Hanna Gill-Piątek

Megadostęp do kultury

Jak planujecie spędzić dzisiejszy wieczór? Oglądając w necie film lub ulubiony serial? Lepiej nastawcie się na książkowy analog lub, jeśli macie telewizor, gniećcie pilota próbując znaleźć coś do oglądania wśród tych niewiarygodnych knotów, którymi raczą nas zarówno publiczne jak i prywatne media. Szukając inteligentniejszej rozrywki na ekino.tv, iitv.info czy w setkach innych serwisów natkniecie się na ostrzeżenia: „Odtwarzacz megavideo został wyłączony, prosimy o oglądanie odcinków w innych odtwarzaczach (o ile są dostępne)”. Zaaresztowanie serwisu Megaupload i powiązanego z nim Megavideo boleśnie uświadomiło ich milionom użytkowników, że nadszedł koniec darmowych groszków. Ale nie tylko to. Dało się poczuć, że internet jest zasobem mającym wiele wspólnego z pojęciem dostępu do kultury. Jeśli bywaliście na jakichkolwiek kongresach, wiecie, że jest to hasło-klucz wywołujące w uczestnikach masowy atak biadolenia i rwania włosów z głowy.


Tymczasem kultura, również ta wysoka, cichutko kwitnie w mezaliansie z netowym piractwem. Niby wszyscy wiedzą o tym dziwnym związku, ale nikt głośno o nim nie mówi. Chcecie zgłębić współczesną filozofię? Poczytać nowości literackie niszowych polskich wydawnictw? Pożyczyliście koleżance starszy numer jakiegoś pisma, a teraz go potrzebujecie? Wszystko znajdziecie na chomikuj.pl, jeśli nie w formie czysto elektronicznej, to pieczołowicie zeskanowane i oczywiście powszechnie udostępnione. Lubicie operę a szczególnie Mozarta? A które wykonanie? – pyta Youtube. Naprawdę trudno wyobrazić sobie dzieło (może poza rejestracjami niektórych najnowszych polskich spektakli), które nie zostałoby spiratowane i wrzucone do sieci. Nie wiem, czy ktoś zbiera dane na temat korzystania z tych zasobów. Ale mogłoby się okazać, że deklarowany dziadowski udział w kulturze, na który wskazują dołujące statystyki teatrów i bibliotek, jest zupełnie inny niż powszechnie sądzimy.


Czy żyjemy zatem w kraju złodziei o wyrafinowanych gustach? Niezupełnie. Podejrzewam, że miażdżąca większość osób korzystających w ten niezbyt grzeczny sposób z kultury wysokiej wolałaby robić to legalnie. Problem w tym, że nie mają wyboru. Telewizje w walce o masowego widza serwują lodowo-gwiazdową sieczkę, ambitniejsze pozycje spychając na nieludzkie godziny lub, co częściej, nie emitując ich wcale. Dostęp do kablówek mają właściwie tylko mieszkańcy miast. Książki mają zaporowe ceny a biblioteki coraz mniej pieniędzy i wpływa to wyraźnie na ilość dostępnych bezpłatnie nowości. Wysoka kultura w konwencjonalnej formie jest albo droga, albo słabo dostępna, na pewno zaś nie odpowiada zupełnie temu, co wymusza tzw. „elastyczny rynek pracy”: ludzie pracujący we wszystkich porach dnia a często w nocy inaczej dysponują czasem i chcieliby go poświęcić na coś naprawdę wartościowego, nie są w stanie dostosować się do ustalonych z góry godzin spektakli lub emisji.


Można oczywiście grzmieć, że piracić jest bardzo nieładnie. Ale jest to czasem jedyna możliwa odpowiedź na wymuszoną przez wydawców, producentów czy instytucje sztywną formę udziału w kulturze. Świat poszedł do przodu, zmieniły się potrzeby, a możliwość legalnego i taniego skorzystania z żywej i aktualnej oferty kulturalnej online jest w Polsce nadal bardzo marginalna. Siłą rzeczy korzystamy z nielegalnych treści umieszczonych zwykle na zagranicznych stronach, a nie posiadając mocnych serwisów o międzynarodowym zasięgu znajdujemy się na obrzeżach globalnego rynku internetowego i nie mamy cienia szansy na prowadzenie samodzielnej polityki w tym względzie. Tymczasem koncerny zamiast pójść po rozum do głowy i zmienić sposób udostępniania treści na bardziej elastyczny, na przykład umożliwiający obejrzenie wybranego odcinka po zapłaceniu niewielkiego abonamentu, lobbują w USA na rzecz irracjonalnie restrykcyjnych rozwiązań prawnych jak PIPA czy SOPA, których główny koszt związany z inwigilacją i ściganiem drobnych użytkowników poniesie amerykański podatnik. Na szczęście wspólny protest globalnych potęg z Wikipedią i Googlem na czele sprawił kilka dni temu, że amerykańska administracja raczej na długo zapomni o podobnych pomysłach. 


Tymczasem rząd Donalda Tuska zamiast wprowadzać rozsądne rozwiązania, które od lat postuluje m.in. Fundacja Nowoczesna Polska (ta Jarosława Lipszyca, nie Janusza Palikota) zapowiada na 26 stycznia podpisanie kontrowersyjnej międzynarodowej umowy ACTA, przeciwko której protestuje już pół polskiego internetu. Pomijając niejasny i tradycyjnie nietransparentny tryb prac nad jej ratyfikacją, ACTA swoimi zapisami potencjalnie umożliwia monitorowanie i rejestrowanie danych użytkowników, odcięcie od internetu i wszczęcie procedury karnej nawet w przypadku pojedynczego podejrzenia o naruszenie praw autorskich. Co śmieszniejsze, podpisanie ACTA ma być popisową wisienką na torcie polskiej prezydencji w UE. Nie wiadomo, co wyniknie z prób ratowania sytuacji przez ministra Boniego, który nagle zapowiedział rozmowy ze stroną społeczną. Negocjacje mogą iść słabo po ataku zdesperowanych hakerów na sejmowe i rządowe strony, do którego przyznała się grupa Anonymous.

 

Cała sytuacja aresztowania Megauploadu i Megavideo jako żywo przypomina zamknięcie Napstera w 2001 roku i po sprzedaży przekształcenie go w legalny serwis sprzedaży plików muzycznych za niewielką opłatą. Część rynku muzycznego już wtedy uznała za oczywisty fakt, że nie da się wsadzić do więzień milionów drobnych wymieniaczy plików i lepiej zmienić politykę sprzedaży dostosowując ją do realnego zapotrzebowania. Teraz pozostaje nam czekać na podobne otrzeźwienie producentów filmowych i koncernów medialnych oraz lokalnie na racjonalną decyzję rządu odsuwającą podpisanie ACTA. Choć swoją drogą wsadzenie do ciupy połowy polskiej inteligencji miałoby swoje zabawne konsekwencje. Wyobrażacie sobie te rozmowy? „Za co pani siedzi? – Za House’a. A pani? – Ja za Bergmana”. 

 

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij