Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Nie pomogła umowa notarialna. „Po śmierci Ewy poczułam się przez mój kraj ukarana”

Ania i Ewa nie mogły wstąpić w związek partnerski, więc zabezpieczyły się tak, jak Polska im na to pozwala: podpisały u notariusza pełnomocnictwa i umowę partnerstwa, wypełniły testamenty. Nie dało to zupełnie nic.

Dziennikarz, reporter
Dwie kobiety nad brzegiem morza, trzymające się za ręce
1
Płacz

1

Po co queerom związki partnerskie? „Wystarczy iść do notariusza” – sufluje parom LGBT+ polska prawica. Jej narracji przeczy to, co wydarzyło się po tragicznej śmierci Ewy, z którą Ania przeżyła 19 lat.

– By zabezpieczyć swoją przyszłość, na rok przed wypadkiem zrobiłyśmy wszystko, co nasze państwo nam umożliwiło, wykorzystałyśmy każde dostępne w nim narzędzie – deklaruje Ania. – Tyle że żadne z nich nie zadziałało. Polska zabrała mi majątek i prawo do przeżycia żałoby. Zamiast tego muszę odpierać ataki i walczyć w sądzie o to, co wspólnie wypracowałyśmy.

Pierwsza miłość

Z Ewą poznały się w bibliotece uniwersyteckiej w Katowicach, dokąd Anię, wówczas studentkę filologii germańskiej, przygnały z Krakowa poszukiwania materiałów do pracy zaliczeniowej. Od razu zwróciła na Ewę uwagę; wystarczyło, że na siebie spojrzały. Wie, że zabrzmi to banalnie, ale zakochała się właśnie w jej oczach. – Miała w nich ciekawość, ale i smutek; było w nich coś tajemniczego, jakieś nieszczęście.

– To była moja pierwsza miłość, pierwsza kobieta, z którą związałam się uczuciowo, emocjonalnie i fizycznie. Wszystko, co pierwsze, przeżyłam właśnie z nią – wspomina Ania. – Ja też byłam jej pierwszą miłością, chociaż przede mną spotykała się z inną dziewczyną. Tyle że tamten związek zakończył się przez rodzicielski szantaż.

Czytaj także Żyłem w związku jednopłciowym przez prawie 20 lat, bez regulacji. To ciągły strach Rafał Majka

W strachu przed hejtem

Hejt, konstatuje Ania, towarzyszył im od zawsze. – Przez 19 lat wspólnego życia nigdy w Polsce nie chwyciłyśmy się za rękę, nigdy nie pocałowałyśmy się w miejscu publicznym. Za bardzo się bałyśmy.

Ich obawy nie były nieuzasadnione; gdy na przełomie tysiącleci wchodziły w dorosłość, Polska dopiero zaczynała dojrzewać do równości. Tylko 5 proc. Polek i Polaków uważało homoseksualność za coś zwyczajnego; przeszło połowa deklarowała, że społeczeństwo nie powinno akceptować związków jednopłciowych; tyle samo z nas opowiadało się przeciw (kiełkującym w dużych miastach) marszom równości, w stronę których regularnie leciały jajka, butelki i kamienie.

– Dlatego nie „obnosiłyśmy się” z naszą relacją – mówi Ania – i dlatego przez pierwszy rok, kiedy żyłyśmy jeszcze w związku na odległość, spotykałyśmy się w tajemnicy. Krążąc między Krakowem a Katowicami, zatrzymywały się w małych kawiarniach albo ruszały na spacer parkami i bulwarami wzdłuż Wisły.

Dopiero po czasie zrozumiała, skąd brał się strach, jaki dostrzegła w oczach partnerki przy pierwszym spotkaniu, w uniwersyteckiej bibliotece. Ewa wciąż żyła na garnuszku rodziców, a gdy jej mama (skądinąd wykształcona, zasłużona dla lokalnej oświaty kobieta) dowiedziała się, że ma córkę lesbijkę – w pierwszym odruchu chciała wysłać ją na „leczenie”. Ponieważ jednak nic tym sposobem nie wskórała, przeszła do gróźb. Straszyła, że jeżeli Ewa nie zerwie relacji, powie o niej rodzicom jej ówczesnej sympatii. A że ta pochodziła z katolickiej rodziny, udzielała się w kościele, a nawet należała do społeczności oazowej – mama Ewy dopięła swego.

Na trzecim roku studiów Ania zaczęła pracę na pół etatu w krakowskiej szkole podstawowej, potem podłapała kilka godzin zajęć w pobliskim gimnazjum. Tam też strzegła swojej prywatności – bo, wiadomo, w klasie się plotkuje, a w pokoju nauczycielskim tym bardziej. – Żyłyśmy pod ciągłą presją, że ktoś nas odkryje, mnie zwolnią z pracy, a Ewa znowu przeżyje w domu piekło.

Trochę odetchnęły, gdy wynajęły własny kąt w Krakowie. Było w nim głośno (zamieszkały bowiem na gwarnym Kazimierzu), ciasno (kawalerka, 19 metrów kwadratowych) i pusto (musiały zwieść meble z dotychczasowych mieszkań). Mimo hałasu za oknem spały spokojnie, bo wreszcie przestały się bać – To był cudowny czas. Wreszcie mogłyśmy być ze sobą każdego dnia, odkrywać, jak funkcjonujemy razem w codzienności, uczyć się wspólnego życia – wspomina Ania.

Po roku przeniosły się do spokojniejszej dzielnicy i nieco większego mieszkania (27 metrów), a następnie: nabyły wspólne, własnościowe. Ewa pracowała w małej rodzinnej firmie, Ania przeszła na jednoosobową działalność. Organizowała szkolenia dla firm i pracowała jako tłumaczka, a Ewa nauczyła się podstaw księgowości, by pomóc jej w prowadzeniu firmy. Po paru latach uciułały na dom, który zbudowały w niewielkiej gminie na obrzeżach Krakowa.

Ojcowska niemiłość

Tymczasem u rodziców Ewy źle się działo. Najpierw wyszło na jaw, że jej ojciec ma drugie życie z kochanką, a później, że ta prawdopodobnie urodziła mu syna (którego się jednak wyparł). Mimo to matka nie potrafiła się z nim rozwieść, a on nie kwapił się zrywać małżeństwo. – Żył na dwa domy, ale trzymał się żony dla majątku – ocenia dziś Ania.

W 2014 roku mama Ewy usłyszała diagnozę: nowotwór złośliwy płuc z przerzutami na inne organy. Jeździła na chemię i naświetlania, zapewniając przy tym córkę, że z nią wszystko w porządku. Że matka Ewy jest w ostatnim stadium choroby, odkryły w marcu 2015 roku, przez przypadek znajdując ukrytą przed nimi dokumentację medyczną.

– Martwiłyśmy się, bo mama Ewy bardzo schudła i przestała chodzić, ale o przerzutach na oskrzela, kości, skórę i mózg dowiedziałyśmy się dopiero wtedy – twierdzi Ania. – Mama Ewy nie chciała się już leczyć. Na tamtym etapie po prostu straciła wiarę w życie.

Trzy miesiące później mama Ewy zmarła.

Ewa bardzo tę śmierć przeżyła, bo choć różnie między nimi bywało, z czasem znów stały się sobie z mamą bliskie, do Ani też się zresztą przekonała. – Nigdy nie porozmawiałyśmy otwarcie o tym, co łączy mnie z jej córką, ale była dumna, że Ewa jest akurat ze mną – opowiada Ania. – Bardzo mnie polubiła, w dodatku pomogła mi w karierze nauczycielskiej. Zawsze sprawdzała dokumenty, które miałam złożyć, doradzała mi w sprawie staży.

Czytaj także „W sprawie transkrypcji przepisy mówią jedno, TSUE drugie, TK trzecie”. Przewodnik po chaosie Aleksandra Kasprzak rozmawia z adw. Aniką Zeidler

Co innego ojciec Ewy. – On umniejszał ją i wyśmiewał od dzieciństwa – oskarża Ania. – Kiedy była mała, nigdy nie otoczył jej opieką, nie chwalił, nie przytulał. Zamiast tego stale wypominał jej za to, ile kosztują zabawki i jedzenie. Gdy dorosła, wyzywał ją od „świrusek”, „wariatek” i „dziadówek”, demonstracyjnie okazywał za to dumę ze swoich bratanków. Podkreślał, że w przeciwieństwie do nich tworzą „normalne” rodziny.

Ewa utrzymywała z ojcem poprawną, formalną relację. Okazywała mu szacunek, bo to jednak rodzic, ale traktowała go z rezerwą. Na początku Ania próbowała pośredniczyć w kontaktach między nimi, wtedy jednak zaczął wyśmiewać także ją – kpić, że pracuje w szkole za marną wypłatę, a jej rodzice jeżdżą tanim samochodem.

Ojciec Ewy w lubił pieniądze. Jeszcze przed śmiercią żony kupił z ich wspólnych oszczędności dwupokojowe mieszkanie i nowy, większy samochód. – Kiedy szukałyśmy pomocy, kiedy pisałam do kilkunastu niemieckich klinik, wszędzie, gdzie się dało, on mówił, że nie będzie wyrzucał kasy w błoto, bo dla jego żony nie ma ratunku. Pogrzebał ją jeszcze za życia.

Gdy umarła, natychmiast pozbył się wszelkich pamiątek po niej. Dziewczyny wygrzebały z kosza na śmieci m.in. złoty medal za osiągnięcia w edukacji, a biżuteria nieboszczki zniknęła w tajemniczych okolicznościach i nigdy się nie odnalazła. Nie minął zresztą miesiąc od pogrzebu żony, a on już miał gotową umowę wstępną sprzedaży ich domu rodzinnego.

– Ewa go wtedy znienawidziła. Powiedziała, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, że jego już nic nie zmieni. Że zawsze najważniejsze będą dla niego pieniądze. Próbowała nawet zmienić nazwisko na moje, bo nie chciała, żeby cokolwiek łączyło ją z ojcem. Zwłaszcza że kiedy w 2021 roku zmarł dziadek Ewy, scenariusz się powtórzył: tata wyczyścił konto teścia i wyprzedał wszystko, co do niego należało.

Po tragicznej śmierci córki zachował się zresztą dokładnie tak samo.

Czytaj także Małżonków dwoje, czyli ograniczenia mindsetu postsolidarnościowej prawicy Łukasz Łachecki

Ostatnia podróż

Kiedy dziewczyny zbudowały własny dom, zaczęły podróżować. Chyba najbardziej urzekła je Portugalia.

– Uderzyło nas, że kiedy szłyśmy pod rękę – uśmiechali się do nas nawet starsi ludzie. Poczułyśmy, że to nasze miejsce. Że tu możemy być wolne.

Zapragnęły zwiedzać świat na własnych zasadach: na dziko, bez rezerwacji lotów i wynajmowanych apartamentów. Kiedy pandemia zamknęła je w czterech ścianach, zaczęły śledzić na YouTube kanały, których twórcy sami budowali kampery. Tak zrodziło się marzenie o własnym domku na kółkach, które ziściło się dzięki pomocy małżeństwa majsterkowiczów z Warszawy.

Na początku 2023 roku zostawiły za sobą wszystko: Ania zawiesiła działalność, Ewa złożyła wypowiedzenie. Najpierw ruszyły w trzymiesięczną trasę po ukochanej Portugalii, którą zjeździły wzdłuż i wszerz. Następnie wróciły na moment do domu, przepakowały plecaki i wybyły na dwutygodniową objazdówkę po północno-zachodnich Niemczech! – To była nasza druga podróż kamperem. I ostatnia – wspomina Ania.

– 19 maja, dzień przed moimi urodzinami, dotarłyśmy do Bremy. Stanęłyśmy pod cmentarzem, bo zawsze zwiedzałyśmy na wyjazdach cmentarze i kościoły. Zauważyłyśmy, że rosną tam piękne bzy, moje ulubione kwiaty.

– Rano Ewa planowała przynieść mi bukiet, ale nie chciała go zrywać z miejsc pochówku. Odeszła kawałek dalej, gdzie było stare, dość strome zejście do jeziora. Poślizgnęła się, wplątała nogę w druty, upadła. Uderzyła głową o fragmenty płyty – pozostałość z działki, jaka tam kiedyś stała. Wstała, ale wywróciła się na resztki ogrodzenia.

Ania znalazła ją dzięki lokalizatorowi w telefonie. Czuła się jak w transie. Pamięta, że dwie Niemki uciskały rytmicznie klatkę piersiową Ewy i że wydawały jej komendę: „einatmen!” (wdech). Że walczyły o nią we trzy aż do przyjazdu karetki, gdzie Ewę intubowano i podano jej adrenalinę. Że miała rozerwaną kurtkę, z której wylatywały pióra, a obok leżały zerwane bzy.

Udało się przywrócić funkcje życiowe Ewy, ale za późno. W szpitalu stwierdzono śmierć mózgu.

Przez chwilę były rodziną

– Nigdzie nie spotkałam się z takim dobrym, ludzkim podejściem, jak w tamtym niemieckim szpitalu. Kiedy powiedziałam, kim jestem, potraktowano mnie jak partnerkę, żonę; nikt nie pytał o żadne dokumenty. Lekarz konsultował ze mną każdy kolejny krok, pytał o zgodę. Byłam oszołomiona tym, co powinno być normalne, a z czym nigdy wcześniej się nie spotkałam. W Polsce byłyśmy dla siebie obcymi osobami, w Niemczech potraktowano nas jak rodzinę.

– Ewa wciąż walczyła o życie na OIOM-ie, a ja zadzwoniłam do jej ojca. Natychmiast zaczęły się pytania o pieniądze: czy Ewa miała kredyty, na kogo jest dom, czyje są kamper i samochody? On już wtedy zaczął myśleć, na ile wypadek córki mu się opłaci – ocenia Ania. – Ale wtedy to do mnie nie docierało, siedziałam w szpitalu całkiem sama, półprzytomna z rozpaczy, pod wpływem silnych leków. Rozłączyłam się.

Gdy przyjechał, ojciec Ewy natychmiast sprawdził, czy na szyi córki nie ma śladów powieszenia. – Oczywiście ich nie znalazł, mimo to rozpowiedział potem rodzinie, że Ewa popełniła samobójstwo, a ja ją do tego pchnęłam. Po powrocie do Polski zgłosił mnie jeszcze do prokuratury, gdzie zeznawałam w sprawach nieumiejętnego udzielenia pierwszej pomocy i nakłaniania do samobójstwa. Prokurator nie stwierdził jednak udziału osób trzecich i umorzył śledztwo.

Gdy pytam, skąd właściwie taka reakcja, Ania tłumaczy, że w testamencie Ewa wskazała ją jako jedyną spadkobierczynię, z kolei swojego ojca wydziedziczyła. Ów doskonale wiedział, że jedyną możliwością podważenia spadku byłoby skazanie partnerki córki wyrokiem kryminalnym.

– Wtedy zrozumiałam, że Ewa miała rację. Jej ojciec to potwór.

Sawicki hamuje ludzką przyzwoitość

Idąc do wyborów parlamentarnych, KO wzięła związki partnerskie na sztandary, obiecując ich uchwalenie w „100 konkretach na pierwsze 100 dni”. Proces legislacyjny zajął jednak sporo dłużej, bo, licząc od zaprzysiężenia rządu, aż 926 dni. Zresztą ustawa trafiła na biurko prezydenta w okrojonej wersji; wycięto z niej nie tylko ceremonię w urzędzie stanu cywilnego i możliwość zmiany nazwiska, ale nawet nazwę „związek partnerski”.

Nie jest tajemnicą, że hamulcowym był przede wszystkim PSL, a szczególnie wpływowy poseł ludowców Marek Sawicki, który dla Radia ZET tłumaczył: „Obywatele jednej płci, jeśli chcą mieć informację medyczną, prawo do spadku, to wszystko mogą zawrzeć w akcie notarialnym. Będzie on tak samo ważny jak związek partnerski. Czym się różni akt notarialny od małżeństwa cywilnego? Jedna i druga czynność, jeśli chodzi o koszty, jest zbliżona”.

Czytaj także Po co queerom ślubny cyrk? Bo pary hetero mogą legalnie pajacować Paulina Januszewska

Ania przyznaje, że sama uległa takiej narracji. – Wiele osób w społeczności wierzy, że dokumenty notarialne to prowizoryczny akt zawarcia małżeństwa, ale rady prawicy można wyrzucić do kosza – mówi.

Gdyby Polska dała im taką możliwość, Ania i Ewa zawarłyby związek partnerski. Tego jednak zrobić nie mogły, więc na rok przed tragedią zabezpieczyły się u notariusza: podpisały pełnomocnictwa rozszerzone i umowę partnerstwa. Wypełniły testamenty.

– Traktowałyśmy te formalności jak „mały ślub” – nawet wymieniłyśmy w obecności notariuszki obrączki – bo prawdziwy planowałyśmy wziąć w 2024 roku w Portugalii – mówi Ania. – Wydałyśmy na to wszystko 10 tys. zł., bo wierzyłyśmy, że dzięki tym dokumentom będziemy zabezpieczone.

Pierwszy problem pojawił się już podczas pochówku Ewy. – Jej ojciec miał świadomość, że jego córka była zadeklarowaną ateistką, ale odmówił świeckiego pogrzebu. Odparł, że w jego rodzinie wszyscy są chowani po katolicku i ona też będzie. Uparł się w dodatku na grób w Katowicach, gdzie leżała już jej mama. Mimo notarialnych pełnomocnictw okazało się, że Ania nie ma tu nic do gadania.

– Na jej pogrzebie czułam się niechciana – wspomina. – Rodzina Ewy pytała, co w ogóle na nim robię? Usłyszałam, że nie powinno mnie tu być i że to wszystko przeze mnie. Że „nie mam prawa” do tego, „nie mam prawa” do tamtego; cały czas tylko „nie miałam prawa”. Gdy przyjechała na grób tydzień później, odkryła, że ktoś wyrzucił wieniec, który na nim złożyła.

Sąd i urząd wiedzą swoje

Nie minęło wiele czasu, a ojciec Ewy natychmiast zaczął wydzwaniać do niej „w kwestiach formalnych”, żeby „ogarnąć sprawy”. Ania nie rozumiała, o jakich „kwestiach formalnych” mówi, i co właściwie trzeba „ogarnąć”, ale – jak słusznie podpowiada stare porzekadło – kiedy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze.

Wkrótce na scenie pojawił się prawnik, który w imieniu ojca Ewy wystąpił o wypłatę zachowku – archaicznej instytucji rodem z kodeksu Napoleona, w duchu której pominięci w testamencie członkowie rodziny mogą zażądać od prawowitego spadkobiercy części spadku. Adwokat zagroził, że jeżeli Ania nie zapłaci jego klientowi 300 tys. zł, ten pójdzie ze swoimi roszczeniami do sądu. Ojciec Ewy nie czekał na odpowiedź, sprawę wniósł w październiku 2023 roku, jeszcze przed sądowym otwarciem testamentu córki.

Ten ostatni na niewiele się zdał, podobnie jak relacje jedenaściorga świadków – Ania przegrała proces w sądzie rejonowym. Twierdzi, że z pozamerytorycznych przyczyn: sędzia była ponoć bardzo negatywnie nastawiona do jednopłciowych relacji. – Śmiała się, gdy pełnomocnik ojca Ewy drwił, że przecież nie byłyśmy w Polsce dyskryminowane, bo nikt nie latał za nami z kijem bejsbolowym.

Czytaj także Kto tu naprawdę histeryzuje? Jak prawica demonizuje lewicę i prawa człowieka Xavier Woliński

W testamencie Ewa wydziedziczyła ojca, ponieważ ten „postępował [wobec niej – red.] w sposób sprzeczny z zasadami współżycia społecznego”, „uporczywie nie dopełniał obowiązków rodzinnych, nie interesował się losem i zdrowiem” oraz „nie podejmował próby naprawienia swoich błędów”, w wyniku czego „doszło do całkowitego zerwania więzi uczuciowej” między nimi. Winą za rozpad ich relacji sędzia obarczyła jednak Ewę – bo to ona, jako osoba młodsza, powinna wyciągnąć rękę do rodzica. Zasądzając wypłatę zachowku, podnosiła ponadto, że przecież między Ewą a jej ojcem nie doszło do przemocy fizycznej. Ania odwołała się od tego wyroku, czeka na decyzję sądu apelacyjnego.

W międzyczasie nałożono na nią ponad 200 tys. zł podatku spadkowego. – Wpadłam w trzeci próg podatkowy, jakbym była osobą obcą. Ponieważ nie byłam w stanie zapłacić tej kwoty w całości, rozłożono mi ją na raty. Przy okazji jednak wzrosła ona o 20 tys. zł opłaty prolongacyjnej.

– Urząd Skarbowy twierdzi, że przecież wzbogaciłam się na śmierci Ewy. tylko ja nie odziedziczyłam jej pieniędzy, ale nasz wspólny majątek, na który pracowałyśmy razem przez kilkanaście lat wspólnego życia! – oburza się Ania. – Choć jako przedsiębiorca regularnie płaciłam w Polsce podatki (nigdy z niczym nie zalegałam!), a jako obywatelka przestrzegałam prawa i chodziłam na każde wybory, po śmierci Ewy poczułam się przez mój kraj ukarana.

Osobną walkę Ania toczy przed Sanepidem, do którego wystąpiła o ekshumację urny z prochami partnerki. Choć spełniła wszelkie formalności, a nawet wykupiła miejsce na pobliskim cmentarzu, spotkała się z odmową. A chciałaby mieć Ewę bliżej, bo to ona zajmuje się grobem; jej ojciec w ogóle na nim nie bywa.

Bezprawny związek

W preambule do notarialnej umowy – nazwanej przez Ewę i Anię „umową o partnerstwie” – czytamy: „Przekonane, że nikogo nie krzywdzimy ani nie naruszamy niczyjej wolności, kierujemy apel do członków naszych rodzin, przyjaciół i bliskich […], sądów i instytucji odpowiedzialnych za stanowienie i wykonywania prawa, oraz do wszystkich ludzi dobrej woli, aby uszanowali postanowienia naszej umowy”.

Sęk w tym – tłumaczy pełnomocniczka Ani, mec. Karolina Gierdal – że ich decyzje pozostają „apelem” zależnym od „dobrej woli” osób trzecich. – Weźmy kwestię pochówku. O tym, kto o nim decyduje, przesądza nie testament, ale ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych, która nadaje takie prawo wyłącznie małżonkom i krewnym. A najbliższym krewnym Ewy był przecież jej ojciec.

Drugi z pełnomocników, adw. Marek Urbaniak, dodaje: małżonkowie należą do I grupy podatkowej (płacą więc trzyprocentowy podatek od spadku lub są z niego całkowicie zwolnieni), natomiast Ania wpadła w III grupę podatkową (w przypadku której stosuje się 20-procentową stawkę). – W praktyce interpretacyjnej takie osoby jak ona określa się mianem: „obcych dla spadkodawcy”. Organy podatkowe i sądy administracyjne konsekwentnie traktują w ten sposób nieformalnych partnerów i partnerki.

O ile jednak kobieta i mężczyzna mogą zawrzeć w Polsce związek małżeński, para tej samej płci nie ma takiej możliwości. – Podczas rozpraw argumentowaliśmy, że w tej sytuacji umowę w formie aktu notarialnego należałoby potraktować tak samo jak zawarcie związku małżeńskiego. Urząd skarbowy i wojewódzki sąd administracyjny stanęły jednak na stanowisku, że nie mogą samodzielnie poszerzać zakresu zwolnień podatkowych, bo te reguluje ustawa, a NSA przyznał im rację. Planujemy w związku z tym złożenie skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

– Również w kwestii zachowku polskie prawo stanęło po stronie ojca, z którym Ewa nie utrzymywała kontaktu i z którym nie chciała mieć relacji w związku z jego postawą i krzywdzącymi zachowaniami, jakich od niego doświadczyła – smutno podsumowuje Gierdal. – Trudno o bardziej rażący przykład systemowej dyskryminacji. Przecież gdyby Ania i Ewa mogły wziąć w Polsce ślub, ich sytuacja byłaby diametralnie inna. Tymczasem nie mogły tego zrobić wyłącznie z powodu swojej orientacji psychoseksualnej.

Czytaj także Jak zostać żoną swojej żony w Polsce i nie oszaleć Aleksandra Kasprzak

Skradziona żałoba

Ania nie miała na to wszystko siły. Ma za sobą dwie próby samobójcze. – Po śmierci Ewy nie chciałam dalej żyć. Nie umiałam żyć bez niej – mówi teraz.

Depresja zmusiła ją do zamknięcia działalności, bo niby jak miałaby ją prowadzić, skoro długo nie mogła nawet wstać z łóżka? Po drodze pojawiły się poważne problemy zdrowotne. – Batalie z ojcem Ewy, sądami i urzędami po prostu mnie zmiażdżyły. Dostałam silnej, pourazowej nerwicy, pojawiła się bezsenność, zaczęłam chudnąć. Potem przyszły kłopoty z sercem i krwią.

Choć minęły ponad trzy lata, nadal co tydzień jeździ 100 km z Krakowa do Katowic, gdzie pochowano Ewę. W ich domu wciąż stoją jej buty, w szafie nadal wiszą jej ubrania, a w łazience stoją kosmetyki, których używała. Na półce trzyma ich ostatnią wspólną fotografię. Ewa uśmiecha się na niej, wierząc, że przed nimi jeszcze wiele przygód.

 – Chcę iść dalej. Wiem, że Ewa chciałaby, żebym znalazła jeszcze szczęście w życiu… Tylko przez tę ciągłą walkę trudno mi zamknąć ten etap – puentuje Ania. Ale zapewnia: nie odpuści walki o to, by ojczyzna dostrzegła w jej związku coś więcej niż koleżeńską relację. – Robię to dla Ewy. Wiem, że ona zrobiłaby dla mnie to samo.

*
Imiona bohaterek zostały zmienione.

**
Mateusz Witczak – reporter, dziennikarz, absolwent politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisze o kulturze cyfrowej, osobach LGBT, prawach kobiet i niepełnosprawności, współpracuje z „Polityką”, „Gazetą Wyborczą” i Dwutygodnikiem.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x