Hanna Gill-Piątek

Grube tyłki, przegryzione gardła

Przyznam, że mnie zatkało.

Przyznam, że mnie zatkało. Widziałam różne rzeczy, którymi ludzie za grubą kasę zaśmiecają przestrzeń publiczną, tylko po to, żeby poinformować innych ludzi o jakichś niezwykle interesujących treściach. Choćby szmatę zakrywającą piękną poznańską kamienicę, na której zdjęcie kolosalnego Hitlera sąsiadowało z rozszarpanymi płodami. Albo ostatni wyczyn łódzkiej Manufaktury, powstałej w dawnych budynkach fabryki Izraela Poznańskiego: "Rozgrabić kolekcje. Kryształowa noc zakupów". Kilka podobnie głębokich przekazów nawet udało mi się w życiu stworzyć, jak plakaty z pingwinem robiącym sobie przerwę na zjedzenie batonika wyprodukowanego przez dość paskudną korporację. Pracowałam przez kilka lat w reklamie i dzięki doświadczeniom po ciemnej stronie mocy wiem, jak powstaje typowa kampania. Zapewniam, nie ma to nic wspólnego z szacunkiem dla inteligencji odbiorcy. Myślałam, że jestem impregnowana na schamienie, bezczelność i kłamstwo. Aż do dzisiaj.

Stoję przed billboardem, na którym dwa pokracznie grube rysunkowe tyłki – większy i mniejszy – wypinają się w moją stronę malinową czerwienią gaci w białe kropki. Do tych tyłków przytwierdzone są ludzkie ciała rodzaju żeńskiego: jedno należy do kobiety, drugie do dziewczynki. Widać wysiłek autora, żeby ich tuszę uczynić jak najbardziej odrażającą i obleśną. Chyba był zadowolony z efektu, skoro podpisał się na plakacie: A. Pągowski. Na plecach postaci umieszczono headline-rebusik "Ja Ty jemy" ("Ty jemy" innym kolorem, żeby czytało się "tyjemy"), a pod spodem drugie hasło: "Jakie matki takie dziatki", bez przecinka. "Fundacja BOŚ rozpoczyna ogólnopolską kampanię społeczną na temat otyłości Polaków" – czytamy na stronie internetowej, do której prowadzi adres na billboardzie. Polaków. A na rysunku Polki. Matki i dziatki.

Szukam na stronie wytłumaczenia. Nie znajduję. Są określenia ogólne: "dorośli", "rodzice". Ale nic na temat tego, że to kobiety są winne otyłości dzieci. Jakby autorzy kampanii milcząco przyjęli, że terytorium lodówki, kuchni i stołu niepodzielnie należy do pań. I to one właśnie szkodzą swoim dzieciom, przekazując im złe żywieniowe nawyki. Pewnie robią to specjalnie, w związku z tym należy je natychmiast wpędzić w kompleksy i poczucie winy, żeby nie truły przyszłych pokoleń. Same też skorzystają, prawda? Wcisną się w anorektyczny kanon piękna w rozmiarze 36. Będą perfekcyjnymi paniami domu karmiącymi rodzinę selerem naciowym maczanym w ekoserku light.

Problem w tym, że seler naciowy czy produkty eko nie są szczególnie tanie. A od wielu lat w badaniach preferencji polskich konsumentów najważniejszym wskaźnikiem w wyborze produktów żywnościowych jest cena. Nie jakość, nie wartości zdrowotne. Tylko to, czy da się je kupić za skromny budżet, jakim dysponuje większość polskich rodzin. Tymi pieniędzmi zwykle zarządzają kobiety, stając na głowie, żeby na wszystko starczyło. W jednej czwartej gospodarstw domowych w naszym kraju budżetu i tak nie udaje się dopiąć.

Jak się robi tanią żywność, chyba nie muszę pisać. Kiedy byłam mała, jedzenia było za mało i stało się po nie w kolejkach. Ale zwykle było to prawdziwe jedzenie, bez polepszaczy, wypełniaczy i różnych innych niespodzianek. Teraz z kilograma mięsa da się po nastrzyknięciu chemikaliami i roztworem białka sojowego uzyskać 2,7 kg wędliny o nazwie "domowa", a jeśli na opakowaniu goudy nie jest wyraźnie napisane "ser", można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że w większości składa się z oleju palmowego, który lubi korkować tętnice. W obu produktach nie ma żadnej gwarancji, że nie zawierają na przykład soli przemysłowej, bo przy radosnym demontażu naszego ponoć niepotrzebnego państwa zdemolowaliśmy skuteczność służb zajmujących się kontrolą żywności.

Kilka lat temu dowiedziałam się w rozmowie od szefa pewnej warszawskiej fundacji promującej zdrowie, że w latach 90. z prośbą o umieszczenie loga na produktach przyszły do niego korporacje produkujące dosmaczaną margarynę w ładnych opakowaniach, a z drugiej strony o to samo poprosili rodzimi producenci masła. Korporacje zapłaciły więcej i fundacja wspierała wiele lat ich kampanie. Równolegle na zachodzie Europy zaczęło się dużo mówić o tłuszczach trans, występujących głównie w utwardzonych tłuszczach roślinnych, czyli margarynach. Bo żeby olej roślinny, z natury nie zawierający cholesterolu, dał się smarować na kanapce, trzeba przez niego najpierw przepuścić wodór i utwardzić. Kiedy było już wiadomo, że szkodzą sercu, podbijając, a nie obniżając poziom cholesterolu, że podwajają ryzyko zachorowania na raka piersi, że sprzyjają otyłości, w polski rynek wpompowano tysiące ton margaryny w kolorowych kubeczkach opatrzonych "niezależnym" zapewnieniem, że doskonale służą zdrowiu.

Zanim zatem zaczniemy słuszną kampanię odchudzającą polskie społeczeństwo, może zastanówmy się, czemu jest ono chore i tłuste. Łatwo na oślep przywalać kobietom, na które i tak spada większość codziennych zmartwień i obowiązków, łatwo niszczyć resztki ich godności sugestiami, że są obleśne i grube. Zresztą wpisuje się to w szerszy trend, który ostatnio przetacza się przez media: szczucie opinii publicznej na poszczególne grupy, które jakoby są czemuś winne lub mają niezasłużenie lepiej. Emeryci żyją za długo i zabierają miejsca pracy młodym. Młodzi nie chcą iść do łopaty, tylko wybierają niepotrzebne humanistyczne studia. Nauczyciele lenią się i biorą kasę za nic. Etatowcy mają urlopy, a z jakiej racji, skoro druga połowa pracujących orze na śmieciówkach podpisywanych z bezpłatną przerwą na święta. Twórcy żerują na budżecie, płacąc połowę podatku. Kobiety (znów one) są złe, bo nie rodzą, a jak już urodzą, to rozjeżdżają nas bezczelnie wózkami. Rencistów jest podejrzanie za dużo, zapewne połowie się nie należy. Bezrobotni i ubodzy są winni wszystkim pozostałym plagom, w tym też rozmiarowi długu publicznego, drogiej benzynie i słabym wynikom polskich piłkarzy.

W tym amoku rzucania się sobie do gardeł rzadko kto widzi, że z jakiegoś powodu prawie wszyscy mamy mniej i gorzej niż kilka lat temu. Jakbyśmy stali na topniejącej krze, na której jest coraz mniej miejsca. Może stąd intuicyjne poczucie twórców kampanii "Jakie matki takie dziatki", że z grubym tyłkiem niewielu się tu zmieści. Nikt natomiast nie zadaje prostych pytań o powody. Dlaczego zarabiamy tyle, że stać nas tylko na podróbki jedzenia? Czemu pewne tyłki, te naprawdę grube i wygrzane na siedzeniach meleksów na golfowych polach, mają prawo sprowadzać nas do poziomu stada psów walczącego o kurczące się zasoby? Oraz: jak to możliwe, że jest tak źle, a my ciągle w wyborach stawiamy krzyżyki przy tych samych nazwiskach? Nie wiem. Ale mam świetne hasło dla Donalda Tuska na następną kampanię: "Nie stać was na zdrowy chleb – żryjcie stadiony".

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Zamknij