Michał Sutowski

Moc Solidarności, czyli grajmy na własnym boisku

Lech Wałęsa

Jeśli doświadczenie lat 1980-81 będzie inspiracją dla nowych ruchów politycznych w Polsce, Solidarność w pamięci przetrwa jako coś więcej niż plemienny totem czy sztandar w najlepszym choćby muzeum.

Wydany przez wojewodę pomorskiego z PiS zakaz organizacji KOD-owskich obchodów rocznicy Porozumień Sierpniowych obok uroczystości NSZZ „Solidarność” trudno uznać za coś innego niż biurokratyczną złośliwość – główne uroczystości związkowe w tym roku odbywają się przecież w Lubinie, a te na pl. Solidarności w Gdańsku ograniczają się do kilkunastominutowego złożenia kwiatów. Chodziło zatem o pokazanie, że „my stoimy tam, gdzie staliśmy”, a większość faktycznych liderów i działaczy sierpniowego strajku – tam, gdzie stało ZOMO. Ewentualnie – o wywołanie zamieszek, gdyby KOD spróbował demonstrować mimo zakazu, co łatwo dałoby się pokazać jako warcholstwo i przeszkadzanie w uczczeniu pamięci wielkiego Sierpnia.

KOD wycofując się z oryginalnych planów i organizując wydarzenie zatytułowane Moc Solidarności, a więc swoje własne obchody pod historyczną salą BHP, zdołał uniknąć dwóch rytuałów.

Wiśniewska: Opowiedzcie nam o Solidarności

Po pierwsze, licytacji na to, kto był największym bohaterem Solidarności – Wałęsa czy nie-Wałęsa (czyt. Kaczyński, ewentualnie Nieznany Robotnik). Nie ma ona dla opozycji politycznego sensu, bo racje w tej kwestii są wyłącznie funkcją bycia stroną sporu politycznego. Żeby było jasne – spór o historyczne role, zasługi musi trwać, a wiele głosów i biografii do dziś pozostaje niedoceniona, albo weszły do głównego nurtu dopiero niedawno (Alina Pieńkowska, Henryka Krzywonos, liczni szeregowi działacze Związku). Po prostu przywracaniu zbiorowej pamięci wypartych, względnie zapomniane bohaterki i bohaterów bardziej służą filmy Marty Dzido, artykuły Marcina Zaremby czy książki Ewy Kondratowicz i Shanny Penn niż dyskursywna wojna o to, kto skakał przez płot, a kogo do stoczni dowiozła motorówka.

Wiśniewska: Dlaczego trzeba zobaczyć „Solidarność według kobiet”

Drugi rytuał, z którego wreszcie mamy szansę wyjść, to opowieść o „wielkim wkładzie Polski w zjednoczenie Europy”. Oto mamy wielkie wydarzenie w najnowszej historii, które ktoś jeszcze w tej Europie pamięta; pozytywne to takie, „zaczęło się w Gdańsku”, świat patrzył w zdumieniu i nawet Bono napisał Wałęsie piosenkę – a teraz bohatera z okładki „Time’a” sami Polacy, jak to nieraz w historii bywało, nie tyle nawet zrzucają z piedestału, ile próbują utopić w ubeckim szambie, ku totalnemu niezrozumieniu zagranicznych przyjaciół Polski. I znowu – to wszystko jest w zasadzie prawdą, ale ta narracja jest dziś wyraźnie bezzębna i zużyta; służy głównie utwierdzeniu się jednej strony sporu w pełnym samozadowolenia przekonaniu, że rządzący PiS z IPN-em i niepokornymi publicystami to banda szkodliwych idiotów i frustratów.

Najważniejsze w Mocy Solidarności jest jednak przeniesienie gry na własne boisko i oderwanie się od przeciwnika, czyli dyskutowanie tego, na czym naprawdę polega dziś dziedzictwo Solidarności – zamiast podkreślania, że PiS ma umiarkowane do tego dziedzictwa prawo, co tylko utwierdza większość opinii publicznej w przekonaniu, że te wszystkie rocznice i historie to jakaś durnowata zabawa elit.

Tematy dyskusji podczas Mocy Solidarności – miejsce praw kobiet w polskiej demokracji, znaczenie ekologii i wycinki puszczy, reforma edukacji, wreszcie „przyszłości politycznej Polski” – stwarzają szansę na to, że „jeden z nielicznych momentów w naszych dziejach, kiedy aktywnie współtworzyliśmy historię uniwersalną” (cyt. za Edwin Bendyk) nie będzie okazją do kolejnej celebracji, ale do przebudzenia intelektualnego opozycji. Spór o Solidarność historyczną (powstanie narodowe, rewolta robotnicza, ruch klasowy czy ogólnospołeczny…) nie skończy się tak długo, jak długo będziemy ją uznawać za przełomowy moment historyczny właśnie; ważniejsze są jednak konkluzje polityczne na dziś. Jakich warunków wymaga instytucjonalizacja zmobilizowanej energii społecznej? Ile jedności, a ile różnorodności wymaga skuteczny ruch na rzecz obrony demokracji i odnowy wspólnoty politycznej? Co to właściwie znaczy „jeden drugiego brzemiona noście” w czasach pracy prekarnej, klauzul sumienia w aptekach, pracowników delegowanych, ocieplenia klimatu, napływu imigrantów i baniek spekulacyjnych na rynkach mieszkaniowych?

Bardzo cieszy mnie fakt, że KOD zaprosił do tych debat nie tylko organizacje społeczne, środowiska pozarządowe i związki zawodowej, ale także partie polityczne, od Platformy Obywatelskiej przez Nowoczesną po SLD i Razem. Atmosfera i okoliczności tego wydarzenia dają nadzieję, że liderzy opozycji parlamentarnej zrozumieją potrzebę odpowiedzenia na konkretne wyzwania (zamiast czekać, aż PiS sam się potknie o własne nogi), a ci spoza Sejmu – że spór z PO i Nowoczesną to kłótnia z może irytującymi wujami, ale jednak z własnej, czyli nieautorytarnej rodziny.

Sama Solidarność musi przestać być cepem do okładania przeciwnika po głowie (choć przedmiotem sporu pozostać musi); nie może być dla nikogo biograficznym alibi, a rola logo dla europejskiego PR-u Polski jest wyraźnie poniżej jej realnego znaczenia. Jeśli doświadczenie lat 1980-81 będzie inspiracją dla nowych ruchów politycznych w Polsce, Solidarność w pamięci przetrwa jako coś więcej niż plemienny totem czy sztandar w najlepszym choćby muzeum. Organizując Moc Solidarności, KOD-owcy wykonali doskonały krok w tym kierunku.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij