Serwisy informacyjne na bieżąco relacjonują wydarzenia z Francji. Rozpoczęta we wrześniu mobilizacja licealistów przeciwko odbijającej się na jakości nauczania polityce zaciskania pasa szybko objęła cały kraj. Zablokowano ponad tysiąc szkół i chociaż władze niechętnie zgodziły się na pewne ustępstwa, takie jak zatrudnienie kilku tysięcy nauczycieli dla uzupełnienia wakatów oraz wycofanie się z planów wprowadzenia dodatkowych opłat w systemie edukacji, to jest to zbyt mało i zbyt późno. Wcześniej przy próbie zduszenia protestów policja zdążyła aresztować kilka tysięcy nastolatków, co tylko dolało oliwy do ognia i doprowadziło do eskalacji konfliktu. W ostatnich dniach setki tysięcy Francuzów wyszły na ulice, a na marginesie pokojowych manifestacji doszło do zamieszek i licznych aktów wandalizmu.
Jednak nie tylko nad Sekwanę dotarła burza. Do gwałtownych starć protestujących z siłami porządkowymi doszło w Brukseli, Mediolanie i Tiranie, a nieco bardziej spokojne protesty miały miejsce na półwyspie iberyjskim. Część z nich jest bezpośrednio zainspirowana mobilizacją francuskich uczniów, podczas gdy inne skupiają się na lokalnych problemach. Wszędzie można jednak dostrzec pewne wspólne motywy, wynikające z aktualnej kondycji ekonomiczno-społecznej kontynentu.
Drożyzna i kurczące się usługi publiczne
Chociaż francuscy licealiści zbuntowali się przede wszystkim w związku z zaniedbaniami w systemie edukacji, to fala protestów w całym kraju ma szerszy wymiar. Do uczniów dołączyli ludzie niezadowoleni z całokształtu polityki rządowej, której fundamentem są cięcia wydatków społecznych. Dla załatania dziury budżetowej zamierzano nie tylko redukować finansowanie systemu edukacji, ale również wprowadzać oszczędności w ochronie zdrowia i systemie świadczeń społecznych. Projekt budżetu na 2027 rok zakłada m.in. ograniczenie refundacji leków, oszczędności na świadczeniach chorobowych, ograniczenie waloryzacji części emerytur oraz zamrożenie niektórych świadczeń rodzinnych. Na tym tle jedynym istotnym wyjątkiem jest resort obrony, ponieważ budżet armii znacząco wzrósł.
Te problemy doskonale znają Belgowie. Od początku 2025 roku związki zawodowe wielokrotnie mobilizowały się przeciwko cięciom w usługach publicznych. Przez Brukselę cyklicznie przechodziły demonstracje gromadzące dziesiątki tysięcy osób, co jakiś czas strajki paraliżowały lotniska, kolej lub inne sektory. Oprócz polityki oszczędności sprzeciwiano się forsowanemu przez NATO zwiększaniu wydatków wojskowych – bezskutecznie. Nie osłabiło to determinacji przeciwników finansowania zbrojeń kosztem wydatków socjalnych i gdy 9 października przeciwko planowanym oszczędnościom ponownie demonstrowali pracownicy różnych sektorów, dołączyli do nich również zainspirowani francuskimi rówieśnikami uczniowie i studenci, którzy wytykają władzom pogarszające się warunki w systemie edukacji. Na marginesie pokojowego marszu w Brukseli niewielkie grupy uczestników starły się z policją, rzucały w funkcjonariuszy kamieniami i fajerwerkami, a także dopuszczały się wandalizmu.
Podobne napięcia widać we Włoszech, gdzie na ulice wyszli ludzie domagający się wyższych płac, lepszego dostępu do mieszkań oraz poprawy usług publicznych, przede wszystkim ochrony zdrowia i edukacji. Demonstracjom w Mediolanie, Turynie i Bolonii towarzyszyły zamieszki, podczas których atakowano radiowozy i plądrowano drogie sklepy. Rząd Giorgii Meloni odpowiedział przede wszystkim zaostrzeniem kursu w sprawach bezpieczeństwa, angażując wojsko w przywracanie porządku i drastycznie zaostrzając kary za udział w gwałtownych demonstracjach. Zdecydowanie łatwiej przychodzi państwu występowanie w roli surowego szeryfa niż usuwanie przyczyn niezadowolenia, które objawiło się zarówno w pokojowych manifestacjach, jak i w aktach przemocy.
W Hiszpanii i Portugalii fala protestów jest związana głównie z kryzysem mieszkaniowym, który mocno dotyka obydwa iberyjskie państwa. Doprowadziła ona już do rozwiązania parlamentu w Madrycie i chociaż nic nie zapowiada, żeby w Lizbonie miał ziścić się podobny scenariusz, to władze znalazły się pod sporą presją. Protestujący sprzeciwiają się projektowi ustawy ułatwiającej eksmisje i znoszącej ograniczenia wysokości czynszów. Wytykają przy tym, że od 2017 roku ceny mieszkań w Portugalii wzrosły ponad dwukrotnie, więc antylokatorska polityka rządu pogorszy i tak niewesołą sytuację. Kolejne protesty można uznać za pewnik, także w innych krajach – w końcu rosnące koszty życia to problem, który zna praktycznie cała Europa. Czasem do wyjścia na ulice prowokuje dodatkowo postawa rządzących.
Władza głucha na żądania obywateli
Wzrosty cen są do pewnego stopnia spowodowane czynnikami niezależnymi od europejskich przywódców, takimi jak np. działania Donalda Trumpa. Jednak wydawanie rekordowych sum na zbrojenia i finansowanie ich cięciami w wydatkach społecznych to już wybór samej Europy. Większe budżety wojskowe mogłyby zostać pokryte przynajmniej częściowo poprzez opodatkowanie najbogatszych, ale do tego rządzący się nie kwapią. Wolą zamiast tego pouczać swoich rodaków, że powinni ciężej pracować i pogodzić się z permanentnym kryzysem usług publicznych, takich jak edukacja czy ochrona zdrowia. W efekcie obywatele coraz częściej mają poczucie, że państwo wraz z jego instytucjami służy nie im, lecz wąskiej uprzywilejowanej grupie.
Szczególnie dotyczy to Albanii, gdzie w ostatnich dniach przy znaczącym udziale studentów doszło do eskalacji trwających od miesięcy protestów antyrządowych. Zaczęto wznosić barykady, ścierano się z siłami porządkowymi, podpalono m.in. budynki ministerstwa edukacji oraz Sądu Najwyższego. Powodem niezadowolenia protestujących są wszechobecna korupcja, stawianie turystów ponad obywatelami oraz szemrane kontakty z zagranicznymi inwestorami. Największe kontrowersje wywołało porozumienie z Jaredem Kushnerem, na mocy którego zięć Donalda Trumpa wybuduje wielki kompleks hotelowy na terenie o wysokiej wartości przyrodniczej, mimo oporu lokalnych mieszkańców. To dla wielu Albańczyków symbol ogólnej polityki władz, które roztaczają czerwony dywan przed zagranicznymi inwestorami, a zarazem zaniedbują szkoły oraz uniwersytety.
Chociaż Francja jest państwem o mocniejszych tradycjach demokratycznych, to za gwałtownością tamtejszych protestów stoi również rozczarowanie systemem politycznym kraju, którego niedostatki stały się w ostatnich latach aż nadto widoczne. Kluczowe ustawy regularnie przepychano bez poparcia parlamentu, a wszelki opór społeczny spotykał się z policyjną pałką. Podczas trwających protestów francuski rząd nie tylko trzyma się konfrontacyjnej postawy, ale również nadużywa swojej władzy w inny sposób – według niedawnych doniesień na służby wywiadowcze wywierano nacisk, aby oczerniały jedną z partii opozycyjnych, fałszywie oskarżając ją o organizowanie zamieszek. Ponownie dialog społeczny jest ostatnim, czego chce środowisko skupione wokół Emmanuela Macrona.
Ogółem Europejczyków na ulice wyciągają różne kwestie, zarówno bytowe, związane z rosnącymi kosztami życia lub cięciami budżetowymi, jak i brak zaufania do rządzących, którzy zbyt rzadko pamiętają o swoich powinnościach wobec obywateli. Wszystkie zdają się jednak odchodzić w zapomnienie, gdy już zostaną przemielone przez media – na pierwszy plan wysuwają się płonące budynki, wandalizm i starcia protestujących z policją.
Czy witryny sklepowe są ważniejsze od ludzkiego życia?
Nierzadko jest to świadoma strategia władz, które z jednej strony eskalują konflikt, z drugiej wylewają krokodyle łzy nad jego efektami. Najczęściej tymi materialnymi, ponieważ te przemawiają do wyobraźni, co pokazały reakcje na podpalenie ratusza w Limoges. To zresztą nic nowego – półtora wieku temu Karol Marks sarkastycznie pisał w kontekście Komuny Paryskiej, że burżuazja ze spokojem obserwuje masakry ludzi, ale trzęsie się z oburzenia na widok bezczeszczenia cegieł i zaprawy murarskiej. Chociaż czasy urządzania rzezi na ulicach Paryża minęły, to nie brakuje ani przemocy wobec protestujących, ani poważnych zaniedbań w polityce publicznej, które prowadzą do różnych opłakanych skutków. To zdaje się jednak budzić mniejsze oburzenie niż ataki na sklepy Louis Vuitton czy Diora.
Zwłaszcza w Polsce takie obrazy wywołują alergiczne reakcje. Po części tłumaczy to wszechobecność prawicowej propagandy, która o wszystkie problemy obwinia imigrantów – ponieważ w Albanii takowych nie ma, to o tamtejszych płonących budynkach już nie słyszymy. Na pewno pewną rolę odgrywa tu również ogólna niechęć do protestów jakkolwiek naruszających porządek publiczny. Wystarczy przypomnieć, że do dyskredytacji Strajku Kobiet rządzącym służyły pojedyncze zamalowane witryny lub zdewastowane stojaki reklamowe, a jakakolwiek blokada drogi jest traktowana jak zamach terrorystyczny. W ten sposób spór o przyczyny protestów zostaje zastąpiony jałową dyskusją o tym, jak powinno się protestować. Jałową, ponieważ ruchem społecznym nikt nie pokieruje z kanapy.
Trzeba pogodzić się z faktem, że przy mobilizacji setek tysięcy wściekłych ludzi łatwo może dojść do wymknięcia się części z nich spod kontroli. Jedni będą wierzyć, że tylko przemocą zmuszą władze do wysłuchania ich żądań. Inni po prostu wykorzystają okazję do bezkarnego wandalizmu. Można lub należy takie ekscesy potępiać, ale nie powinny one wpływać na ocenę słuszności żądań ogółu protestujących, ponieważ jeśli tak łatwo będziemy dyskredytować masowe mobilizacje społeczne, to żadna nie zaspokoi naszych oczekiwań. A gdy rozbite witryny stają się ważniejszym tematem, niż warunki życia ludzi, którzy wyszli na ulice, korzystają na tym wyłącznie odpowiedzialni za całe zamieszanie politycy. Wystarczy rytualnie potępić przemoc, zapowiedzieć przywrócenie porządku i czekać na kolejną erupcję niezadowolenia, która niechybnie nadejdzie, skoro ignoruje się przyczyny protestów.









Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!