Hanna Gill-Piątek

Obyczajówka, którą z nas robicie

Etykietki „obyczajówki” lubią przylepiać nam ci, którzy chcą się nami instrumentalnie posłużyć, ale niekoniecznie dowiedzieć, co tak naprawdę robimy.

Przepraszam, że dawno mnie nie było, ale listopad był dla nas w Łodzi pracowity. Oprócz zwykłych działań świetlicy na Piotrkowskiej 101 trwały przygotowania do wydania naszej pierwszej książki Rewolucja 1905. Przewodnik Krytyki Politycznej. Marzyliśmy o niej długo, pisaliśmy wspólnymi siłami chyba ze trzy lata. Szukaliśmy środków. Redagowaliśmy, składaliśmy, kłóciliśmy się zawzięcie nad szczegółami. A teraz radość, bo jest.

Po co zawracam Państwu głowę sprawami prowincjonalnego klubu KP mającego ambicję przywrócenia światu kawałka historii? I to – powiedzmy od razu – historii nader patriotycznej, krwawej, politycznej, a przede wszystkim polskiej? Takiej, o której komiks sfinansowałby chętnie IPN, gdyby nie była taka lewicowa? Ano dlatego, że ledwo podniosłam głowę znad korekty składu, już Stefan Chwin jak na zamówienie pospieszył mi przypomnieć, że inteligencja lewicowa w Polsce zajmuje się wyłącznie gnaniem na Parady Równości (pewnie z piórami w gołym zadku), by pokazać środkowy palec przechodniom. Inteligencja ta razem z feministkami za jedyną ambicję stawia sobie „manifestowanie lekceważenia wobec milczącej większości”, która ten palec niby to ogląda. Nic dziwnego – grzmi Chwin – że „większość kobiet w Polsce wolałaby, żeby ich dziecko było faszystą niż ‹‹pedałem››”. Naprawdę nic dodać, nic ująć.

Nie wiem, jaką lewicę oglądał Stefan Chwin, bo że nie widział ani jednej Parady Równości, jestem w stanie przysiąc. Prawdopodobnie oceniał wyłącznie swoje własne fantazmaty, zarówno o jednym, jak i drugim. Problem w tym, że są to fantazmaty silne zakorzenione, nie tylko u osób światopoglądowo nam dalekich. Echa zarzutów, że obecnie lewicowa inteligencja, oczywiście z Krytyką Polityczną na czele, nie zajmuje się lub zajmuje za mało sprawami socjalnymi, że abdykuje w walce o pojęcia narodu i patriotyzmu, znalazłam w tekstach Andrzeja Walickiego i Karola Modzelewskiego.

Wojciech Orliński dla odmiany niedawno rozpaczał, że lewicowe środowiska w Polsce nic a nic nie zajmują się ekonomią. Mają za to według autora parę innych ważniejszych tematów. „Teatr awangardowy, kultura afrykańska, kuchnia wegańska, transseksualizm, lud smoleński – wystarczy się zamachnąć zdechłym szczurem na placu Zbawiciela, żeby trafić w losowego lewicowego działacza NGO’sa, który będzie mógł na te tematy perorować długo i namiętnie. Zapytajcie go o gospodarkę, odleci w bełkot o posttowarowych komunach poliamorycznych”.

To tylko pierwsze z brzegu przykłady, które można by mnożyć. Gdyby jeszcze brać pod uwagę opinie stada kąsających nas po piętach internetowych komentatorów z lewej i prawej, nie pozostałoby nic innego, jak uwewnętrznić ten krzywy obraz i udać się po pióra celem zatknięcia ich wiadomo gdzie. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy może nie nadajemy złych tytułów naszym książkom czy spotkaniom. Bo przecież taka Tyrania wyboru Renaty Salecl może brzmieć dla niektórych jak poliamoryczne 50 twarzy Greya. Niechybnie zaś 10 mitów kryzysu to epos o rozterkach komuny gejowskiej. A tytuł wykładu profesor Moniki Płatek Dlaczego odbieramy wolność? – czy nie kojarzy się Państwu jednoznacznie z pluszowymi kajdankami?

Zaczęłam liczyć, jaki procent naszych działań poświęcamy poszczególnym dziedzinom, jak kultura, polityka, ekonomia, tematy pracownicze i socjalne, historia, równouprawnienie, działania miejskie czy prawa osób LGBTQ. I dla tych ostatnich nie wyszło to najlepiej. Skąd więc tak mocne sklejanie nas z ordynarnie nazywaną „obyczajówką”?

Odpowiedzi udzielił mi Michał, który fascynuje się rewolucją 1905 i regularnie prowadzi bloga na jej temat. Po pracy właściwie cały czas spędza z nosem w archiwach i starych książkach, wyłuskując ciekawsze fragmenty o bojowcach z tamtych czasów, którzy na barykady szli śpiewając Boże, coś Polskę, a zaraz potem Czerwony sztandar. I nic się im to nie kłóciło. Nos Michała powinien być od tych archiwów zakurzony, ale nie, przeciwnie, jest starannie przypudrowany i pasuje do ślicznego makijażu, jaki autor bloga robi sobie codziennie rano. Cienie do oczu dobiera pod kolor spódnicy i rajstop, które zakłada do gustownych botków na obcasie. Tak ubiera się do pracy, chodzi po łódzkiej ulicy. Tylko na manifestacje pracownicze, jak na ostatnie Dni Protestu, Michał przebiera się za chłopaka. Żeby nie wprowadzać zamętu poznawczego – sam mówi.

Michał założył ostatnio drugiego bloga, crossdresserskiego. I śledzi statystyki obydwu stron. I co? Dziesięć wpisów na blogu o facecie, który chodzi w sukienkach, przebiło błyskawicznie rok mozolnego ślęczenia nad stroną o tematyce pracowniczej i socjalnej. Nie to, żeby się nie cieszył, ale fakt jest faktem: to atrakcyjność dla odbiorcy kreuje twój wizerunek.

Można stawać na głowie, robić nie wiem co, wydawać książki i pierwszomajówki, zbierać podpisy, urządzać protesty. I tak koniec końców jakiś Chwin zredukuje cię do kiecki, którą nosisz. Facet w spódnicy jest tak mocnym komunikatem, że nie mieści się w nim już nic innego. Na przykład to, że osoba transgenderowa może mieć szerokie kompetencje w innych dziedzinach.

Podobne doświadczenie ma zapewne Asia Erbel, która udzielając „Newsweekowi” wywiadu o poliamorii, stała się z dnia na dzień obiektem ogromnego zainteresowania, na które nigdy nie zapracowałaby sobie codzienną harówką, walcząc o prawa lokatorskie czy obniżkę cen warszawskich biletów.

Jest jasne, że w obszarze zainteresowań lewicy leżą szeroko pojęte prawa człowieka. Dlatego wspieraliśmy i będziemy wspierać równouprawnienie osób LGBTQ, tak samo jak bronić ośmiogodzinnego dnia pracy czy dobrej publicznej edukacji. Tego nigdy nie zaprzestaniemy, choć są niewielkie środowiska odrzucające ten temat ze strachu o własny wizerunek. Nie jest również niczym dziwnym, że oprócz osób biegłych w polityce czy ekonomii skupiają się wokół nas ekspertki studiów genderowych czy specjaliści od tak ekscytujących dziedzin jak porn studies.

Na swój obraz, jak się niejednokrotnie przekonaliśmy, mamy niewielki wpływ. Etykietki „obyczajówki” lubią przylepiać nam ci, którzy chcą się nami instrumentalnie posłużyć, ale niekoniecznie dowiedzieć, co tak naprawdę robimy. Tak to wygląda z perspektywy peryferyjnej Łodzi, dokąd zdechły szczur rzucony na placu Zbawiciela nigdy nie doleci.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij