021 roku polska polityka przyśpieszyła. Porozumienie Jarosława Gowina, jedna z przystawek PiS, na których opiera się władza Zjednoczonej Prawicy, pogrążyła się w walce o to, kto właściwie jest legalnym prezesem ugrupowania. Niemal jednocześnie Platforma Obywatelska wyszła z inicjatywą Koalicji 276 mającej zebrać głosy całej demokratycznej opozycji, tak by ta w przyszłym Sejmie dysponowała kwalifikowaną większością, pozwalającą na odrzucenie prezydenckiego weta. Na razie jednak Platforma nie tylko nie zaczęła jednoczyć opozycji, ale sama się dzieli – wokół aborcji.

Swoje koło w Sejmie wykroił też w końcu Szymon Hołownia, który nie tylko co tydzień ogłasza przejście do Polski 2050 kolejnego parlamentarzysty lub samorządowca, ale także w coraz większej liczbie sondaży zaczyna zrównywać się z Platformą. Co może politycznie wyniknąć z tych wszystkich ruchów? Czy złożą się one w najbliższym czasie w realny polityczny przełom?

Przepis na nową PO: Trochę Macrona, trochę Hołowni, trochę starego anty-PiS-u

Siła bezwładu

To pytanie najbardziej ważkie jest w przypadku rządowej większości. Dziś bowiem tak naprawdę nie wiemy, czy rząd właściwie ma większość w Sejmie, czy jej nie ma. Ja bym powiedział, że co do zasady ma, choć nie dla każdego projektu i nie wiadomo, jak długo.

Próba wrogiego przejęcia Porozumienia przez ludzi Bielana – najpewniej co najmniej za wiedzą Kaczyńskiego – destabilizuje większość Zjednoczonej Prawicy. I tak poobijaną po tym, gdy Porozumienie zablokowało projekt majowych wyborów pocztowych, a następnie wspólnie z Ziobrą postawiło się w sprawie „piątki dla zwierząt”.

Sytuacja przy tym raczej eskaluje, niż się uspokaja. Gowinowskie władze partii wycinają bielanowców, bielanowcy opowiadają w zaprzyjaźnionych mediach, że Gowin wiosną zeszłego roku knuł z opozycją, by odebrać władzę Zjednoczonej Prawicy i jako marszałek Sejmu przejąć obowiązki prezydenta po upływie kadencji Andrzeja Dudy. Gowinowska rzeczniczka partii Magdalena Sroka pod nazwiskiem i otwarcie mówi, że o planie ataku na partię wiedział Kaczyński. Bielanowcy domagają się dostępu do kont i kluczy do siedziby partii. Kolejne dni najpewniej przyniosą następne ruchy w tej politycznej grze, kto lubi takie widowiska, może prażyć popcorn.

Kto tu jest prezesem, czyli o co chodzi w farsie z Porozumieniem

Dokąd jednak ten konflikt w końcu doprowadzi? Czy możliwy jest scenariusz, że rząd Morawieckiego traci większość, a wyjście gowinowców ze Zjednoczonej Prawicy doprowadzi do powołania rządu technicznego opozycji i wcześniejszych wyborów?

Teoretycznie można wyobrazić sobie każdy scenariusz. Dziś wydaje się niemal pewne, że Zjednoczona Prawica w obecnej formie nie przetrwa do następnych wyborów – zwłaszcza na jej gowinowskim skrzydle. Po tym, co się stało, prawdopodobieństwo, że Kaczyński w następnych wyborach znów weźmie Gowina i Porozumienie na listy wyborcze PiS, jest bardzo niskie. Gowin i jego najbliżsi sojusznicy z pewnością wiedzą, że w Zjednoczonej Prawicy nie mają przyszłości i prędzej czy później muszą zacząć szukać politycznego scenariusza, umożliwiającego im przetrwanie poza koalicją.

Co jednak nie oznacza jeszcze, że już za tydzień, dwa, pięć rozpadnie się układ rządzący i będziemy mieli nowe wybory. Jak obecny stan ciągłego koalicyjnego kryzysu nie byłby niewygodny zarówno dla Kaczyńskiego, jak i Gowina, wszystkim stronom opłaca się na razie poczekać, zanim wykonają jakieś gwałtowne ruchy. Zwłaszcza szeregowym posłom Porozumienia, którzy cenią sobie finansową stabilność, którą zapewnia płynące na konto jeszcze przez trzy lata uposażenie poselskie.

Nawet gdyby manewry Bielana ostatecznie wypchnęły ze Zjednoczonej Prawicy dość posłów, by Kaczyński utracił większość, to nie musi to jeszcze oznaczać upadku rządu Morawieckiego. Premiera chroni konstruktywne weto nieufności. Zebrać większość dla rządu technicznego, rozciągającą się od Konfederacji, przez gowinowców i ludowców, po Barbarę Nowacką, SLD i partię Razem, będzie niezwykle trudno. Taki rząd miałby sens tylko jako przejściowy gabinet administrujący krajem do wyborów. By jednak skrócić kadencję Sejmu, potrzeba 307 głosów lub decyzji prezydenta w przypadku nieprzyjęcia budżetu.

Słowem, nie da się dziś tego zrobić bez zgody Kaczyńskiego.

A PiS nie bardzo ma dziś powód, by zarządzać nowe wybory. Od wyborów parlamentarnych w 2019 roku obóz rządzący stracił – jak na podstawie sondaży szacuje profesor Jarosław Flis – około jednej trzeciej elektoratu. Coraz trudniej o sondaż, gdzie PiS wygrywa z samodzielną większością, a niektóre nie dają mu większości nawet z Konfederacją. Nie wiadomo wreszcie, jak długo trwać będą jeszcze uciążliwe dla wyborców obciążenia sanitarne ani jak mocno uderzy w polską gospodarkę koronakryzys.

Dlatego z punktu widzenia Kaczyńskiego organizacja wyborów teraz to zbyt wielka niepewność i polityczne ryzyko. Bardziej opłaca się poczekać przynajmniej do odbicia gospodarki po koronakryzysie, choćby bez gowinowców, z rządem mniejszościowym. Zresztą dla sterowalnej większości zawsze można wyłowić kilku posłów z innych opcji.

Spodziewałbym się więc, że władza Zjednoczonej Prawicy potrwa jeszcze kilka lat, tocząc się siłą bezwładu. Z osłabionym i pogrążonym w ciągłym kryzysie, szukającym sposobu na ewakuację Porozumieniem z Gowinem na czele. Lub bez Gowina i kilku wiernych mu posłów. Taki układ nie będzie zdolny do przeprowadzenia żadnych radykalnych zmian, które marzą się Kaczyńskiemu i części jego wyborców. Ale to dla PiS wciąż lepsze niż ryzyko utraty władzy w przyśpieszonych wyborach.

Opozycja zachowuje się, jakby miała sporo czasu

Warto się zastanowić, czy dla opozycji też najwygodniejszy nie byłby scenariusz, w którym PiS rządzi na tyle osłabiony, że nie jest w stanie przeprowadzić żadnych niekonstytucyjnych, wywracających stolik zmian, zużywając się jednocześnie przez pandemię, zirytowanie Polaków epidemicznymi obostrzeniami i kryzysem gospodarczym. W takiej sytuacji można przeczekać i wzmacniać własne siły, aż rzeka przyniesie symboliczne „polityczne trupy” przeciwników.

Opcja zakładająca stworzenie rządu technicznego już dziś jest o wiele bardziej ryzykowna. Wielka techniczna koalicja opozycyjna funkcjonowałaby w skrajnie niekorzystnych warunkach, z wetem prezydenta Dudy zdolnym sparaliżować każdą ustawę. W dodatku wzięłaby na siebie odpowiedzialność za szczepienia, walkę z pandemią, restrykcje i kryzys, a wszystko to pod ostrzałem TVP Jacka Kurskiego.

Politycy opozycji, z jakiej partii by nie byli, przyznają w prywatnych rozmowach, że nie liczą na wcześniejsze wybory, a swoją strategię opracowują z założeniem, że w wyborcze szranki staną zgodnie z kalendarzem, czyli dopiero w 2023 roku. Partie opozycyjne nie sprawiają dziś wrażenia, jakby były gotowe i zdeterminowane, by władzę od PiS przejąć już teraz. Zachowują się, jakby miały dużo czasu – wystarczająco, by zająć się sobą.

Platforma zaangażowała się w dyskusję na temat tego, jakie stanowisko powinna właściwie przyjąć w sprawie aborcji. Kwestia, która dawno została już rozstrzygnięta przez większość chadecji w Europie, wywołuje niekończące się dyskusje i kontrowersje w PO. Jej konserwatywne skrzydło nie chce oddać sprawy bez walki, ciągle tkwi przy micie kompromisu aborcyjnego jako „złotego środka” zapewniającego „pokój społeczny”.

Wydaje mi się, że bardziej niż mniej prawdopodobne jest to, że PO ostatecznie opowie się za jakimś wariantem liberalizacji przepisów dotyczących zdrowia reprodukcyjnego – przynajmniej w konserwatywnej, niemieckiej wersji (aborcja formalnie zakazana, ale praktycznie dozwolona). W tę stronę wydaje się przechylać jej elektorat i dynamika polityczna w kraju. Dzisiejsi konserwatyści z Platformy brzmią więc jak ludzie, których ktoś zahibernował gdzieś w okolicy 2003, najpóźniej 2007 roku, i nagle wybudził.

W PO konflikt pragmatyków z pragmatykami

Zanim PO dojdzie do jakiegoś wspólnego stanowiska, może ją to kosztować sporo czasu, energii, a nawet spektakularnych rozłamów. Partia, która podejmuje takie ryzyko, raczej nie zakłada, że za chwilę stanie do walki o władzę.

W tym samym czasie Hołownia cierpliwie zbiera swoją parlamentarną reprezentację, starając się włożyć stopę w drzwi parlamentarnej polityki. Znów jest to działanie sensowne przede wszystkim przy założeniu, że Polska 2050 jest projektem obliczonym na lata, gotowym do trwania i rozwoju do czasu następnych wyborów.

Spór o aborcję w PO i kolejne transfery do Polski 2050 najpewniej przyniosą jeszcze niejedno przetasowanie i przegrupowanie na opozycji. Przed następnymi wyborami partyjne granice mogą się na niej układać inaczej niż dziś. Antyaborcyjni konserwatyści z PO mogą wzmocnić ludowców. Przypuszczam, że niejeden poseł i posłanka Koalicji Obywatelskiej czy Lewicy zasilą jeszcze formację Hołowni – nawet jeśli dziś Hołownia zapowiada koniec transferów i walkę o reprezentację Polski 2050 w przyszłym parlamencie.

Wszystkie te ruchy nie są dziś jednak w stanie wywołać żadnej zmiany, którą uznać by można za prawdziwie przełomową. Opozycja musi wypracować funkcjonalną formułę podziału i współpracy. A nie będzie to proste, bo jej wyborcy z jednej strony oczekują, że wspólnie przejmie po PiS rządy i będzie w stanie je skutecznie sprawować, z drugiej zaś są przywiązani do sztandaru istniejących partii.

Dziś nie ma na stole żadnego funkcjonalnego, praktycznego rozwiązania pozwalającego odpowiedzieć na to żądanie jedności w różnorodności. Jego wypracowanie wymaga czasu. Czego by liderzy partii nie mówiliby o odsunięci PiS od władzy, opozycja wydaje się zakładać, że wciąż ma czas dla siebie.

Uzbroić się w cierpliwość

Oczywiście w obecny układ rządzący wpisane jest wiele źródeł niestabilności. Poza Gowinem mamy jeszcze ambicje Zbigniewa Ziobry i jego paladynów, skonfliktowanych z własnym rządem w sprawie polityki europejskiej. Ziobryści zapowiedzieli, że nie poprą w Sejmie ratyfikacji unijnego Funduszu Odbudowy – gwarantującego Polsce unijne środki na walkę z pandemią – co może skutkować kolejnym kryzysem w koalicji rządzącej.

Warto też pamiętać, że Jarosław Kaczyński nie ma dziś 50 czy nawet 60 lat. Może okazać się nagle niezdolny do sterowania rządowym obozem – co oznaczałoby jego gwałtowną dezintegrację i otwierało wszelkie możliwe scenariusze.

Przy obecnej układance powinniśmy się jednak spodziewać, że zużywając się i człapiąc od kryzysu do kryzysu, układ władzy Zjednoczonej Prawicy potrwa jeszcze trochę. Obecne przegrupowania i ruchy na politycznej mapie w krótkim okresie okażą się najpewniej przysłowiowym mieszaniem herbaty, od której ta nie robi się słodsza. Czekając na prawdziwą polityczną zmianę w Polsce, lepiej więc uzbroić się cierpliwość.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij