Hanna Gill-Piątek

Tusk to lewak, ale tylko na wybory

Jeśli pamiętacie propagandę PRL-u, to podmieńcie „komunizm” na „kapitalizm”, a „klasę robotniczą” na „przedsiębiorców”. Ten język ma odczarować kryzys, a przecież to właśnie on doprowadził do kryzysu.

Mieszkania na wynajem, koniec toksycznych śmieciówek, walka z bezrobociem, duże inwestycje w kolej i lepsza służba zdrowia. A do tego dwie wisienki na torcie: łatwiejsze rozliczanie PIT-ów i ulgi dla dużych rodzin. Czy to program nowej lewicowej partii, która nagle objawiła się na zabetonowanej polskiej scenie politycznej? Nie, to plany PO na rok wyborczy. A wyborów będziemy mieli niedługo dużo, cały maraton. Trzeba więc elektoratowi hojnie podsypać.

W końcu łatwo policzyć: jeden głos cwaniaka zatrudniającego „na dzieło” całą załogę jest niczym wobec pięćdziesięciu czy stu głosów pracowników z takiej firmy. To ludzie, którzy już w tej chwili coraz liczniej zaludniają kolejki do kas pomocy społecznej, bo płaca nie wystarcza im na podstawowe potrzeby. Nie stać ich na dzieci, kulturę, leki. Ci wyborcy nie mają ani ubezpieczeń, ani perspektyw na emerytury. I są wkurzeni. Już na poważnie.

Trzeba zatem wykonać nagły zwrot ku ludowi, który zaczyna szemrać, że wolałby Polskę brzozową, spiskową, komuchową, nawet o zgrozo tęczową, każdą – byle nie tę, w której aktualnie przyszło mu żyć i pracować.

A coraz częściej długo poszukiwać najbardziej psiej pracy, do której, jasna cholera, nie da się niczym dojechać w rozsądnym czasie i za rozsądną cenę.

Te obietnice to znak, że do cna zużył się pisowski straszak. Może jeszcze jakoś daje się tym truchłem sterroryzować sytą Warszawę, na co wskazuje wynik jesiennego referendum. Niemniej i tak jego wynik może ekipę Tuska niepokoić, a ogólnopolskie sondaże jeszcze bardziej. Można się kłócić z logiką, z liczbami trudniej.

Do sukcesu przestały wystarczać również symbole. Lud dość szybko zauważył, że do garnka stadionu nie włoży, a autostradą może sobie pojechać raz, rekreacyjnie, bo na codzienne korzystanie przy obecnych cenach benzyny stać naprawdę mało kogo. Igrzyska w postaci Euro 2012 w garści czy olimpiady w Krakowie na wierzbie także nie stanowią już dobrej motywacji. Skoro są na całym świecie, to my nie gorsi – i tyle. O igrzyska dba zresztą każda rozsądny rząd od dwóch tysięcy lat z górką, więc tu nie będzie żadnej różnicy.

Nad obcinanymi śmieciówkami zaraz zapłaczą nasi ulubieni przedsiębiorcy. Nie tylko duzi, bo małe rybki choć klepią biedę jak reszta społeczeństwa, to cierpią na syndrom sztokholmski. Rytualny lament odbędzie się na ekranach i stronach tygodników. W końcu to oni byli najbardziej roszczeniową i jednocześnie uprzywilejowaną grupą ostatnich dwóch kadencji, hojnie obdarzaną pomocą publiczną i licznymi ulgami. Grupą, której jedynym komunikatem dla państwa było „daj!”. Daj nam, innym odbierz. Obibokom, żulom, śmieciom z naszych kamienic, dziwkom zachodzącym na złość co chwila w ciążę i nazbyt uprzywilejowanym nauczycielom dzieci biedaków, których nie stać na prywatną szkołę – figa z makiem. Niech zdychają pod płotem albo przyjdą do nas, ugościmy. Damy im umowę o dzieło na zawijanie krówek od poniedziałku do piątku, z wyłączeniem świąt. Złotówka za kilogram.

Jeśli pamiętacie propagandę PRL-u, to podmieńcie „komunizm” na „kapitalizm”, a „klasę robotniczą” na „przedsiębiorców”. Zamiast „partia” wpiszcie „gospodarka”. I otrzymacie dokładny obraz języka, którym PO śpiewało zaklęcia nad strasznym globalnym kryzysem, który za moment przyjdzie i wszystkich nas tu pożre. Jednocześnie zupełnym przypadkiem był to ten sam język, który do owego kryzysu świat doprowadził. Oraz te same działania.

No ale przecież gdzieniegdzie coś się lokalnie udało. Niektórym samorządom z przewagą PO szło nawet dobrze. Tylko że i je pogrążą pikujące słupki, jeśli szybko nic się nie zmieni. Bo przeciążone samorządy stały się zakładnikami polityki centralnej, głuchej na potrzeby miast i aglomeracji, zajętej snami o zielonej wyspie, z której wszystkim suto skapuje. Że nie skapuje, widać gołym okiem. A za to oberwie się wszystkim pod szyldem PO, od gmin do Europarlamentu.

Czy wierzyć w lewoskręt Tuska? Nie wiem. Bo jeśli obietnice o budownictwie pod wynajem mają wyglądać jak program „Mieszkanie dla młodych”, to możemy spodziewać się spinu, który nabije kabzę jedynie deweloperom. W walkę ze śmieciówkami uwierzę, jak zobaczę efekty. Na razie widzę likwidację ośmiogodzinnego dnia pracy. Inwestycje w kolej też mogą być różnorakie, po zmodernizowanych liniach mogą pojechać lokalne połączenia wiozące dzieci do szkoły albo drogie Pendolino wzmacniające wyłącznie duże miasta i duże biznesy.

O ile lustrem rządów PiSu była niezadowolona klasa średnia i jej prekarne okolice, które w końcu wybrały ciepłą wodę zamiast lustracji, o tyle rewersem PO jest gniew, który wylewa się na ulice 11 listopada. Dziki, nieokiełznany, niszczący. Podpalający drzwi imigrantom, bezlitosny dla słabszych. Jeszcze jedno jest mu jeszcze potrzebne, milczące poparcie reszty społeczeństwa. To poparcie powoli narasta i nie wiem, czy uda się je zakleić rzucanymi ludowi na ostatnią chwilę obietnicami. Bo – jak pisze Jacek Bocheński– „okropnego stanu rzeczy kurwa nie można już wytrzymać, trzeba wszystko kurwa rozpieprzyć, przy czym słowo kurwa jest bardzo ważne, w istocie kluczowe”.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij