Kraj

Gill-Piątek: W Sejmie będę głosem skrzywdzonych przez system

Każda sprawa, z którą stykam się „na dole”, ma wymiar polityczny. Jest tak, jak ktoś zadecydował na gruncie polityki. Jako społeczniczka działam w pewnych ramach, a żeby je przekroczyć, muszę wejść w politykę – mówi Hanna Gill-Piątek, kandydująca z drugiego miejsca na łódzkiej liście Lewicy.


Przemysław Staciwa: Przed nami finisz kampanii. Jak się współpracuje z kolegami z SLD, których postawy i politykę niejednokrotnie w przeszłości pani kontestowała?

Hanna Gill-Piątek: Gdy byłam w Partii Zieloni, współpracowaliśmy z SLD w ramach Zjednoczonej Lewicy, za co obrywaliśmy od kolegów z Razem. Zawsze byliśmy bardziej otwarci na sojusze od lewej ściany, którą wtedy było Razem. Na gruncie miejskim z kolei nie mieliśmy tak wielu okazji do starcia. Oczywiście, jako stowarzyszenie „TAK dla Łodzi” formułowaliśmy szereg zastrzeżeń pod adresem miasta, którym SLD współrządzi.

A współpraca z SLD dziś?

Akurat w naszym okręgu układa się naprawdę super. Usiedliśmy przy jednym stole i każdy wyartykułował swoje myśli, potrzeby i oczekiwania. Dzięki temu mam ogromny komfort, chociażby ze względu na pomagający nam sztab medialny.

Trela: Lewica łączy energię młodych z doświadczeniem

Ale nie wszędzie jest tak kolorowo?

Siłą rzeczy, gdy mamy trzy konkurujące ze sobą partie, nie zawsze i nie wszędzie udało się zbudować odpowiednią nić porozumienia. Ja od początku utrzymywałam poprawne stosunki z lokalnymi strukturami SLD i Razem. Niestety, gdzieniegdzie mosty zostały spalone i trudno je teraz odbudować.

Łódzka lista wydaje się przyzwoicie zbalansowana. Nie brakuje przedstawicieli SLD mobilizujących nieco starszy i zachowawczy elektorat, są członkowie Razem aktywizujący bardziej radykalnych lewicowych wyborców, jest też Wiosna wciąż posiadająca pewien zasób nowych twarzy i bazująca na efekcie świeżości.

Jesteśmy dobrze ułożeni i to jest jeden z efektów naszej lokalnej współpracy. Gdy masz dobrze podzielony ogródek i wiesz, że nie rywalizujesz z koalicjantem o tych samych wyborców, masz luz i komfort działania. Ja mogę bez problemu współdziałać z liderem listy, Tomkiem Trelą, na konferencjach prasowych, bo mówimy do nieco innych ludzi. Nie konkurujemy ze sobą bezpośrednio.

Nie do końca mnie to przekonuje. Przecież walczycie o mandat. Lewica w pani okręgu może mieć ich dwa, ale może być tylko jeden.

Tomek nie dostanie dwóch mandatów, tylko jeden. Jest naszą wyborczą lokomotywą, która ma napędzić ten drugi mandat. W naszym interesie jest więc po części praca na jego wynik. Szansa na więcej mandatów rzeczywiście jest, bo jako lider okręgu oddający mandat Tomasz Trela miał w wyborach samorządowych minimalnie lepszy wynik niż ciągnąca wtedy 8. okręg prezydent Hanna Zdanowska, która go zresztą popiera w tych wyborach. Jest popularny wśród ludzi zgadzających się z polityką miasta. Część naszych wyborców jednak się z tą polityką nie zgadza, a ponadto chce głosować na kobiety. Mamy uczciwy układ.

Jakie są filary pani programu?

To typowo lewicowe postulaty, których być może nie wypada tak mocno akcentować wiceprezydentowi dużego miasta: świeckie państwo, prawa kobiet. Jestem ekspertką samorządową. Szczególnie zależy mi na programie mieszkaniowym. Chciałabym, aby pilotaż tego programu miał miejsce w Łodzi. Byłoby to wyjątkowym przedsięwzięciem, bo dotyczącym mieszkań dla seniorów.

Dlaczego akurat dla osób starszych?

Eksperci zauważyli, że w Polsce nie ma mieszkań dla seniorów. Mamy więc mnóstwo tak zwanych więźniów czwartego piętra. Zniedołężnienie, brak pomocy bliskich, a także windy to wszystko sprawia, że komfort życia osób starszych i spełnienie często nawet podstawowych potrzeb staje się niesłychanie trudne. Ci ludzie żyją w izolacji oraz popadają w totalne zadłużenie. A na końcu grozi im eksmisja.

PiS spełnia marzenia deweloperów i kamieniczników

Rozumiem, że będzie pani walczyć o mieszkania dla seniorów ulokowane możliwie nisko, na preferencyjnych warunkach czynszowych?

Tak, do tego dostosowany metraż, ogrzewanie. Chciałabym również walczyć o zmiany przepisów w ten sposób, by móc wprowadzać dobry pomysł z Berlina – montowanie wind w podwórkach kamienic.

Trzeba się spieszyć?

Łódź jest miastem starzejącym się i wyludniającym. Nie ma jeszcze katastrofalnie dużej liczby seniorów, ale w niektórych polskich miastach osoby w wieku poprodukcyjnym stanowią jedną trzecią mieszkańców. To bardzo dużo, a Łódź się do nich zbliża. Jeśli nie poradzimy sobie z tym problemem, to nas zablokuje rozwojowo na lata.

Aktywiści czasem z żalem mówią o trudnych do przekroczenia barierach, o murze nie do przebycia. To dlatego idzie pani do polityki? Nie udało się skruszyć jakiegoś muru?

W Polsce nie ma mieszkań dla seniorów. Mamy więc mnóstwo tak zwanych więźniów czwartego piętra.

Politycy zapewniają sobie dobry sen, gdy proponują społecznikom wdrożenie na przykład jakiegoś programu ekologicznego w szkole. „Idź, zrób to sam” – mówią. Ty masz pracę, oni mogą dalej działać po swojemu i nikt im nie przeszkadza. Tego, że trzeba działać w polityce, nauczyłam się w Zielonych. Wielu ówczesnych Zielonych jest dziś z Lewicą, na przykład Beata Maciejewska, która jest jedynką w Gdańsku. Ona uczyła mnie, że każda sprawa, z którą stykam się „na dole”, ma wymiar polityczny. Ktoś tak zadecydował na gruncie polityki. A więc działasz w pewnych ramach i żeby je przekroczyć, musisz wejść wyżej, musisz wejść w politykę.

Czemu drogi pani i Zielonych się rozeszły?

Byłam z nimi dwanaście lat, a odeszłam tuż przed wyborami samorządowymi. Kluczowe było to, że w Warszawie weszli w porozumienie z Jankiem Śpiewakiem.

Śpiewak pani przeszkadza?

Skłócił się z własnym stowarzyszeniem, zabrał im fanpage, wymazał historię. Zaczęły dziać się przykre rzeczy, a idee tracić na wiarygodności.

Jan Śpiewak nie jest dla pani wiarygodny? Przecież walcząc z aferą reprywatyzacyjną, pokazał, że potrafi działać skutecznie, nie zapisując się do żadnego z obozów politycznych.

To była praca kolektywna „Miasto Jest Nasze”, na której on się wybił, bo był liderem. Jednocześnie nie mogę mu odmówić przenikliwości i inteligencji. Sama często odwołuję się do jego tekstów, które między innymi publikuje w „Krytyce”. Szanuję go, ale uważam za osobę w polityce niewiarygodną. Gdy Zieloni postanowili się z nim związać, uznałam, że to dobry moment, żeby się pożegnać.

Jego słowa o Lewicy jako prywatnym Bizancjum Włodzimierza Czarzastego też pewnie wam nie pomagały.

Janek ewidentnie należy do solistów, nie umie współdziałać.

Platforma się zazieleni? Czy Zieloni zeschetynieją?

Nie boi się pani, że swoimi politycznymi aspiracjami zakwestionuje swój mandat społeczniczki, stanie się dla wielu kolejną nie do końca wiarygodną polityczką?

Takie ryzyko rzeczywiście istnieje. Od jakiegoś czasu trwa maraton wyborczy i to wyklucza mnie w dużej mierze z działań społecznych. Moje ostatnie działania to praca nad apelem o łódzką deklarację LGBT w „TAK dla Łodzi”. Ciągle uważam, że ta wiarygodność społeczna u mnie jest. Choć siedzę okrakiem na barykadzie, współpracuję przecież z miastami w ramach programów ministerialnych.

Współpracuje pani z rządem PiS.

Z jego lepszą stroną (śmiech). A zaczynałam jeszcze za PO. Administracja to wielki transatlantyk, który płynie i trudno go skierować na radykalnie odmienny kurs. Oczywiście wiele niedobrego wydarzyło się przez ostatnie cztery lata, bo wielu wartościowych ludzi pożegnało się z pracą z powodów politycznych. Gdy patrzę na to od środka, to od około 2012 roku społecznicy mieli więcej wspólnych tematów z ówczesnym ministerstwem niż samorządami, które nie przejmowały się jakością życia mieszkańców, tylko wszędzie wylewały beton. Teraz na szczęście się to zmienia. W dalszym ciągu uważam, że dla społecznika ważny jest cel. To, z kim go realizuje, jest wtórne.

Ale?

Dla społecznika ważny jest cel. To, z kim go realizuje, jest wtórne.

Ale miewam rozterki natury etycznej. Tak było z „lex deweloper” i opłakanymi skutkami, które niósł za sobą ten program w planowaniu przestrzennym. Byłam jedną z osób, które rozpętały wokół niego burzę. To do pewnego stopnia udało się wyhamować i zniwelować potencjalnie tragiczne skutki. A przecież mieszkalnictwo mieści się w kompetencjach ministerstwa, z którym współpracowałam.

Pani generalnie jest znacznie bliżej do PiS niż do myślenia, któremu hołduje Platforma Obywatelska.

Nie jest mi bliżej. PiS łamie konstytucję.

Sutowski o stawce niedzielnych wyborów: Apokalipsa może być naprawdę banalna

Zostawmy na moment tę konstytucję. Ponoć w kampanii parlamentarnej jej potencjalne łamanie nikogo zbytnio nie obchodzi.

To czym wtedy miałoby się różnić PiS od PO, gdybyśmy odłożyli konstytucję na bok?

Liczyłem, że pani mi powie.

Rzeczywiście, Platforma jeszcze jakiś czas temu była tępa, betonowa i wielokrotnie przez nas krytykowana. Zadziwiają mnie, swoją drogą, osoby, które zauważyły, że dzieje się coś niedobrego dopiero wtedy, gdy stery objął PiS. Wtedy ludzie nagle tłumnie wyszli na ulice. A to wszystko działo się wcześniej, państwo już wcześniej było rozmontowywane. Gdy trzeba było za rządów PO–PSL zrobić dobrze jakimś wpływowym grupom interesów, wystarczały trzy tygodnie na zmianę rozporządzenia, na przykład w sprawie odwiertów gazu łupkowego. PiS robi to bardziej spektakularnie i na większą skalę, ale państwo „istniejące tylko teoretycznie” zaczęło się dużo wcześniej. KOD, a szczególnie łódzki KOD, zdaje się mieć w tej kwestii klapki na oczach. Życzyliby sobie tylko przywrócenia poprzedniego stanu rzeczy.

To już chyba mrzonka.

Odpowiadam im, że gdyby udało się przywrócić „poprzedni rząd”, przywrócono by przyczynę dojścia do władzy PiS.

O wypaleniu elit

czytaj także

O wypaleniu elit

Antoni Porayski-Pomsta

To jak to jest z tą większą pani sympatią do PiS?

Wykluczenie około czterech milionów osób z powszechnego systemu ubezpieczeń społecznych, wypchnięcie ich na śmieciówki, brak możliwości godnego zarobkowania – to wszystko zasługa ekipy PO–PSL. Ludzie odwdzięczyli się im, głosując na PiS, który słabości poprzedników wykorzystał. Nie jest jednak tak, że jest mi bliżej do PiS. Potrafię po prostu wytłumaczyć, dlaczego obecna sytuacja wygląda tak, a nie inaczej.

W tej chwili jest mi jednak znacznie bliżej do Koalicji Obywatelskiej, bo ona kreuje się w dużej mierze na lewicę. Z drugiej strony boli mnie to, że wciąż nie potrafią się zdobyć na to, co publicznie zrobił profesor Marcin Król.

KO nie przeprosiła za błędy?

Tak, a jednocześnie nie wyciągnęła do końca wniosków z tych porażek. Jeśli uda się nam przeważyć PiS i zawiązać sojusz, to cały czas będą tam osoby, które uważają, że pięć lat temu było przewspaniale.

Toksyczni obrońcy demokracji

Pytam o PiS, bo Piotr Ikonowicz, który rekomendował pani kandydaturę, powiedział jakiś czas temu, że z PiS dużo łatwiej byłoby się lewicowcom dogadać niż z Platformą. W podobnym tonie o obłaskawianiu PiS wypowiadał się także Rafał Woś.

Te myśli pojawiają się czasem na lewicy z uwagi na dostrzeżenie socjalnych zdobyczy rządu, ale PiS nie gra fair. Złamanie reguł, jak w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, co przeprowadzili, zgodnie z moimi przypuszczeniami, na samym początku, to jedno. Można by to usiłować tłumaczyć chęcią reformowania państwa – powiedzmy, że dla dobra wspólnego. Później jednak zaczęli uprawiać nachalną prywatę, jak w przypadku Srebrnej, która wybuchła Kaczyńskiemu, czy ostatnio afery Banasia. Nie można się dogadać z kimś, kto wywraca reguły do góry nogami.

Jak pani, jako osoba zaznajomiona z przemyślanymi programami socjalnymi, może entuzjastycznie popierać program 500+? Jest nieskuteczny, nie spełnia swoich założeń, nie zwiększa dzietności, jest do bólu prosty i polega na przekupieniu ludzi ich własnymi pieniędzmi.

Na początku swojego działania w praktyce wyeliminował on problem skrajnego ubóstwa wśród dzieci. Wskaźniki spadły o sześć procent. Za rządów PO–PSL biednych dzieci było więcej niż dorosłych. W 2017 roku ten wskaźnik pogorszył się o jeden procent, bo PiS nie potrafi upilnować wzrostu cen, ale wciąż jest do przodu. Ogólnie jestem za wdrażaniem takich programów jak dochód podstawowy i szersza redystrybucja. Platforma budowała autostrady, stadiony i ogłaszała sukces gospodarczy, tylko nie zauważyła, że owocami tego sukcesu trzeba się podzielić z ludźmi. Bo inaczej ta zielona wyspa dla niektórych była cała ze szczawiu i mirabelek, którymi chciał karmić ubogie dzieci poseł Niesiołowski.

Myśli pani, że jeśli jakimś cudem opozycji uda się wygrać z PiS, to wypracujecie wspólny język?

Tak, oczywiście. W tej chwili nikt poza Lewicą nie jest w stanie zapewnić ciągłości programu 500+. To brzmi paradoksalnie, ale nawet PiS nie będzie umiał tego zagwarantować. Ceny idą do góry, siła nabywcza pieniądza spada przez inflację, a za chwilę pięćset plus będzie realnie oznaczać trzysta plus, potem dwieście…

Konieczny: Jestem socjalistą. Idę do sejmu, żeby reprezentować pracowników

A wy pokonacie drożyznę?

Tylko my nie mamy problemów z przyspieszeniem legalizacji pracy Ukraińców, których w Polsce przebywa już około 2 milionów. Brakuje rąk do pracy, a rząd z powodu uprzedzeń wstrzymuje procedury. Poza tym PiS nie reaguje na zmiany klimatyczne. Hamują rozwój energetyki odnawialnej, maksymalnie utrudnili wykopanie studni na własnym polu. W Skierniewicach zabrakło wody, nie było czym podlewać upraw. W rezultacie warzywa i owoce osiągnęły w tym roku astronomiczne ceny.

Lewica od wielu lat borykała się natomiast z problemem genu zagłady, który krążył w ich w DNA. Teraz udało wam się połączyć, ale znam wielu radykalnych lewicowców, którzy uznali to za zdradę, i zamiast iść na wybory, zostaną w domu. Co by im pani powiedziała?

Gdyby udało się przywrócić „poprzedni rząd”, przywrócono by przyczynę dojścia do władzy PiS.

Jeszcze w Krytyce Politycznej mówiliśmy o takich lewicowych prawdziwkach i żartowaliśmy, że na lewo od nich już tylko Pol Pot. Nie ma jednomyślnej, czystej grupy, która jest w stanie reprezentować kryształowy światopogląd. Gdy zapytano Radka Gawlika, współtwórcę Zielonych i jednego z pierwszych ministrów ochrony środowiska, czym różni się aktywizm od polityki, odpowiedział, że w aktywizmie nie ma kompromisów w obronie matki Ziemi. W polityce natomiast są same kompromisy. I to jest ta różnica. Nie jestem przedstawicielką tego nurtu, który twierdzi, że gdyby wybory mogły coś zmienić, to byłyby zakazane.

Pani przyjaciel Piotr Ikonowicz zarówno poprzez swoją bezkompromisową działalność polityczną, ale przede wszystkim niestrudzony aktywizm zdaje się do tego myślenia zbliżać.

Jest chyba ostatnim w Polsce trybunem ludowym, po Andrzeju Lepperze. Potrafi w prostych słowach mówić o rzeczach skomplikowanych. Czasem zaczepnie zaczyna dyskusję, ale kończy się na głębszych refleksjach.

Ikonowicz: 30 lat powtarzam, że człowiek biedny nie jest wolny. Przyszedł Kaczyński, powiedział to samo i wygrał

Andrzeja Leppera pani brakuje?

W pewien sposób tak, choć do jego poglądów mi daleko. Właśnie Piotr ma do niego również pewien sentyment. Na pewno Lepper wprowadził na salony bezkompromisowy język, którego przed nim nie używano w obawie przed kompromitacją i wytykaniem palcami przez liberalne elity. Wtedy każdy sprzeciw wobec transformacji był „komuną”. A on wysypywał zboże na drogi i mówił „Balcerowicz musi odejść”. No i w końcu odszedł, ale Lepper też. I teraz oprócz Ikonowicza nie ma już nikogo, kto ujmowałby się za ludźmi skrzywdzonymi przez system. Dlatego chciałabym być ich głosem w Sejmie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.