Hanna Gill-Piątek

Brand New Wall

Mam poczucie, że samo pisanie tych słów jest niewiarygodnym obciachem i stanie się co najwyżej pożywką dla cynicznych wesołków.

Oglądałam ostatnio na TVP Kultura koncert „The Wall” z Berlina. Musiało minąć prawie ćwierć wieku, żebym zrozumiała ironię, jaką niechcący zakodowano w rozbuchanej scenografii. Zawsze kluczowe wydawało mi się zburzenie kolosalnego muru, który na żywo powstawał na scenie i miał symbolizować ten prawdziwy, który właśnie runął. Teraz czułam, że stokrotnie ważniejsze było jego budowanie.

Kiedy mur berliński przestał istnieć, świętowaliśmy, nie czując zagrożenia. To, co z nadejściem kapitalizmu wyrosło między nami, jest jego zwielokrotnionym powtórzeniem. Mury obcości dzielą nas, konsumujące atomy, każą konkurować, skakać sobie do gardeł, powiększać różnice między nami.

Najdotkliwszym doświadczeniem lat, które nazywamy wolnością, jest dla mnie samotność. Nie można jej przewalczyć, można ją wyłącznie dzielić. Porozumienie możliwe jest tylko w głębokiej osobistej relacji, kiedy ostrożnie wyjmujemy u dołu kilka cegiełek, by spotkać się na chwilę i przekonać o równie dotkliwej samotności innej osoby. To leczy, ale zawsze ma ograniczony wymiar, z monady tworzy samowystarczalną molekułę, która nigdy nie stanie się zarzewiem większej zmiany. Jeśli istnieje „możliwość wyspy”, to jest ona terytorialnie ograniczona i skazana na taką samą izolację, jaka dotyczy nas samych.

Epidemią czasów, w których przyszło mi żyć, stała się nieuleczalna nieufność. Zarówno w stosunku do innych, jak i do siebie. To przez nią wiara w idee stała się dziwką politycznych czy religijnych sklepikarzy i jest już niedostępna powszechnemu doświadczeniu. Nieufność jest źródłem głębokiego wstydu przed jakimkolwiek zaangażowaniem, przed pełnym stanięciem za czymś, co uważamy za słuszne.

To ona rodzi we mnie poczucie, że samo pisanie tych słów jest niewiarygodnym obciachem i stanie się co najwyżej pożywką dla cynicznych wesołków kpiących z czyjegoś publicznego odsłonięcia. Być może powinnam wtedy czuć satysfakcję, bo nauczyłam się, że wrogość stała się językiem bliskości, często jedynym dostępnym sposobem na okazanie tego, że nie jesteśmy sobie obojętni.

Ta sama nieufność zakazuje mi dostrzec fakt, że jeszcze bardzo niedawno potrafiliśmy wierzyć sobie i wywalczyć coś wspólnymi siłami. Nastrój konspiracji i cicho wymawianego słowa na „S”, niosącego nadzieję i zarazem lęk przed represjami, był głównym doświadczeniem mojego dzieciństwa. Kiedy czytam o historii polskich ruchów robotniczych na początku XX wieku, widzę, że bez podobnego zaufania niemożliwe byłoby zorganizowanie nawet jednej komórki w fabryce, a co dopiero masowego protestu wyprowadzającego pół miasta na barykady z żądaniami konkretnych praw.

Dziś, choćbyśmy codziennie stali w parku Zuccotti, codziennie oburzeni wychodzili na ulice Madrytu czy Warszawy, to swojego bezkształtnego gniewu nie jesteśmy w stanie przekuć w postulaty. Bo to wymaga deklaracji, a ta – wspólnej wiary. Pierwsze słowa Naomi Klein do okupujących Wall Street, którzy powtarzają je stojącym dalej, jak w głuchym telefonie, to „I love you”.

To ładny gest, ale wolałabym „I trust in you”. Kochaliśmy się już w 1968 i widać, co z tego wyszło.

Kiedy pojedyncza iskra nie zapala więcej niż to, co leży w jej bezpośrednim sąsiedztwie, praca organiczna staje się niemożliwa. Żadne oddolne zaangażowanie nie staje się początkiem szerszej zmiany. Jeśli nawet zostaje na chwilę zawieszona granica, która chroni nas przed otwarciem na siebie, zaraz za nią stoi następna, która przez wstyd nie pozwala przekazać nic dalej. Sami stajemy się ścianą, przez którą nic nie przenika.

Obelgą, która zrobiła w ciągu ostatnich lat wielką karierę, jest posądzenie kogoś o posiadanie poglądów. Praca u podstaw stała się izolatką, sposobem na kanalizowanie nadmiernych ambicji chcących zmieniać świat jednostek. W podzielonym ścianami społeczeństwie jest wentylem tak bezpiecznym, że można ją bez obaw dotować, zyskując przy tym tanią obsługę w dziedzinach, w których administracja staje się niewydolna. Wszystkich nas zachęca się do poprawy świata, pod warunkiem, że nie będziemy pytać, skąd biorą się na nim te biedne dzieci, którym tak ochoczo pomagamy. Nie daj bóg przez jakąś systemową zmianę mogłoby ich ubyć i nie byłoby czym zająć nadaktywnych.

Tymczasem nawet mówiąc „my”, nie mam pewności, jak daleko sięga podobieństwo doświadczenia, o którym staram się napisać. Sporo moich przyjaciół jest doskonale zaspokojona obecnym stanem rzeczy, zadowalając się w miarę wygodnym umoszczeniem się swojej celi i wyposażeniem jej w internet. Sama odnajduję komfort w moich ścianach, w których przy odrobinie konformizmu jestem w stanie bezpiecznie podróżować przez czas, praktykując codzienny kliktywizm.

Chyba że otworzę okno w piątek po południu. Wtedy narodowo pokrzykując, podążają na miejsce zbiórki ci, którzy ze swoich ścian chcą z powrotem zbudować jeden wielki mur. Że znajdę się za nim, mam już zapowiedziane.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać