Hanna Gill-Piątek

Szkoła zadaje, uczą rodzice

Niech każdy rodzic liczy, ile godzin miesięcznie pracował w zastępstwie nauczyciela, a następnie uda się z rachunkiem do ratusza czy urzędu gminy.

„Syn bardzo dobrze się uczy, ale ma sześć jedynek za nieodrobione prace domowe”. „Państwa dzieci muszą poważnie traktować naukę i przyswajać zadany materiał”. „Przecież Państwo mówią po angielsku, pomożecie córce”. Rodzice, znacie to? Bardzo dobrze, prawda?

Ledwo pociecha przybiega ze szkoły, teoretycznie bezpłatnej i publicznej, już powinna włożyć nos w książki, żeby mieć jakiekolwiek szanse uczestniczyć w lekcjach następnego dnia. Jak wyglądają te lekcje? 7 minut na sprawdzenie kilometrowej listy obecności, bo choć klasy przepełnione, lepiej likwidować szkoły, niż zapewnić dzieciom jaki taki komfort. Potem 15 minut sprawdzania prac domowych, czy każdy ma, odpytanie z zadanego materiału lub kartkówka. Czas na naukę. Dziś będzie o wyprawach krzyżowych. „Otwórzcie książki na stronie 127, zaznaczcie rozdział IX do przeczytania i ćwiczenia nr…”. Dzwonek. Koniec. Większość materiału, który miał być zrobiony w klasie, została zadana do domu.

Wiele lat zastanawiałam się, jakim cudem dzieje się tak, że niby dziecko chodzi do publicznej szkoły, a jednak uczyć ma się głównie poza nią. W szkołach społecznych, z którymi też mam doświadczenia, bywały zadawane prace domowe. Zajmowały maksymalnie godzinę dziennie. Nigdy nie dawano do nauczenia w domu nowego materiału, bo był na bieżąco omawiany na lekcjach. Tu i tu 45 minut, a jaka różnica. Prawdziwy cud.

Tak, przyznaję się do porażki. Wbrew ostrzeżeniom starałam się zawsze posyłać dziecko do szkół publicznych, bo uważam, że nie po to walczyły pokolenia lewaków, żeby z powszechnej i bezpłatnej oświaty teraz nie korzystać.

Jestem też przeciwna segregacji, zwłaszcza segregacji ekonomicznej. I prawie zawsze, z jednym wyjątkiem, rozbijaliśmy sobie nos o te moje ideały. W końcu powiedziałam dość, kiedy eksperyment z publicznym łódzkim liceum zakończył się horrorem i wizytami w poradni psychologicznej. Chętnych ostrzegę korespondencyjnie.

Bezpłatna oświata obecnie oznacza w Polsce to, że rodzice świadczą nieodpłatną pracę na rzecz edukacji swoich latorośli. Najczęściej w godzinach, w których mogliby na przykład iść z nimi na basen lub po prostu cieszyć się świętym spokojem. O 22.00 siadasz z dzieciakiem do powtarzania wkutego wcześniej renesansu, bo jutro klasówka. I nikogo to nie dziwi, bo tak się utrwaliło. Chcesz mieć dzieci, cierp i doucz się pierwiastków.

Masz szczęście, jeśli twoje dziecko jest bystre i hakuje system, odrabiając lekcje na przerwach tuż przed wejściem do klasy. Zdąży, bo jest to praca kolektywna. Odrabia w domu jeden, spisują wszyscy. Jutro odrobi drugi i w ten sposób można nieco się odciążyć. Ale czasem materiał jest trudniejszy i wymaga wytłumaczenia. Z braku nauczyciela, który jest już tylko od zadawania, ślęczą nad nim rodzice.

Haczyk tkwi w tym, że nie każdy rodzic ma czas i kompetencje, żeby taką pracę na rzecz szkoły świadczyć.

Specjalnie piszę „na rzecz szkoły”, nie dzieci, bo obowiązek uczenia spoczywa właśnie na szkole. Być może niektórzy będą zaskoczeni takim rewolucyjnym postulatem. Ja nie jestem. I protestuję przeciwko cichej prywatyzacji szkolnictwa, polegającej na przerzucaniu przez szkołę publiczną obowiązków edukacyjnych na dom i rodziców.

„Zrezygnujmy z prac domowych” – proponuje Piotr Wesołowicz na łamach NaTemat.pl, motywując pomysł przeciążeniem dzieci. Podpisałabym się obiema rękami pod tym apelem, mając nadzieję, że wtedy szkoły zaczną uczyć, a nie tylko zadawać. Ale nie mam nadziei. Po prostu poziom wiedzy drastycznie by się obniżył, a i tak szybko stworzyłoby się coś na kształt szarej strefy douczania po godzinach. Żaden samorządowy budżet nie wytrzyma tylu dodatkowych godzin, ile trzeba by oddać szkołom, żeby faktycznie wypełniały swoje zadanie: uczyły. To te same godziny, za które nam, rodzicom, nikt nigdy nie zapłaci.

A może przyszedł czas, żeby o tę zapłatę się upomnieć. Niech każdy rodzic liczy, ile godzin miesięcznie pracował w zastępstwie nauczyciela, a następnie uda się z rachunkiem do ratusza czy urzędu gminy. Jestem ciekawa, co by się stało, gdyby takich rachunków nagle wpłynęły setki tysięcy. Dodatkowo każdy rodzic, który nie może pomagać dzieciom w lekcjach i przez to dziecko otrzymuje gorsze oceny, powinien starać się o odszkodowanie za jego nierówne szanse. Oj, działoby się.

A teraz poważnie. Jeśli jacyś nauczyciele poczuli się urażeni tym tekstem, przepraszam, nie było to moją intencją. Wiem, że wasza praca to istna orka na ugorze, a obecny system szkolny niszczy każdego, kto nie jest zimnym biurokratą, umiejącym racjonować uczniom wiedzę tak samo, jak państwo racjonuje mu wynagrodzenie i zaufanie. Czyli w jak najmniejszym stopniu. Nie chcę obrazić też samorządowców, dostajecie po prostu za mało pieniędzy na to, żeby utrzymać oświatę na przyzwoitym poziomie. Oskarżam za to państwo, które w ciągu ostatniego ćwierćwiecza zrobiło z polskiej szkoły jej opresyjną atrapę. Czas powiedzieć: król jest nagi.

Za to wszystko oprócz rodziców płacą dzieci: przeciążeniem, stresem, ciągłą konkurencją, niedowartościowaniem z powodu zbyt dużych wymagań. Z pięciu milionów polskich uczniów milion ma poważne problemy o podłożu depresyjnym. Codziennie jeden z nich popełnia samobójstwo. Naprawdę nie trzeba Philipa Zimbardo, żeby stwierdzić, że coś tu bardzo źle działa.

Rząd dba o zbrojenia, Euro, Expo i inne igrzyska. Na to znajduje miliardy od ręki. Nasze dzieci nie są warte dla ekipy Donalda Tuska choćby chwili twórczego namysłu, o zwiększeniu subwencji oświatowej nie mówiąc. My, rodzice, zostaliśmy zostawieni sami sobie. Uczymy, wychowujemy, ślęczymy nad zadaniami. Do szkoły publicznej posyłamy z lękiem.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij