Jaki kraj, taki de Gaulle – można byłoby powiedzieć, obserwując wyczyny Karola Nawrockiego. Chociaż swoim brawurowym szturmem na Trybunał chciał się pokazać jako strażnik porządku konstytucyjnego, w rzeczywistości od 2025 roku jest jednym z jego wiodących niszczycieli.
Poziom Wałęsy
Popełnione przez obie strony występki przeciw TK można mnożyć, a niszczenie fundamentów prawnych kraju ciągnie się już od ponad dekady, czyli końca rządów koalicji PO-PSL. Czas jednak płynie, więc przerzucanie się winą stało się już jałowe. Spór w Krajowej Radzie Sądownictwa udało się zażegnać, gdyż większość rządząca wybrała członków KRS w zgodzie z bardzo kontrowersyjną ustawą wprowadzoną przez poprzedników. Dzięki temu Rada działa, a o perspektywie szturmu na KRS nikt już nie pamięta.

Spór w TK również udałoby się zażegnać, gdyby prezydent przyjął zaprzysiężenia nowych sędziów. Tymczasem Nawrocki nie tyle nie przyjął od nich ślubowań, co po prostu dopuścił się w tym zakresie bezczynności. W ten sposób uniemożliwił uzupełnienie składu sądu konstytucyjnego.
Kwestie ociągania się przez Sejm z wyborem części kandydatów czy braku formalnych kwalifikacji Macieja Berka to jedynie preteksty. Nawet jeśli uznać, że Berek nie spełnia wymagań formalnych, a prezydent ma prawo zablokować taką kandydaturę, to Nawrocki mógł odmówić tej czynności na piśmie z uzasadnieniem, żeby większość sejmowa wiedziała, na czym stoi. Woli jednak biernie blokować uzupełnienie TK nowymi sędziami, bez wzięcia za to formalnej odpowiedzialności. Takie umywanie rąk prezydentowi nie przystoi.
Brak szanowanej przez wszystkich głowy państwa przynosi fatalne skutki. Styl, w jaki większość rządowa odbiła TK, jest oczywiście koszmarny. Podstawa prawna odsunięcia Bogdana Święczkowskiego, którą Helsińska Fundacja Praw Człowieka nazywa uprzejmie „wątpliwą”, to śmiech na sali. Nie zmienia to faktu, że pod wodzą Święczkowskiego TK przestało spełniać jakąkolwiek funkcję systemową, a sam prezes zabunkrował się w trybunale, żeby unikać odpowiedzialności za swoje czyny.
Żeby wyjść z takiego klinczu, państwo potrzebuje osoby posiadającej szeroką legitymację społeczną, która mogłaby mediować między stronami, a może również sama zaproponować rozwiązanie. Nawrocki jest jednak ostatnią osobą, która mogłaby wziąć na siebie tę rolę. Jest jednym z głównych winowajców chaosu, wykazując się przy tym niebywałą jak na prezydenta stronniczością.
Nie licząc Lecha Wałęsy, dokładnie wszyscy jego poprzednicy – z autorem stanu wojennego Wojciechem Jaruzelskim włącznie – starali się przynajmniej udawać, że są „prezydentami wszystkich Polaków”. Nawrocki ostentacyjnie jest prezydentem prawicowych Polaków – i to takich fest prawicowych, jakby powiedziano na Śląsku. Dba o zaufanie jedynie prawej strony sceny politycznej, zwracając się podczas przemówień wyłącznie do niej i tylko w jej języku. Co gorsza, działa w taki sposób, jakby chciał celowo jeszcze bardziej antagonizować drugą stronę.
Kompleksowe nieporozumienie
Głównym instrumentem funkcjonowania obecnego prezydenta w polityce są oczywiście weta. Jest już oczywiste, że liczba zawetowanych ustaw w tej kadencji prezydenta będzie trzycyfrowa. Żaden poprzednik nawet się do tego nie zbliżył. Co gorsza, z góry wiadomo, których projektów Nawrocki nie podpisze. Inaczej mówiąc, jego weta są motywowane niemal wyłącznie osobistymi poglądami na poszczególne sprawy, a nie dbaniem o ogólną stabilność państwa. Zamiast stać ponad bieżącą polityką, uczestniczy w niej i to jeszcze jako najbardziej zacietrzewiony przedstawiciel jednego ze stronnictw.
Nawrocki regularnie uzależnia też wykonywanie swoich obowiązków od niezwiązanych z nimi bezpośrednio kwestii politycznych. Najbardziej skandalicznym przykładem jest hurtowe blokowanie nominacji ambasadorskich, włącznie z kandydatami, którzy nie wzbudzają żadnych wątpliwości.
W ten sposób hamuje kariery zawodowych dyplomatów, którzy poświęcili mnóstwo trudu i czasu w służbie państwa, żeby się wykształcić oraz nauczyć etykiety, protokołu i języków, ponieważ na kilka stołków wymarzył sobie kogo innego, a kilkoro innych niedoszłych eminencji mu nie pasuje. Zamiast ograniczyć spór z rządem wyłącznie do tych pojedynczych kontrowersyjnych postaci, blokuje wszystkich jak leci, gdyż uznał, że łatwiej będzie mu wymusić na rządzie „kompleksowe porozumienie”. Z powodu sprzeciwu prezydenta wobec dosłownie kilku osób – szczególnie Ryszarda Schnepfa i Bogdana Klicha – Polska ma zaledwie ok. 30 ambasadorów na ponad 90 ambasad.
Równie arbitralnie działa w obszarze obrony narodowej, gdzie próbuje wyrąbać sobie nienależną w czasie pokoju pozycję. Wezwał na przesłuchanie generałów bez obecności ministra obrony narodowej, który w czasie pokoju sprawuje cywilny nadzór na armią. Próbował blokować też awanse generalskie, a także wstrzymał pierwsze awanse oficerskie w służbach, ponieważ domagał się wcześniejszych konsultacji, chociaż nadzór nad służbami sprawuje premier, więc prezydent nie powinien mieć nic do gadania.
Także właściwa polityka zagraniczna została przez Nawrockiego podporządkowana krajowej rywalizacji z rządem. Jeszcze przed wygraniem wyborów kandydat PiS rozpoczął monopolizację relacji z Waszyngtonem, spotykając się z Trumpem w Gabinecie Owalnym, w wyniku czego obecny prezydent USA jest przekonany, że to on wybrał głowę państwa polskiego. Po zwycięstwie w wyborach jego środowisko rozpoczęło reglamentację relacji z Białym Domem wybranym członkom polskiego rządu w starannie zaaranżowanych sytuacjach. Środowisko prezydenta jest gotowe obrzydzać szefa polskiego rządu w oczach amerykańskiej administracji, byle tylko ugrać polityczne punkciki w kraju.
Prezydent prawicy
Nawrocki jest prezydentem prawicowej Polski także na najbardziej podstawowym poziomie – tworzenia list wyborczych. Po prawej stronie nieustannie snuje się plany o „prezydenckiej liście wyborczej”, która, owszem, połączyłaby Polaków, tylko że co najwyżej od Morawieckiego do Brauna.
Były szef IPN jest młody i ambitny, więc jego plany polityczne sięgają znacznie dalej niż dwie kadencje w pałacu. On chce dominować na prawicy przez lata i nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie rozpoczął intensywnej realizacji tego planu już w pierwszym roku urzędowania jako z założenia bezstronna głowa państwa. Zresztą wystarczy zerknąć na skład osobowy jego rad doradczych, które są złożone z ludzi kojarzonych niemal wyłącznie z prawicą lub z tak zwanymi antysystemowcami.
Aktualny prezydent regularnie powołuje się na rzekomo szczególnie silny mandat do wywierania dużego wpływu na codzienną politykę i działalność rządu. Tylko że to jest kompletna fikcja – jest wręcz odwrotnie.
Na Karola Nawrockiego w I turze zagłosowało niespełna 30 proc. wyborców i to jest jego realne poparcie w wyborach. Pozostali jego wyborcy z drugiej tury głosowali przeciw Trzaskowskiemu (a właściwie przeciw Tuskowi) – to jest fundamentalna różnica. Co więcej, wynik Nawrockiego w I turze to najniższe procentowo poparcie wyborcze ze wszystkich prezydentów III RP. Obok niego jeszcze tylko Lech Kaczyński wygrał drugą turę, przegrywając w pierwszej, ale nawet on w 2005 roku zdobył 33 proc. głosów.
Karol Nawrocki ma więc najsłabszy mandat ze wszystkich dotychczasowych prezydentów III RP, tymczasem zachowuje się, jakby zdobył zdecydowanie najsilniejszy.
Przeszłość prezydenta, omawiana szeroko w polskich mediach już w czasie kampanii, to jego najmniejsza wada. Największą jest skandaliczny sposób pełnienia przez niego swojej funkcji – arbitralność, niebywała stronniczość, brutalny i arogancki sposób bycia (nie wspomniałem przecież jeszcze o ruganiu dziennikarza TVN24), bezwzględność i zafiksowanie na partykularnych interesach (z monetyzacją swojego stanowiska włącznie).
W czasie największego kryzysu instytucjonalnego od dekad na czele kraju stoi człowiek, który świadomie pogłębia polaryzację i podnosi temperaturę sporu politycznego. Jedyną zaletą Nawrockiego jest fakt, że Trump go lubi. To niezwykłe szczęście, że Amerykanie pobłądzili w tym samym kierunku niemal w tym samym czasie.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!