O ile we Francji, Albanii, Hiszpanii czy Portugalii dziesiątki tysięcy osób wychodzą protestować (zamieszki wywołuje tylko niewielki odsetek młodych mężczyzn), o tyle w Polsce właściwie na ulicach jest spokój i żadnych większych protestów nie ma. No, może poza jednym: garstką sympatyków klubów „Gazety Polskiej” pod Trybunałem Konstytucyjnym.
Ta proteza zastępcza sporu społecznego, która jest już tylko rytualnym waleniem w tarabany i grupą rekonstrukcyjną zabawy w dawną Solidarność, pokazuje, jak bardzo sprawa Trybunału nie jest czymś, co emocjonuje wyborców jakiejkolwiek strony. Gdzie te czasy, gdy wyświetlano na fasadzie URM „Beata, publikuj” i to bynajmniej nie przez obóz liberalny, ale… partię Razem!
Wydawać by się więc mogło, iż brnięcie w spór o Trybunał, który i tak będzie kontestowany przez ten drugi obóz, nie ma większego sensu, skoro spór ten nikogo już, poza dziennikarzami, nie grzeje. A i oni sami, poza rytualnym biciem piany, wydają się nie wykazywać większych emocji. Tymczasem po obu stronach sporu w wiecznej walce o Trybunał tkwi głęboki sens.
Po co PiS-owi walka o Trybunał Konstytucyjny
W przypadku PiS chodzi przede wszystkim o zagarnięcie sceny. O ile przez lata Kaczyński nie mógł narzekać na brak zainteresowania przekazem własnej partii, o tyle obecnie ma aż dwóch, a z Morawieckim trzech, konkurentów na prawej stronie. Siłą rzeczy „czasu antenowego” jest coraz mniej, zwłaszcza że swoje zabiera też wyrastający na głównego arbitra na prawicy prezydent Nawrocki. Wraz ze spadającymi sondażami PiS przestaje być postrzegane nie tylko jako jedyna, ale już nawet jako dominująca siła na prawicy. Walka o TK, poza klasyczną obroną swoich, ma więc na celu zagarnięcie przedstawienia poprzez granie starej melodii o „bezprawiu Tuska”. No i nikt nie rozmawia już, dajmy na to, o aferze Zondacrypto, która rzekomo miała PiS zatopić.
Jednocześnie całe to miasteczko, do złudzenia przypominające dawne miasteczka KOD-u, pozwala Kaczyńskiemu na aktywizację wyborców, którzy kolejny rok pod rządami Tuska mogą gnić w braku nadziei. Dlatego rytualne wyprowadzanie ich na ulicę pozwala utrzymywać aktyw w stanie politycznego podniecenia i pokazywać innym partiom, kto ma rząd dusz na prawicy. Nawet jeśli przy marszu 11 listopada owo miasteczko zblednie.
Spór o TK pozwala wreszcie na ordynarną monetyzację poparcia, gdyż po cofnięciu finansowania dla PiS i odcięciu Republiki od Zondacrypto prawica próbuje wycisnąć z tych ludzi wszelkie oszczędności. Taki show ma więc także usprawiedliwiać kolejne próby chodzenia po datki wyborcze.
A co ma z tego Tusk?
W przypadku KO, przynajmniej jeśli chodzi o zagarnianie sceny, jest podobnie. Nikt już nie mówi o raporcie prof. Barbary Mróz-Gorgoń, która z uporem godnym lepszej sprawy próbuje ostatnio wrócić na scenę. Nikt, a przynajmniej żadna znacząca siła ani medium, nie mówi o aferze posła Kołodziejczaka i jego jakże memowym performansie z detektywem Rutkowskim. Nikt nie mówi także, rzecz jasna, o projekcie budżetu oraz najniższej od dwóch lat podwyżce stawki minimalnej czy kolejnych koszmarnych pomysłach na służbę zdrowia. Jest show pod Trybunałem, więc Tusk gra w grę, w którą grać potrafi od dwudziestu lat.
Jest jednak jeszcze coś innego. Pomijając to, że w tym sporze to jednak KO „stoi w prawie” i oczywiste jest, że przepisy nie stanowią o osobistym ślubowaniu przed prezydentem, a jedynie o złożeniu ślubowania „wobec prezydenta” jako organu, co (jak w przypadku urzędu skarbowego) można zrobić „zaocznie”, to KO stoi też „w sprawczości”. Czy może ma szansę na stanięcie w sprawczości. A to jest waluta polityczna, o którą zwłaszcza obecna władza chce bić się do ostatka. Albowiem poza nią niewiele jej zostaje.
Jakość rządów oceniana jest bowiem, delikatnie mówiąc, dosyć sceptycznie. Tyle że elementem owej sprawczości jest też brak rozliczeń obecnego obozu władzy. Emocje anty-PiS są bowiem wciąż wysokie, a chęć rozliczeń wielka, tymczasem politycy PiS uciekają za granicę i drwią z rozsierdzonego Tuska. Odebranie im w świetle kamer kolejnego przyczółku da więc wyborcom pewne poczucie siły. Nawet jeśli Tusk siłowo „pójdzie po bandzie” – a może zwłaszcza wtedy, gdy pójdzie.
O co naprawdę toczy się gra
Co jednak najbardziej interesujące, to wszystko to, z czym możemy mieć do czynienia już po odebraniu Trybunału Konstytucyjnego. A więc nie tylko uchylenie immunitetu, czy raczej spodziewana ucieczka Bogdana Święczkowskiego, ale też możliwość uchylania orzeczeń – w tym orzeczenia w sprawie aborcji. A to już o wiele większy kaliber polityczny niż sama walka o instytucję.
Owszem, koalicja rządząca uchwaliła wczoraj ustawę o dekryminalizacji aborcji wraz z depenalizacją pomocnictwa, ale to głosowanie uchodzi za część umowy z PSL w zamian za zabetonowanie samorządu oraz ruch wyprzedzający zaplanowane na jutro protesty proaborcyjne, po klęsce głosowania w lipcu 2024 r. Prezydent Nawrocki jednak i tak pewnie liberalizację zawetuje.
Tym, czego zawetować by nie mógł, jest unieważnienie wyroku przez nowy trybunał. Pomijając prawną dopuszczalność takiej ścieżki (przy obecnej odmowie publikowania wyroków TK to najmniejszy problem), Tusk wraz z Nową Lewicą dostałby do ręki prawdziwy skalp sprawczości nad PiS-em. Okazałoby się, że wbrew prezydentowi coś ta władza dla lib-leftowego wyborcy – a właściwie wyborczyni – jednak potrafi zrobić. I to nie coś w stylu wolnej Wigilii, ale naprawdę potężną zmianę legislacyjną.
Co ważniejsze, na czas kampanii zarówno Tusk, jak i Nowa Lewica (mogąca tym uderzać w Razem) dostaliby argument, iż nowe wybory to także wybory za zaostrzeniem przepisów aborcyjnych w Polsce. Zwłaszcza że prawica szybko dałaby się złapać w tę pułapkę i grzmiałaby o mordowaniu dzieci. A tak zarysowany spór mógłby jednak spowodować, że z zatkanym nosem, ale jednak wszyscy ci lib-leftowi wyborcy i wyborczynie poszliby głosować na Tuska z Czarzastym.
Jeśli więc odzyskanie trybunału będzie tylko sztuką dla sztuki i skończy się tym, czym skończyło się odzyskanie TVP, to cały efekt Tuskowi ani nie pomoże, ani nie zaszkodzi. Jeśli jednak poskutkuje unieważnieniem wyroku aborcyjnego, chociażby jako efektem ubocznym, to dla całej masy kobiet obecna władza zrobi coś na tyle dużego, że być może wróci choćby cień atmosfery sprzed 15 października. Gdy już nie garstka, jak dziś, pisowców pod Trybunałem Konstytucyjnym, ale dziesiątki tysięcy kobiet wychodziły na ulicę w obronie swych praw, z nadzieją, że nowa władza ich wreszcie wysłucha.
Ruch jest po stronie Tuska. Być może to ostatnia szansa na aktywizację wyborców wokół czegoś ważniejszego, niż rytualne zapasy o instytucje.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!