Felieton

Czego brakuje w wyborczych obietnicach?

Politycy szerokim łukiem omijają problem, który widać gołym okiem

W 2014 roku rozpoczyna się dwuletni okres wyborczy. Będziemy wybierali eurodeputowanych, samorządowców, prezydenta i nowy Sejm. Z tego wniosek, że wchodzimy w okres nieustających obietnic wyborczych. Od czasu do czasu będę się nimi zajmował. Nie dlatego, żeby w czambuł wszystko potępiać, ale po to, żeby pokazywać, które z obietnic są nierealne, a które mogą być (pod pewnymi warunkami) zrealizowane. 

Można powiedzieć, że pierwsze w tej konkurencji wystartowało Prawo i Sprawiedliwość. Obietnica jednego biliona złotych na inwestycje złożona przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego doczekała się wielu kpin. Jeden bilion to rzeczywiście bardzo dużo pieniędzy – ponad 60 procent polskiego PKB. Jak rozumiem, ma to być wygospodarowane w ciągu wielu lat, a nie w ciągu jednej kadencji – stąd wniosek, że PiS myśli o długim panowaniu. 

Prezes Kaczyński zapowiedział, że ponad 300 miliardów złotych pochodzić będzie ze środków unijnych, ale skąd pozostałe 700? Podobno z sektora bankowego i z „lewarowania”. I tutaj dwie wątpliwości. Po pierwsze nie da się zmusić sektora bankowego do udzielania kredytów na olbrzymią skalę. Po drugie „lewarowanie” to nic innego jak zadłużanie się, a zdaje się, że PiS bardzo protestuje przeciwko „zadłużaniu Polski”. Sam zamiar wzrostu inwestycji jest godny pochwalenia, ale środki będzie na to trudno zdobyć. 

Zaczęły się też pojawiać dziwaczne pomysły. Solidarna Polska chce zdobyć władzę, uszczelnić systemy, oszczędzić miliardy i rozdać każdemu dziecku po 700 złotych. Tutaj pozostaje tylko się uśmiechnąć – nie widać żadnego sensu w tym rozdawnictwie. Wielu komentatorów obśmiało też program wyborczy Sojuszu Lewicy Dyplomatycznej, ale ja bym się z tym obśmiewaniem nie śpieszył. 

To prawda, że pomysł powrotu do 49 województw jest typowo wyborczy (chodzi o to, żeby mieszkańcy mniejszych miejscowości poczuli się dopieszczeni), ale dane pokazujące, że 16 województw kosztuje kilka razy więcej niż wcześniej 49 są alarmujące. Coś z tym trzeba będzie zrobić. Zdecydowanie pochwalam pomysł obniżenia VAT o 2 pp (do 21 proc.). Wysoki VAT szczególnie mocno bije po kieszeni mniej zasobnych Polaków, a wiadomo, że oni wydają wszystko, co dostają. Mniejszy VAT zwiększyłby popyt wewnętrzny i dlatego nie zabrakłoby 12 mld zł., a zapewne mniej niż 10 mld. 

Gorzej jest z dochodami. SLD chce powrotu do trzeciej składki podatkowej PIT i uważam, że to jest słuszny postulat. Nie trzeba było jej likwidować („zasługa” PiS). Jednak pomysł podatku od transakcji finansowych jest już mocno dyskusyjny. Przy okazji – wielu komentatorów i polityków mówi o „podatku od giełdy”. SLD nie chce opodatkować transakcji giełdowych. Chce opodatkować transakcje na rynku walutowym i innymi instrumentami pochodnymi. 

To nic innego jak dawny (sprzed blisko 40 lat) pomysł noblisty, Jamesa Tobina (podatek Tobina). Problem w tym, że podatek ten miał za zadanie zdecydowane zmniejszenie ilości i wartości transakcji na rynku walutowym, na którym działa dźwignia 500 (można kupić/sprzedać 1 milion złotych ryzykując 2 tysiące). To prowadziłoby do stabilizowania rynku walutowego. Problem w tym, że taki skutek miałby tylko wtedy, gdyby był stosowany na całym świecie.

Zastosowane lokalnie opodatkowanie gwałtownie zmniejszy wolumen obrotów, więc zyski, jakie chce z tego opodatkowania mieć SLD są mirażem. 

Interesujące jest to, że politycy szerokim łukiem omijają problem, który widać gołym okiem. Jest wręcz rażący. Zapewne nie chcą go dostrzegać, bo boją się, że elektorat w postaci wojskowych, personelu cywilnego wojska i ich rodzin to duży elektorat. Jeśli politycy boją się działkowców to tym bardziej będę bali się gniewu tego elektoratu. Z tego wstępu już chyba wszyscy Czytelnicy wiedzą, o co mi chodzi. Chodzi mi oczywiście o 130 miliardów złotych, które Polska ma w ciągu 10 lat wydać na zakup sprzętu wojskowego. Mamy mieć okręty, drony i inne zabawki. 

Pytań można postawić kilka. Po pierwsze – czy naprawdę Polska musi się tak zbroić? Czy po tym wysiłku wojskowym będziemy w stanie bronić się przed atakiem państwa, które chciałoby nas podbić? Celowo nie piszę, jakie to mogłoby być państwo, ale mogę napisać, że nic chodzi o Łotwę. Litwę czy Czechy. Na współczesnym polu bitwy te nasze zakupy nie zwiększą prawdopodobieństwa obrony przed jakimś mocarstwem, a tylko ono mogłoby (mimo że na horyzoncie tego nie widać) kiedyś nas zaatakować. 

Po drugie – jeśli już musimy się zbroić, to może lepiej zmniejszyć kwoty przeznaczone na zbrojenia i ograniczyć je do zakupów, dzięki którym możemy wspomóc polski przemysł? Potężna pula pieniędzy jak na razie prowokuje równie potężne lobby przemysłu militarnego wielu państw do zdobycia udziału w tym torcie. Czy naprawdę musimy wspomagać przemysł innych państw?

Tak, wiem, że powinniśmy wydawać 2,95 procent PKB na wojsko. To znaczy nieco mniej niż 50 miliardów złotych rocznie, 500 miliardów przez 10 lat. Z tego 25 procent pójdzie na zbrojenia. Po trzecie więc – czy naprawdę to zbrojenia są dla Polski najważniejsze? Czy nie należałoby tej nieprzyzwoicie dużej kwoty zmniejszyć do bardziej strawnych rozmiarów, a różnicę przeznaczyć na bardziej godziwe cele (ochrona zdrowia, żłobki, przedszkola)? Skoro politycy milczą to może media zaczęłyby o tym pisać/mówić? 

Bio

Piotr Kuczyński

| Analityk rynku finansowego
Analityk rynku finansowego, główny analityk firmy Xelion. Współautor, razem z Adamem Cymerem, wydanej nakładem Krytyki Politycznej książki "Dość gry pozorów. Młodzi macie głos(y)". Felietonista Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.