Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Pomarańczowa fala zatrzymana? W Brazylii Lula wygrywa z Bolsonaro

W niedzielę 25 października Luiz Inácio Lula da Silva, zdobył 51,8 proc. głosów i po raz czwarty został wybrany na prezydenta Republiki Brazylii.

Luis Inacio Lula da Silva
Walka

2

Nie tylko bliźniacze Chrystusy – Król ze Świebodzina i Odkupiciel z Rio de Janeiro – łączą Polskę i Brazylię. Niedawno oba narody połączyła krucjata przeciw komunizmowi. Na jej celowniku znalazł się prezydent Luiz Inácio Lula da Silva, który według Flávia Bolsonaro, jego kontrkandydata w wyborach prezydenckich, zamierza wprowadzić w kraju „reżim komunistyczny”.

Polska prawica dzielnie sekundowała synowi byłego prezydenta Jaira Bolsonaro, obecnie odsiadującego wyrok więzienia za próbę zamachu stanu. „Pozbądźcie się komunistów tak jak my to zrobiliśmy w Polsce!” – radził Brazylijczykom europoseł PiS-u Dominik Tarczyński, namawiając do oddania głosu na prawicowego, trumpistowskiego kandydata. Post zdobył ponad 1,9 mln polubień.

Czytaj także „Zrobimy czystkę, jakiej Brazylia nie widziała” – prezydent Bolsonaro przemawia red.

Jeśli pisząc „my”, europoseł Tarczyński miał na myśli „Solidarność” i jej lidera Lecha Wałęsę, którego działalność nie ograniczała się do publikowania propagandowych głupot na Instagramie, to od razu przypomnijmy, że w jakiś czas po „pozbyciu się komunistów” Wałęsa osobiście wręczył nagrodę nazwaną swoim imieniem „komuniście” Luli. – „Dziś to pan ma rację” – tymi słowami zwrócił się do ówczesnego prezydenta Brazylii, przyznając, że jest rozczarowany kapitalizmem.

Tym razem wsparcie trumpistowskiej prawicy świata nie wystarczyło, by „pokonać komunizm”. W niedzielę 25 października Luiz Inácio Lula da Silva, zdobył 51,8 proc. głosów i po raz czwarty został wybrany na prezydenta Republiki Brazylii.

Flávio Bolsonaro nie uznaje zwycięstwa Luli. „To, co się dziś wydarzyło, nie jest normalne, to nie do zaakceptowania” – ogłosił.

Kim jest Flávio Bolsonaro, niedoszły prezydent Brazylii?

W maju 1999 roku mało znany poseł zszokował widzów stacji telewizyjnej Bandeirantes: „Pewnego dnia rozpoczniemy wojnę domową, by zrobić robotę, której nie zrobił reżim wojskowy. Zabić jakieś 30 tysięcy, zaczynając od FHC” [Fernando Henrique Cardoso, socjaldemokrata, ówczesny prezydent Brazylii – przyp. red.] – wyznał. To Jair Bolsonaro, prawicowiec i konserwatysta, który w 2018 roku wygrał wybory i został 38. prezydentem Republiki Brazylii.

Jego rządy nie trwały jednak długo. W 2022 ubiegał się o reelekcję, jednak przegrał z powracającym do gry Luizem Inácio Lulą da Silvą. Nie pogodził się z porażką i wydaje się, że był bliski spełnienia obietnicy sprzed ponad 20 lat – podczas gdy jego bliski współpracownik planował zamordowanie prezydenta z Partii Robotników, Jair przygotowywał się do zamachu stanu.

Czytaj także 27 lat więzienia dla Bolsonaro. Jak Brazylia zareagowała na moment sprawiedliwości? Magdalena Bartczak

Autorem planu wymierzonego w życie Luli nazwanego „Zielono-żółty sztylet” był bliski współpracownik Jaira, generał Mário Fernandes. Prezydent-elekt miał zostać otruty. Fernandes zeznał przed sądem, że plan był jedynie myślą, którą zapisał w notatkach na komputerze, a sam Jair o niczym nie wiedział. Prokuratura jednak odrzuciła te twierdzenia, a Bolsonaro ostatecznie skazano na 27 lat więzienia za udział w próbie zamachu stanu. Pozycję skazanego przejął jego najstarszy syn, kandydat na prezydenta – Flávio Bolsonaro, który obiecuje ułaskawić ojca. „Zobaczycie, jak Jair Messias Bolsonaro zakłada szarfę prezydencką swojemu synowi” – deklarował przed drugą turą.

Flávio obiecywał kontynuację polityki ojca. Zarówno on, jak i jego rodzina utrzymują przyjacielskie relacje z prezydentem Stanów Zjednoczonych. W maju tego roku osobiście odwiedził Biały Dom, a po „owocnym” spotkaniu Donald Trump wpisał CV (Comando Vermelho) i PCC (Primeiro Comando da Capital) – dwie największe organizacje przestępcze w kraju – na wciąż wydłużającą się listę narkoterrorystów.

Walka ze zorganizowaną przestępczością była jedną z głównych obietnic Flávia. Kandydat Partii Liberalnej deklarował zwiększone nakłady na służby bezpieczeństwa i inne służby specjalne. W programie wyborczym zapowiadał też likwidację części ministerstw, obniżkę podatków i prywatyzację. Jednocześnie zapewniał, że nie będzie likwidował istniejących już programów społecznych.

Ponadto jako obrońca „wolnego rynku” chciał ograniczyć prawa chroniące pracowników, twierdząc, że ci zasługują na wolne, „partnerskie” relacje z pracodawcami. Stanowczo sprzeciwiał się projektowi wprowadzenia pięciodniowego, czterdziestogodzinnego tygodnia pracy, tłumacząc, że zmiana uderzyłaby w przedsiębiorców. Ostatecznie przed drugą turą wyborów projekt poparł.

Zważywszy na jego deklarację – „Kiedy zostanę prezydentem, jednym z moich pierwszych czynów będzie uznanie, że Brazylia należy do Pana Jezusa Chrystusa” – być może ten drobny ukłon w stronę robotników był świadectwem miłosierdzia naśladowcy ubogiego cieśli z Jerozolimy, a nie pragmatycznym ruchem przed wyborami?

Miłosierdzia Flávio z pewnością nie ma dla Luli, głównego orędownika owej ustawy, którego posądza o chęć wprowadzenia komunistycznego „zamordyzmu” i obiecywał „posłać na emeryturę”. Mimo że Flávia poparł wyznawca nauk Jezusowych z Polski i specjalista od walki z komunizmem europoseł Tarczyński, tym razem nie udało się „wyzwolić Brazylii od komunistów”.

Opowieść o dwóch strajkach

Sierpień 1980, Polska. W Stoczni Gdańskiej strajkują robotnicy. Domagają się między innymi podniesienia płac, wolnych sobót, dłuższego urlopu macierzyńskiego, krótszego czasu oczekiwania na mieszkania, wolności słowa i wolnych związków zawodowych. Lech Wałęsa staje się ikoną dla świata, w roku 1983 otrzymuje Pokojową Nagrodę Nobla.

Robotnicy szukają oparcia w Kościele, a Jan Paweł II, którego portret powieszono w stoczni, staje się ich patronem. Papież prosi episkopat, by wspomógł „naród w jego walce o chleb powszedni, sprawiedliwość społeczną i w obronie jego nienaruszalnych praw do własnego życia i rozwoju”, a swoją modlitwę dedykuje polskim robotnikom. Nieco później finansowego i logistycznego wsparcia udzielają robotnikom również Amerykanie, rękami CIA.

Ten sam 1980 rok, Brazylia. W kwietniu, a więc kilka miesięcy przed wybuchem strajku w Stoczni Gdańskiej, po drugiej stronie oceanu w stanie São Paulo rozpoczyna się protest metalowców zmęczonych ubóstwem i brakiem zabezpieczeń społecznych. Na czele strajku w mieście São Bernardo staje charyzmatyczny robotnik z Pernambuco, młody Luiz Inácio Lula da Silva.

Czytaj także Klasowy osiłek rządzi, bo reszta nie umie się zorganizować Edwin Bendyk

Żądania brazylijskich robotników, mimo że skromniejsze, brzmią podobnie do postulatów polskich stoczniowców: skrócenie tygodnia pracy do 40 godzin, podwyższenie płac o 15 procent, ochrona przed zwolnieniem. Władza odrzuca większość postulatów, a na czterdziestogodzinny tydzień pracy brazylijscy robotnicy będą czekać aż do 2026 roku,.

Brazylią rządzi wojskowa dyktatura, która przejęła władzę w wyniku zamachu stanu. Podobnie jak w Polsce, władza nie traktuje strajkujących pobłażliwie. Tłumi protesty, a Lula zostaje aresztowany. Inaczej niż w Polsce, ta władza ma wsparcie USA – tych samych, które finansują „Solidarność” w walce o demokrację.

Jednak w 1980 roku brazylijski reżim chyli się już ku upadkowi. Nie jest tak brutalny jak we wcześniejszych latach, kiedy tortury, porwania i zabójstwa były na porządku dziennym. Lula po 31 dniach wychodzi z więzienia.

Brazylijscy robotnicy, tak jak polscy, szukają oparcia w Kościele katolickim, ale nie budzą w Watykanie podobnego entuzjazmu. W lipcu 1980 roku Jan Paweł II odwiedza Brazylię i apeluje do kapłanów, by nie mieszali się do polityki. Ten sam papież, który niespełna miesiąc później bezwarunkowo wesprze stoczniowców w walce o „sprawiedliwość społeczną”, poucza brazylijskich robotników, że „walka klas nie jest drogą do ładu społecznego”.

W kolejnych latach kurie w Ameryce Łacińskiej otrzymują z Watykanu oficjalne instrukcje krytykujące teologię wyzwolenia – nurt łączący naukę biblijną z walką o sprawiedliwość społeczną. Powód? Zagrożenie rewolucją komunistyczną. „Gdy karmię biednych, nazywają mnie świętym. Kiedy pytam, dlaczego są biedni, nazywają mnie komunistą” – mawiał brazylijski biskup Dom Helder Câmara z Fortalezy.

Zimna wojna dobiegła końca, upadły reżimy po obu stronach Atlantyku. W 1990 roku Lech Wałęsa został prezydentem; Luli udało się to dopiero w 2002, po trzech porażkach.

W 2011 roku obaj panowie spotkali się w Gdańsku na rozdaniu nagród im. Lecha Wałęsy. Według relacji Polskiego Radia lider Solidarności miał powiedzieć: „Kiedy 30 lat temu spotkaliśmy się, nasza rozmowa była męska. Ja się z panem nie zgadzałem i mówiłem – my odchodzimy od komunizmu i od socjalizmu, jako związkowcy, jako ruch społeczny, a pan idzie w przeciwną stronę, pan chce wprowadzać socjalizm. I uważałem, że ja mam rację. Zwyciężyliśmy tu i mamy kapitalizm. Trzeciej drogi nie było i nie ma do dziś. Nie mieliśmy wyboru, ale kiedy już mamy ten kapitalizm, to ja zauważam, że on nie jest taki smaczny, że właściwie, gdyby była trzecia droga, to ja nie powinienem wybierać kapitalizmu, tylko nie było i nie ma i że pan upierając się przy swoich pomysłach – to wtedy pan nie miał racji, ale dziś to pan ma rację”.

„Brazylia będzie jak Polska!”

Tarczyński jednak nie zgadza się z Wałęsą. Nie zgadzają się z nim i jego obserwatorzy, którzy w komentarzach na instagramie dziękują europosłowi za wsparcie. „Wkrótce Brazylia będzie jak Polska!” – napisał pod postem sam Eduardo Bolsonaro, brat Flávia i syn Jaira.

Trzeba przyznać, że dla konserwatystów Polska faktycznie może być benchmarkiem. Dzięki integracji z Zachodem – w którego interesie leży, by strefa buforowa oddzielająca Europę od Rosji znajdowała się pod jego wpływem – i dzięki miliardom euro wpompowanym w gospodarkę, edukację, ochronę zdrowia i infrastrukturę z kraju zubożałego Polska stała się jednym z najlepiej rozwiniętych krajów Europy. A przy tym pozostała taką, o jakiej marzą prawicowcy na całym świecie – monoetniczną, chrześcijańską i (deklaratywnie) szanującą swoje korzenie. W oczach prawicowców Polska to kraj, który nie uległ „lewackiej ideologii woke” i twardo przeciwstawia się lewackim i antychrześcijańskim wymysłom takim jak prawa człowieka czy ochrona środowiska, pochodzącym z Unii Europejskiej, porównywanej przez prezesa Kaczyńskiego do ZSRR.

Czytaj także Spójrzcie za okno. Tak wygląda dwudziesta gospodarka świata Tomasz S. Markiewka

Okrzyk Eduarda to jednak pobożne życzenie, Brazylia nie upodobni się do Polski. Po pierwsze i oczywiste, bo Polską nie jest, kraje różnią się diametralnie na każdej płaszczyźnie: kulturowej, etnograficznej i historycznej. A po drugie, bo miejsce Brazylii w hierarchii świata jest skrajnie inne niż Polski. Brazylia zajmuje drugie miejsce pod względem bogactwa w metale ziem rzadkich (ustępując jedynie Chinom), na jej terytorium znajduje się 60 proc. Puszczy Amazońskiej. Ogromne połacie „niezagospodarowanych” terenów – to znaczy zamieszkanych przez rdzennych mieszkańców, których Jair Bolsonaro nazywa „ubogimi latyfundystami na bogatych ziemiach” – są strategicznym celem światowych mocarstw: Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej i Chin, które są największym importerem brazylijskich zasobów.

Był jednak czas, gdy przez chwilę inny scenariusz wydawał się możliwy. Kiedy Polska stawiała pierwsze kroki w Unii Europejskiej, przez Amerykę Łacińską przechodziła „różowa fala”: władzę w regionie zaczęły obejmować lewicowe rządy, które coraz odważniej mówiły o walce z nierównościami społecznymi, ochronie ludów rdzennych i sceptycznym nastawieniu wobec hegemonii Stanów Zjednoczonych. Wpisywał się w te tendencje rząd Partii Robotników pod przywództwem Luli. Dominacji lewicy na kontynencie sprzyjał boom ekonomiczny spowodowany popytem na surowce, dzięki czemu rządy mogły dysponować budżetem na reformy społeczne.

Lula dokonał znaczących zmian i realnie wpłynął na życie milionów. Stworzył Bolsa Família (2003) – program zasiłków dla najuboższych rodzin, Farmácia Popular (2004) – tanie leki na receptę, Minha Casa, Minha Vida (2009) – wsparcie przy zakupie pierwszego domu. Wprowadził politykę stałego podnoszenia płacy minimalnej, mocno inwestował w powszechną edukację, a za jego rządów Brazylia zniknęła z mapy głodu ONZ.

Rządy różowej fali mierzyły się jednak nie tylko z ubóstwem, ale i z przestępczością. Lula chciał z nią walczyć przede wszystkim prewencją – to znaczy przez edukację i wsparcie młodych ludzi, by ci nie wybierali działalności przestępczej. Niestety, to podejście miało dwie istotne wady: nie dość, że nie produkowało spektakularnych scen rodem z filmu Rambo – helikopterów bojowych, granatów i ulic zalanych krwią, które pokazują, że państwo coś robi, to efekty przyniosłoby dopiero po latach, a w polityce ma się co najwyżej jedną lub dwie kadencje.

Czytaj także Polityczne klauny w Brazylii wcale nie są śmieszne Janina Petelczyc

Mimo licznych sukcesów Partii Robotników Brazylia to nadal kraj przesiąknięty korupcją na każdym poziomie. Lula przez okres swoich rządów balansował na cienkiej granicy: dać coś masom, ale nie nadepnąć przy tym na odcisk latyfundystom i elicie ekonomicznej. Dla wielu wyborców to zbyt mało.

Dodatkowo Luli łatwo wytknąć bliskie relacje z dyktatorami, również tymi komunistycznymi. W ostatnich latach prezydent Brazylii zdystansował się od polityki Wenezueli czy Nikaragui, nadal utrzymuje jednak kordialne relacje z Władimirem Putinem.

Trumpizacja

W latach 2010 boom ekonomiczny zwolnił, a o Brazylii zaczęto częściej mówić w kontekście licznych skandali, w których centrum stała Partia Robotników. W ramach operacji Lava Jato Lulę skazano za korupcję. W 2018 roku lider Partii Robotników trafił do więzienia, co uniemożliwiło mu walkę o kolejną kadencję. Rok później władzę w kraju objął Jair Bolsonaro.

W tym samym roku w wyniku wycieku prywatnych rozmów sędziego Sergio Moro z prokuratorami wyszło na jaw, że sędzia w procesie Luli nie był bezstronny, a dowody w sprawie były wątpliwe. Lula wyszedł z więzienia i w 2022 wygrał kolejne wybory prezydenckie, o włos pokonując ubiegającego się o reelekcję Jaira, którego dalsze losy już znamy. Otoczenie Bolsonaro posądza Lulę o pakt z diabłem.

Na północnym kontynencie siły nieczyste trzymały się z dala od prawicy. „Bóg mnie ocalił, bym ponownie uczynił Amerykę wielką” – mówił tuż po objęciu władzy Trump, nawiązując do nieudanej próby zamachu na jego życie, która miała miejsce w lipcu 2024 roku. Wraz triumfem ruchu MAGA pozostałości różowej fali wymyła fala pomarańczowa, napędzana „chrześcijańskimi wartościami”, walką z „narkoterrorystami” i nienawiścią do „komunizmu”.

Czytaj także „Adwokat diabła”: prawica pod patronatem Trumpa zagarnia Amerykę Południową Oksana Polańska

Trump przychodzi Brazylii z „pomocą”. Nakłada pięćdziesięcioprocentowe cła na brazylijskie produkty, by wymusić na rządzie Luli amnestię Jaira Bolsonaro, którego proces nazywa „polowaniem na czarownice”.

W styczniu 2026 Trump „wyzwala” Wenezuelczyków od komunizmu, porywając Nicolása Maduro, a dyktatora zastępuje koleżanka z partii – była komunistka Delcy Rodriguez, która dba o to, by amerykańskie koncerny miały dostęp do wenezuelskiej ropy. Pomarańczowa fala przybiera, a na kontynencie prawicowe rządy zdobywają kraj po kraju: Peru, Honduras, Chile. W czerwcu w Kolumbii wygrywa Abelardo de la Espriella, pokonując nazwanego przez Trumpa „radykalnym marksistowskim lewakiem” Ivana Cepedę.

Pod koniec września Brazylijska Agencja Wywiadu poinformowała przedstawicieli Niemiec i Francji, że Stany Zjednoczone i Rosja próbują ingerować w wybory w kraju. Podczas gdy grzechy Waszyngtonu znamy, jak dotąd nie mamy precyzyjnych informacji na temat działań Kremla, ani kogo poparł Putin. Ostatecznie ingerencja Stanów Zjednoczonych nie wystarczyła, by obalić jeden z ostatnich (obok Urugwaju) bastionów demokratycznej lewicy w regionie.

Pomarańczowa fala dociera do Polski

Ingerencja USA w politykę niezależnych krajów nie przeszkadza Tarczyńskiemu, autorowi książki o „suwerenności” zatytułowanej Be Like Poland. Polityk sprzedaje ją – obok gadżetów inspirowanych ruchem MAGA – w swoim sklepie internetowym. Według opisu dostępnego na stronie, autor w swojej opowieści „oddaje hołd Ameryce”, a prezydenta Trumpa nazywa sojusznikiem „w walce o granice, rodzinę i cywilizację Zachodu”. Dalej Tarczyński zapewnia, że jego książka jest jedną z tych „które człowiek nosi w sobie od dzieciństwa jak bliznę, jak dług wobec tych, którzy nie mogą już przemówić”.

Czytaj także Polityczne MMA: soft power budowane pięściami Jakub Szafrański

Tych, którzy nadal przemówić mogą, Tarczyński słucha niechętnie – „Zapraszam Cię na solo, bydlaku!” – zwrócił się kiedyś na Twitterze do Lecha Wałęsy w ramach spłaty długu za walkę z komunizmem (Ostatecznie wpis usunął, a Wałęsę przeprosił).

Z prezydentem Stanów Zjednoczonych bliskie relacje utrzymuje również inny wielbiciel szlachetnych sztuk walki – prezydent RP Karol Nawrocki. W czerwcu tego roku został zaproszony na imprezę jubileuszową Donalda Trumpa, połączoną z obchodami 250 rocznicy niepodległości Stanów Zjednoczonych. Główną atrakcją celebracji była gala „UFC Freedom 250”, podczas której w klatce ustawionej w ogrodzie Białego Domu, zawodnicy stoczyli walki.

Nie była to pierwsza wizyta Nawrockiego w Białym Domu. Jeszcze przed wyborami prezydenckimi w 2025 roku odwiedził Waszyngton, a podczas spotkania Trump przepowiedział wygraną byłego prezesa IPN-u – „Wygrasz” – zwrócił się do Nawrockiego. Rok później prezydenta Polski nazywał „wojownikiem, mistrzem”, dodając z dumą, że odegrał rolę w jego wygranej.

Wybory do Sejmu i Senatu w Polsce już za rok. W Brazylii prawica wspierana przez Trumpa przegrała o włos, więc można już zapytać: czy Polska będzie jak Brazylia?

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x