Od wielu miesięcy w kontekście izraelskiego społeczeństwa powraca jeden szczególnie niepokojący wynik sondażu. W maju 2025 roku ponad 80 proc. Izraelczyków zadeklarowało, że chciałoby wypędzenia Palestyńczyków ze Strefy Gazy.
W obliczu zaplanowanych na październik wyborów do Knesetu warto przyjrzeć się tym, którzy pozostają w mniejszości. Tym, którzy gdyby zdobyli władzę – choć dziś taki scenariusz wydaje się nieprawdopodobny – mogliby pozytywnie wpłynąć na los Palestyńczyków zarówno na terenach okupowanych, jak i w samym Izraelu. Mowa o izraelskiej lewicy.
Kim są jej reprezentanci? Czego chcą? Czy rzeczywiście zależy im na losie zarówno Izraelczyków, jak i Palestyńczyków? A przede wszystkim: ilu ich jest?
Na część tych pytań odpowiedziała mi amerykańsko-izraelska analityczka polityczna Dahlia Scheindlin. Od lat współtworzy badania opinii publicznej w Izraelu i doradza partiom politycznym, między innymi Demokratom (Demokratim) oraz nowej arabsko-żydowskiej partii Miejsce dla nas Wszystkich (Makom leKulanu). Publikuje także na łamach „The Guardian” i izraelskiego „Haaretz”.
W co wierzy izraelska lewica?
– Od co najmniej trzech dekad bycie lewicowcem w Izraelu oznacza przede wszystkim poparcie dla pokoju, do którego droga ma prowadzić przez dyplomację. Chodzi też szerzej o przedkładanie rozwiązań politycznych nad strategie wojskowe i wojnę. To również gotowość do ustępstw terytorialnych dotyczących ziem zajętych przez Izrael w 1967 roku, czyli Strefy Gazy, Zachodniego Brzegu i Wzgórz Golan – tłumaczy Scheindlin.
Inne postulaty, które w Unii Europejskiej czy Stanach Zjednoczonych kojarzymy zwykle z lewicą, w Izraelu schodzą na dalszy plan. Scheindlin podkreśla, że rozdział religii od państwa pozostaje ważnym tematem – w kraju nie ma choćby ślubów cywilnych, a w szabat transport publiczny w znacznej mierze przestaje funkcjonować – tyle że niezadowolenie z tego stanu rzeczy wykracza daleko poza lewicowy elektorat.
Podobnie jest z obroną niezależności sądów. W ostatnich latach izraelska lewica zdecydowanie opowiadała się po stronie systemu sądowniczego i jego autonomicznej roli w demokratycznym państwie. Nie był to jednak postulat wyłącznie lewicowy. Podzielała go znaczna część politycznego centrum.
Historyczny absurd
Jak tłumaczy Dahlia Scheindlin, izraelska lewica dawno straciła swój socjalistyczny charakter i dziś reprezentuje przede wszystkim poglądy liberalne. Niewielu polityków i polityczek, którzy utożsamiają się z lewicą, odwołuje się do idei państwa opiekuńczego.
Może wydawać się to nieintuicyjne, bo przez pierwsze dekady istnienia Izraela kraj był zdominowany właśnie przez ruch socjalistyczny. Dawid Ben-Gurion, syjonista urodzony w Płońsku, należał do założycieli Mapai – Partii Robotników Ziemi Izraela. To jej politycy zdominowali instytucje powstającego państwa, a sam Ben-Gurion w 1948 roku ogłosił niepodległość Izraela i został jego pierwszym premierem.
Lewicowy rodowód nie oznaczał jednak podmiotowego stosunku do Palestyńczyków. W czasie wojny 1948 roku setki tysięcy rdzennych palestyńskich mieszkańców zostały wypędzone ze swoich domów przez żydowskie organizacje terrorystyczne, przede wszystkim Haganę, a następnie – po ogłoszeniu niepodległości – izraelską armię. Palestyńczycy określają te wydarzenia mianem Nakby, czyli katastrofy.
Lewicowość dominującego wówczas obozu politycznego obejmowała przede wszystkim sposób organizacji żydowskiego społeczeństwa: silne związki zawodowe, ruch kibucowy, kolektywne formy własności i rozbudowane instytucje społeczne. Nie oznaczała natomiast gotowości do ustępstw wobec Palestyńczyków.
Od tamtego czasu lewica straciła nie tylko swój socjalistyczny charakter, ale także zdecydowaną większość dawnego elektoratu. Dziś na izraelskiej scenie politycznej znaczy niewiele.
Izraelska lewica wobec 7 października
Wydarzenia z 7 października 2023 roku wyraźnie zaostrzyły polityczny spór w Izraelu. Część wyborców centrum przesunęła się w prawo, a stanowiska, które wcześniej uchodziły za radykalne, zaczęły trafiać do głównego nurtu debaty.
– Kiedyś prawica sprzeciwiała się negocjacjom z władzami palestyńskimi i opowiadała za aneksją Zachodniego Brzegu. Dziś chce przejąć kontrolę nad Strefą Gazy, wypędzić jej mieszkańców i budować tam osiedla. Jednocześnie znacząco spadło poparcie dla rozwiązania dwupaństwowego – mówi Scheindlin.
Nie oznacza to jednak, że izraelska lewica zniknęła.
– Początkowo odsetek Izraelczyków identyfikujących się jako lewicowcy spadł, ale po około pół roku zaczął wracać do stanu sprzed 7 października i dziś wynosi ok. 20 proc. To zarówno Żydzi, jak i mieszkający w Izraelu Arabowie.
Przyczyn powrotu lewicowych wyborców Scheindlin upatruje przede wszystkim w sposobie, w jaki interpretują oni wydarzenia z 7 października.
– Prawica uznała, że zostaliśmy zaatakowani, ponieważ nie byliśmy wystarczająco silni militarnie ani wystarczająco twardzi. Lewica wyciągnęła z tego odwrotny wniosek: do ataku doszło dlatego, że nie udało się osiągnąć pokoju poprzez ustępstwa i porozumienie. A skoro tak, to tym bardziej powinniśmy o ten pokój walczyć – tłumaczy Scheindlin.
Od Hadaszu po Miejsce dla nas Wszystkich
Partią, która reprezentuje obecnie większość żydowskich wyborców lewicowych, są Demokraci (Demokratim), powstali z połączenia Partii Pracy – następczyni Mapai – i Meretz, wywodzącej się z tradycji Mapam. W sondażach regularnie zdobywają od 9 do 11 mandatów. To obecnie najsilniejsza partia izraelskiej lewicy, określająca się jako socjaldemokratyczna i syjonistyczna.
Jest też Hadasz, historyczna partia lewicowa wywodząca się z ruchu komunistycznego, której kandydaci są w większości Arabami. Scheindlin uważa jednak, że większość żydowskich wyborców nie zdecyduje się na oddanie na nią głosu, uznając ją za zbyt radykalną. Znaczenie ma również to, że Hadasz – w przeciwieństwie do Demokratów – nie określa się jako partia syjonistyczna.
Wraz z dwiema innymi partiami arabskimi, Balad i Ta’al, Hadasz tworzy Zjednoczoną Listę, której sondaże dają około siedmiu mandatów.
W czerwcu tego roku pojawił się jeszcze jeden gracz: nowa arabsko-żydowska partia Miejsce dla nas Wszystkich (Makom leKulanu). Wyrosła bezpośrednio z oddolnego ruchu pokojowego Standing Together, który otwarcie sprzeciwia się izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu i organizuje pomoc humanitarną dla mieszkańców Strefy Gazy.
Na czele partii stoją Palestynka Rula Daood oraz żydowski Izraelczyk Alon-Lee Green, od lat związani ze Standing Together. Po raz pierwszy ruch postanowił wystawić własnych kandydatów w wyborach, ale może mieć problem z przekroczeniem progu wyborczego, wynoszącego 3,25 proc.
Scheindlin uważa, że jeśli Miejsce dla nas Wszystkich nie wejdzie do Knesetu, część jego potencjalnych wyborców najprawdopodobniej ostatecznie zagłosuje na Demokratów, mimo dzielących obie partie różnic. Gwoli transparentności analityczka zaznacza, że sama pracowała jako niezależna konsultantka przy tworzeniu strategii politycznej Miejsca dla nas Wszystkich.
Demokraci i Jair Golan
Izraelscy Demokraci to dziś główna partia reprezentująca żydowską lewicę, nie są jednak siłą, która spełnia oczekiwania całej propalestyńskiej lewicy. Przede wszystkim dlatego, że sami określają się jako ugrupowanie syjonistyczne, a w centrum swojego programu stawiają przyszłość Izraela jako państwa żydowskiego.
Choć opowiadają się za politycznym porozumieniem z Palestyńczykami, w kampanii znacznie więcej miejsca poświęcają krytyce Benjamina Netanjahu i przedłużania wojny. Znacznie rzadziej mówią o palestyńskich ofiarach izraelskich działań w Strefie Gazy.
Naama Lazimi, jedna z czołowych polityczek Demokratów, pytana przez „Haaretz” o Gazę odpowiada wymijająco, koncentrując się na tym, jak przedłużająca się wojna szkodzi samemu Izraelowi. Nie wspomina o palestyńskich ofiarach izraelskiego okrucieństwa, jak choćby mordowane dzieci.
Nieco bardziej skomplikowanym przypadkiem jest lider partii, Jair Golan. Były zastępca szefa sztabu izraelskiej armii 7 października ruszył na południe kraju i pomagał ratować ludzi zaatakowanych przez Hamas. Dwa lata później wywołał w Izraelu polityczną burzę, gdy w wywiadzie radiowym stwierdził, że „rozsądne państwo nie walczy z cywilami, nie zabija dzieci dla zabawy i nie stawia sobie za cel wypędzania ludności”.
Wypowiedź wywołała gwałtowne reakcje zarówno w środowisku Netanjahu, jak i w części opozycji. Golan później doprecyzowywał, że jego krytyka była wymierzona w rząd i jego cele wojenne, a nie w izraelską armię.
Dla bardziej radykalnej części lewicy również on pozostaje jednak politykiem zbyt mocno zakorzenionym w syjonistycznej perspektywie. Jak tłumaczy Scheindlin, Golan podkreśla znaczenie siły militarnej i zdolności Izraela do obrony. Jednocześnie próbuje dotrzeć do części wyborców centrum, dlatego jego język bywa bardziej wojowniczy.
To, że Golan jest byłym generałem IDF, a jednocześnie sprzeciwia się izraelskiej okupacji, z europejskiej perspektywy może wydawać się zaskakujące. Jednak – jak mówi Scheindlin – dla Izraelczyków nie jest to niczym niezwykłym.
– Ludzie, którzy długo służyli w wojsku, często mają mniej upolitycznione i mniej ideologiczne spojrzenie na kwestie bezpieczeństwa. Wielu z nich dochodzi do wniosku, że okupacja nie jest sytuacją możliwą do utrzymania, a prawdopodobnie prowadzi do eskalacji przemocy. Wielu ludzi po odejściu z wojska nie tylko głęboko w to wierzy, lecz także angażuje się w działalność na rzecz zakończenia okupacji – tłumaczy Scheindlin.
Przykładem takiej działalności jest Breaking the Silence (Shovrim Shtika), organizacja zrzeszająca byłych izraelskich żołnierzy, którzy opowiadają o swoich doświadczeniach ze służby na okupowanych terytoriach. Zbiera i publikuje ich świadectwa, organizuje spotkania oraz wycieczki edukacyjne po Zachodnim Brzegu, między innymi po Hebronie i południowych Wzgórzach Hebrońskich. Jej deklarowanym celem jest pokazanie izraelskiemu społeczeństwu, jak w praktyce wygląda wojskowa kontrola nad Palestyńczykami, i doprowadzenie do zakończenia okupacji.
Gaza i przyszłość regionu
Zapytana o sondaż, według którego ponad 80 proc. Izraelczyków opowiada się za wypędzeniem Palestyńczyków ze Strefy Gazy, Scheindlin podchodzi do wyniku z pewną ostrożnością.
– Gdyby ktoś rzeczywiście przedstawił Izraelczykom taką propozycję, prawdopodobnie nadal znalazłaby się większość, która by ją poparła. Ale na ten moment jedyną grupą polityczną, która wprost nawołuje do wypędzenia Palestyńczyków ze Strefy Gazy, jest skrajna prawica – mówi.
Jak pisze „The New Arab”, zbliżające się wybory do Knesetu budzą niepokój wśród mieszkańców Gazy. W przeszłości kampanie wyborcze w Izraelu bywały okazją dla rządzących polityków do demonstracji siły, dlatego Palestyńczycy obawiają się, że również tym razem walka o głosy może oznaczać intensyfikację izraelskich ataków, które – mimo formalnego zawieszenia broni – trwają do dziś.
Wybory zaplanowane na 27 października mogą otworzyć drogę do zakończenia rządów Netanjahu. Partia Gadego Eisenkota, Yashar, pozostaje jednym z głównych rywali Likudu i w ostatnich sondażach zdobywa ponad 20 mandatów. Wyniki badań nie przesądzają jednak, który blok będzie w stanie utworzyć większość.
Nawet zmiana rządu nie musi oznaczać znaczącej poprawy sytuacji Palestyńczyków – ani w Strefie Gazy, ani na Zachodnim Brzegu. Warto też pamiętać o proporcjach: Demokraci, najsilniejsza dziś partia izraelskiej lewicy, otrzymują w sondażach około 9-10 mandatów. Kneset liczy ich 120.
**
Ida Zając – dziennikarka i pracownica NGO. Zajmuje się tematami migracji, wielokulturowości i Bliskiego Wschodu. Absolwentka hebraistyki na Uniwersytecie Warszawskim i Studiów Bliskowschodnich na Freie Universität w Berlinie.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!