Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Kociokwik „silniczków”. Armia żywych botów próbuje zakrzyczeć rzeczywistość

Jest gorzej niż za PIS-u – mówią dziewczyny z Aborcyjnego Dream Teamu. Jest gorzej – przyznają aktywiści spod białoruskiej granicy. Kibolska frakcja zwolenników Koalicji Obywatelskiej ruszyła więc do boju.

Gniew

1

Jednym z najtragiczniejszych skutków burdy o Trybunał Konstytucyjny jest fakt, że z dnia na dzień spotęgowała najgorsze aspekty polskiej polityki. Od 30 października debata publiczna jeszcze wyraźniej skręca w pozbawiony treści spór między dwiema frakcjami postsolidarnościowej prawicy. Coraz mniej znaczenia mają fakty, programy i jakakolwiek merytoryka, a wszystko z jeszcze większą mocą sprowadza się do kombatanckich rozliczeń zwalczających się wzajemnie obozów.

Ta czarna dziura pochłania polityków i komentatorów, którzy jeszcze niedawno resztkami sił bronili się przed dołączeniem do manichejskiego konfliktu, ale tym razem musieli jasno opowiedzieć się po jednej ze stron, bo ta druga już naprawdę przekroczyła wszelkie granice. Już widać, że nadchodząca (a w zasadzie właśnie rozpoczęta) kampania wyborcza w jeszcze mniejszym stopniu będzie dotyczyć problemów zwykłych ludzi, za to zbliży nas do dwupartyjnego systemu na wzór amerykański.

Tym samym każdy, kto dostrzega przewiny zarówno PiS, jak i KO, i wciąż nie uważa żadnej z tych prawicowych sił za godną poparcia, tym bardziej zostanie posądzony o sprzyjanie jednej z nich. Symetryzowanie na linii PO-PiS jest dzisiaj jeszcze większym afrontem, niż było tydzień temu. Dlatego partii Razem zarzuca się zarówno to, że rzekomo opowiedziała się po stronie prezydenta Nawrockiego, bo nie zbojkotowała sobotniego spotkania z nim, jak i to, że sprzyja Tuskowi, bo w piątkowy wieczór nie krzyczała wraz z Kaczyńskim, Braunem i Bosakiem o zamachu stanu.

Czytaj także Pomarańczowa fala zatrzymana? W Brazylii Lula wygrywa z Bolsonaro Oksana Polańska

Ilekroć budzi się we mnie wilk pragnący odnieść się do jakiegoś masowego wzburzenia na polskim politycznym Twitterze (mam zamiar używać tego martwego imienia, dopóki nie będzie to groziło więzieniem), natychmiast próbuje go powstrzymać drugi wilk. Mówi po pierwsze, że Twitter to platforma pełna botów, a po drugie, że nawet gdyby założyć faktycznie istnienie ludzi biorących udział w danej politycznej awanturze, to ona sama zapewne nie ma przełożenia na rzeczywistość. Inba na Twitterze will not be televised, chciałoby się powiedzieć.

Tyle że dopiero co Luiz Inácio Lula da Silva w ostatniej chwili odwrócił losy prezydenckiej kampanii wyborczej w Brazylii, a niebagatelną rolę w tym wyborczym cudzie odegrała grupa na Whatsappie. To tam gromadzili się i mobilizowali najbardziej oddani i w tym oddaniu zdyscyplinowani wyborcy urzędującego prezydenta, by na ostatniej prostej, tuż przed drugą turą, jako „armia Luli” stać się wiralem i przechylić szalę zwycięstwa na korzyść swojego kandydata. A przecież Lula nie tylko nie wygrał pierwszej tury, ale do tego jeszcze elektoraty kandydatów, którzy w niej odpadli, wydawały się na tyle bliskie jego rywalowi, że ostateczne zwycięstwo Flávia Bolsonaro jawiło się jako nieuniknione, bo to na niego owe elektoraty przerzucić miały swoje poparcie.

W polskiej polityce jest tylko jeden fenomen jakkolwiek zbliżony do „armii Luli”, a są nim (nie)sławni Silni Razem, najbardziej fanatyczna grupa partyjnych kiboli Koalicji Obywatelskiej, od lat bytująca na Twitterze, prawdopodobnie najgorszej z platform (anty)społecznościowych. Siedzą tam sobie niczym żuczki pod kamieniem, zupełnie niewidoczne dla kogoś, kto nigdy tam nie zagląda.

Nieformalnym przywódcą grupy i jej prawdziwym spoiwem jest Roman Giertych. Dowodzenie liczną i zdyscyplinowaną armią internautów zdaje się stanowić cenny zasób polityczny Giertycha, przynajmniej w oczach Tuska. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę pozycję byłego już (podobno) nacjonalisty i eurosceptyka w obecnej koalicji, a potem zestawi się ją z faktem, że przez bardziej umiarkowanych, liberalnych czy niezdecydowanych wyborców, takich, którzy nie marnują życia na Twitterze, postrzegany on jest raczej jako balast. Można więc sądzić, że premier uważa demokratycznego Romana za rodzaj twitterowego trybuna ludowego, zaklinacza użytkowników uzależnionych od dopaminy, którzy zatańczą do każdej melodii, jaką odegra im wodzirej. Zwykle nawet nie musi już grać, bo przekaz partii-matki spływający z góry, niczym w ekonomii skapywania, bywa wystarczający sam w sobie.

Na pierwszy rzut oka Giertych nie przydał się koalicji do niczego. Tusk, który najpierw obiecał, że nie wystawi do wyborów żadnego przeciwnika prawa do aborcji, a potem wziął na listę byłego ministra edukacji, ryzykował utratę wiarygodności, którą jakimś cudem miał w kampanii wyborczej. Co bardziej progresywne ośrodki i liderzy opinii krytykowały wówczas dość głośno wyciąganie Giertycha z naftaliny, jednak Tusk uparł się i argumentował, że warto, a poza tym Giertych tak zdenerwuje Kaczora Dyktatora w okręgu świętokrzyskim, że ho ho, jeszcze wszystkim kapcie pospadają.

Jedyne, co z tego wyszło, to żałosna przepychanka na mównicy sejmowej, w której Giertych z jakiegoś powodu bełkotał, że jest wujkiem Kaczyńskiego. Poza tym pan mecenas albo przykleja się do najdziwniejszych i wizerunkowo ryzykownych akcji związanych z Koalicją Obywatelską, albo wręcz sam staje się ich zarzewiem. Jak nie upiera się o ponowne przeliczenie głosów w wyborach prezydenckich, podważając przy okazji funkcjonowanie państwa polskiego (co przy udziale Silnych Razem przypominało wirtualną polską wersję rajdu trumpistów na Kapitol), to zostaje obrońcą Krala z Zondacrypto, gdzie jego rola o dziwo polega na tym, by do spółki z prokuraturą nakłonić swojego klienta do mówienia, co z kolei każe porzucić jakiekolwiek mrzonki o niezawisłości polskiego aparatu sprawiedliwości.

Czytaj także Donald Tusk stał się politycznym zakładnikiem Romana Giertycha Galopujący Major

Jak Kanał Zero z Wirtualną Polską akurat nie wygrzebują Giertychowi powiązań z Rosją i rajami podatkowi, to jakieś inne media publikują badania opinii, z których wynika, że Giertycha w polityce nie chce nikt poza jego twitterowymi krzykaczami – no i poza Donaldem Tuskiem. Z jakiegoś powodu premier Giertycha potrzebuje – a może właśnie potrzebuje jego armii żywych botów.

Taka armia niewątpliwie może się przydawać i to nie tylko przy okazji wyborów, ale również w kształtowaniu narracji. Tym bardziej że duża część tych osób faktycznie wydaje się oddana sprawie bez względu na to, czy „sprawą” jest akurat wrzucanie memów o tym, że Kaczyński ma łupież, czy masowe publikowanie oświadczeń, że skoro za protestami aborcyjnymi stoi partia Razem, to my już nie popieramy aborcji na pstryknięcie i może byście, kobietki, zaczęły się szanować, to potem nie będzie trzeba robić aborcji.

Choć dziś już wiadomo, że przynajmniej niektóre giertychowe trolle robiły pieniądz na współpracy z partią (jak pamiętny @PabloMorales, czyli Bartosz Kopania), to cała ich liczna rzesza angażuje się realnie i całkowicie za darmo. Można się z tego śmiać, bo jest to pewien rodzaj slacktywizmu napędzanego wyrzutami dopaminy, jakie daje zaangażowanie w polityczny shitposting połączone z najbardziej plemiennym politycznym kibolstwem. Jednocześnie nie sposób odmówić temu zjawisku pewnego wpływu na kształtowanie politycznej rzeczywistości, zwłaszcza przy jego dość masowej skali.

Gdyby ktoś wciąż uważał, że trzon „armii Romana” stanowią boty, zapewniam, że są to ludzie z krwi i kości. Pozwalam sobie na ten osąd, jako że trzy lata temu obserwowałem tę społeczność z bliska na potrzeby mojej youtube’owej publicystyki. Roman Giertych ogłosił wtedy „sieć na wybory” – przedwyborczą inicjatywę, która miała robić nie do końca wiadomo co, chyba pilnować wyborów, żeby nie ukradł ich PiS. A w praktyce po prostu jeszcze bardziej mobilizować już zmobilizowany elektorat. Chyba się udało, bo niektórzy z tej wesołej ekipki specjalnie rejestrowali się w świętokrzyskim, żeby pojechać tam i zagłosować na swojego ulubionego mecenasa z internetu.

Czytaj także Roman Giertych wszedł furtką, którą uchylił Kołodziejczak Katarzyna Przyborska

Słynne „silniczki” oprócz tagu #SilniRazem do dziś mają na swoich profilach dumnie przypięty tag #SnaW, zatem los żołnierza z giertychowego zaciągu stanowi dla wielu z nich ważny element tożsamościowy. Mówię wam, zabawa w tej „sieci” była przednia. Kiedy pod postem Romana Giertycha zgłosiłem chęć akcesu, zostałem dodany do tajnej, może dziesięcioosobowej grupki pod wodzą osoby koordynującej. Koordynatorka codziennie przekazywała nam, jaki hasztag należy danego dnia wypromować, oraz podrzucała związany z tym tagiem mem do postowania (przykład: Jarosław Kaczyński w pieluszce), zachęcając przy okazji do tworzenia własnych.

Hasztag #SilniRazem, podobnie jak #SnaW, także jest pozostałością po internetowym zrywie sprzed lat. Miał on wówczas promować ideę wspólnej listy całej ówczesnej opozycji, mającej przeciwstawić się rządom PiS-u. Warto o tym wspomnieć, żeby nikt przypadkiem nie pomyślał sobie, że to „razem” ma cokolwiek wspólnego z partią o tejże nazwie. Oj, nie! Razemici są dla internetowej armii Giertycha wrogami znienawidzonymi niemal tak bardzo, jak samo Prawo i Sprawiedliwość.

Odkąd partia Razem postanowiła zostać w opozycji, aparat medialny rządzącej koalicji opowiada o niej taką historię: po pierwsze, Razem trzyma z PiS, a nawet z Konfederacją i Braunem, bo skoro nie są z nami, to są z nimi. (Warto wspomnieć, że według „Tygodnika Sejmowego” Razem ma największą zgodność głosowań z KO i wynosi ona 75 proc.). Po drugie, partia Razem, skoro nie uczestniczy w koalicji, za chwilę da władzę faszystom w postaci Brauna i Mentzena. Po trzecie: start Razem w wyborach w 2015 roku rozbił głosy lewicy i oddał władzę w ręce PiS.

Sprowadza się to oczywiście do czystej plemienności: „silniczki” atakują każdego, kto nie wyraża jednoznacznego poparcia dla KO i premiera Tuska. Choć odmieniają demokrację przez wszystkie przypadki, to w ich wersji najbardziej demokratyczne byłoby po prostu złożenie hołdu Maharadży Donaldowi, dopisanie się do wielkiej wspólnej antypisowskiej listy i czekanie w gotowości na rozkazy lub odejście w polityczny niebyt. Dlatego partia Razem, która jedną stópkę już w tym jeziorku zamoczyła, ale w ostatniej chwili ją cofnęła, jawi się jako zdrajczyni wielkiej demokratycznej sprawy. A być zdrajcą to gorzej niż być wrogiem. Dlatego kiedy Silni Razem odkryli, że protesty z 22 października pod hasłem „Czerwona kartka za aborcję” (hasło dość niefortunne, swoją drogą, kiedy pokazuje się politykom czerwoną kartkę za brak aborcji) są organizowane przez Razem i skierowane również przeciwko obecnemu rządowi, zaczął się kociokwik.

Silni Razem, anonimowi lub pod nazwiskami, a nawet celebryci, jak Tomaszowie Lis i Wiejski, czy popularne silnorazemowe konta, jak „Sok z buraka”, zaczęły trąbić o zdradzie – o tym, że idea protestów została jakoby zhańbiona w imię politycznej nawalanki w rząd i czegoś takiego popierać nie można. Twierdzili, że obecny rząd nie jest niczemu winien i robi tyle, ile może (symbolem tego stanowiska stał się transparent działacza młodzieżówki KO: „Doceniam, że mimo trudności rząd walczy o prawo kobiet do aborcji”). Platformerska młodzieżówka otrzymała za to od protestujących kilka ciepłych słów, a nagranie z tłumem skandującym „partyjniacy wypierdalać” stało się podstawą do narracji, że mąciciele z Razem podburzają tłum niemal do linczu. Byli tacy, którzy ostrzegali wręcz, że partia dąży do zdestabilizowania całej Polski na podobieństwo Francji. Część zagorzałych fanów Tuska utrzymywała, że wciąż popiera aborcyjne postulaty, o ile nie krzyczy się przy tym na pana premiera, jednak wyłoniła się także frakcja radykałów, która zmieniła narrację.

Czytaj także Granice śmieszności. Polska prawica grzeje się w ogniu protestującej Francji Jakub Majmurek

Oto na przykład jak użytkowniczka prowadząca konto „Magdalena w Polsce FederalnaUniaEuropejska” w 2022 roku snuła wizję szczęśliwej ojczyzny:

„Moje marzenia po wygranej opozycji. Premier Trzaskowski wprowadza Wielką Piątkę: świeckie państwo, konfiskata majątku pisowatych, ratowanie gospodarki (KPO), aborcja na życzenie, małżeństwa jednoplciowe. A Prezydent Tusk podpisuje. Ciekawe, czy szczerze wierzycie, że to możliwe”.

Za to w październiku 2026 ta sama osoba pisze tak (pisownia oryginalna):

„Niech dziewoje głosujące na Razem udadzą się do ginekologa, celem dobrania odpowiedniej antykoncepcji i nie robią cyrku. To jest po prostu żenujące, żeby baby koło trzydziestki gadały o aborcji, jak o zamówieniu żarcia na wynos. Kurwa, skąd takie idiotki się biorą”.

Można nie przepadać za Razem; można im zarzucać, że o czymś mówią za mało, a o czymś innym za dużo, że ciągle coś robią źle. Albo że Adrian Zandberg, który zapowiadał się na wymiatacza polskiej polityki, dziś kojarzy się tylko ze wzrostem, brodą i brakiem skuteczności. Ale nie można zarzucać partii Razem, jak próbują to teraz robić fanatyczni zwolennicy KO, że „przejęła” czy „upartyjniła” protesty kobiet. Razem angażuje się w organizowanie manifestacji za prawem do aborcji co najmniej od Czarnego Protestu z 2016 roku, a aborcja na żądanie znajduje się w jej programie od początku istnienia partii. Dostrzeganie tego dopiero teraz (i rzucanie się przy okazji Rejtanem w obronie rządowego majestatu) wymaga sporej dawki hipokryzji.

Politycy nie są od tego, żeby ich lubić, tylko od załatwiania spraw i reprezentowania interesu swoich wyborców. Tymczasem w kwestii prawa do aborcji rzecz ma się tak, że Aborcyjny Dream Team niedawno napisał: „Jest gorzej niż za PiS-u”.

Czytaj także Gdy państwo łamie elementarne prawa człowieka, nie chce mieć świadków [rozmowa] Paulina Siegień

Nie jest to opinia wyłącznie aktywistek z ADT. W podcastach na moim kanale rozmawiałem z osobami zaangażowanymi w niesienie pomocy humanitarnej na pograniczu polsko-białoruskim: z Piotrem Czabanem, z osobami z „Piątki z Hajnówki”, kiedy groził im wyrok za pomaganie głodnym ludziom w lesie. Od nich słyszałem to samo: „Jest gorzej niż za PiS-u”. Nie ma co się dziwić, wszak to nie PiS bezprawnie zawiesił prawo azylowe.

Do wyborów jeszcze rok. W ramach przedwyborczej refleksji można się zastanowić nad tym, jaki obszar życia publicznego i społecznego uważamy za ważny i co się w tym obszarze realnie zmieniło po 2023 roku. Komu pomogło. Komu żyje się lepiej dzięki zmianom wprowadzonym przez rządzących.

Nie po to, żeby poczuć nagłą sympatię do PiS, i nie po to, by zapałać entuzjazmem do Razem. Przeciwnie – po to, żeby nie dać się zmienić w polityczne zombie, powtarzające bezmyślnie „precz z Kaczorem dyktatorem”, „wolne sądy”, „kon-sty-tucja”, albo „Batyr sutener”, bo w tych hasłach zostało mniej treści niż w stadionowych przyśpiewkach. Przemiana w „silniczka” może się bowiem przytrafić każdemu z nas, niezależnie od partyjnych sympatii i antypatii. Po piątkowej szarpaninie w drzwiach Trybunału Konstytucyjnego zagrożenie zombifikacją jeszcze wzrasta, tym bardziej warto zadbać o przestrzeganie BHP.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x