Być może inba o dietę planetarną w szkołach, jak pewnie każda inba, mówi o naszym społeczeństwie nieco więcej, niż sami chcielibyśmy wiedzieć. I bynajmniej nie jest to opowieść optymistyczna.
Oto bowiem m.in. na skutek wzrostu otyłości wśród uczniów ministerstwo zdrowia postanawia nieznacznie skorygować standard żywienia w polskich szkołach, zwiększając udział warzyw czy też ograniczając cukier i smażenie. Postulat wydawałoby się dość oczywisty dla każdego, kto ma pojęcie o podstawach prawidłowego żywienia, gdzie nie smażony na oleju hamburger, a właśnie warzywa powinny stanowić ogromny odsetek codziennej diety.
Rozpętuje się więc ogromna histeria w mediach prawicowych, alarmujących o zamachu na wolność jedzenia kotleta przez „bombelki”. Rodzice rzucają dopłatami do obiadów, babcie chcą wpychać kotleta między podręczniki i zeszyty. Patryk Jaki, po tym, jak swego czasu straszył Polaków jedzeniem robaków, robi nawet europarlamentarne śledztwo i przemyka do MEN, gdzie mają w menu karkówkę. Słowem, zgroza i fasolkowy armagedon!
Biedny bombelek patrzy na dietę planetarną
Rzecz jasna wszystkie te argumenty są albo przekłamane, albo po prostu nie mają większego sensu. Rozporządzenie, wydane notabene przez ministerstwo zdrowia, a nie edukacji, czego nadal nie potrafi przeczytać polska prawica, nie ogranicza mięsa do „dwóch dni w tygodniu”. Tydzień ma 7 dni, w tym przez dwa dni weekendowe rodzice mogą dowolnie napychać dzieci golonką, a podczas pięciodniowego szkolnego menu jeden dzień to ryba, dwa dni mięso świeże i zaledwie jeden dzień bez mięsa. Ostatni dzień jest już do interpretacji samej szkoły.
Słowem: tak, bombelek nadal będzie mógł rosnąć na polskim mięsie z marketu. A raz w tygodniu zje na przykład makaron z truskawkami, aż mu się uszy będą trzęsły.
Pojawią się filmiki o ogromnym marnotrawstwie jedzenia, co dla każdego z rodziców, który kiedykolwiek miał do czynienia z jedzeniem dzieci (także w domu), jest oczywiste także przed wprowadzeniem owej diety planetarnej. Uczniowie mają różne smaki, które się dopiero kształtują, dzieci po przedszkolu mają głównie potrawy mączne, a samo karmienie nieletnich zwykle bywa drogą przez mękę i wiecznym wpychaniem im do buzi rzeczy zdrowszych niż frytki i nuggetsy. Dlatego każda, ale to każda stołówka szkolna, może z wyjątkiem fastfoodowej, będzie miała ogromną ilość niedojedzonych porcji. Tak jak w szpitalach chorzy często niedojadają, tak i w szkołach robią to dzieci. Co nie znaczy, że nie należy ich karmić.
Co najbardziej zabawne, ci, co dzisiaj tak lamentują nad tym, że nagle dzieci przez ową dietę planetarną przestaną jeść, to często ci sami, co jeszcze niedawno argumentowali, że i tak dzieci w szkołach nie jedzą. Dlatego nie warto wprowadzać do szkół darmowych posiłków, jak to proponuje ustawowo zrobić partia Razem.
Wreszcie każdy, kto zamiast tracić czas na inby w necie zainteresował się stołówką szkolną, wie, iż tak naprawdę zmienia się w menu niewiele. Szkoła od zawsze była bowiem miejscem, gdzie warzywa, w tym duma polskiej kuchni, a więc zupy warzywne, były szeroko reprezentowanym elementem szkolnej kuchni. Gdyby więc nie owa inba, to pewnie większość by nawet zmian nie zauważyła. Przy czym także po wprowadzeniu diety planetarnej owe posiłki często są lepsze niż w domu. Jeśli dwoje rodziców pracuje poza domem, to rzadko w tym domu jest codziennie inny dwudaniowy posiłek. Gotuje się zupę albo robi kotlety na kilka dni. Tymczasem w szkołach uczniowie mają różnorodność.
Lista problemów edukacyjnych jest długa
Czy to znaczy, że rodzice w ogóle nie powinni się interesować tym, co dzieciom „narzuca się” w szkole? Czy powinni być bierni? Oczywiście nie. Polska szkoła, jak wiele instytucji w tym państwie, potrzebuje gruntownych reform. Tyle że nie dotyczą one tego, czy jednego dnia bombelek prawicowego rodzica dostanie makaron albo fasolkę po bretońsku (bez mięsa) zamiast mielonego z mizerią.
Ba, sam problem szkolnej kuchni jest jak najbardziej do dyskusji. Posiłki są dla niektórych uczniów drogie, brakuje systemowego wsparcia finansowego i dla rodziców, i dla szkół, które coraz częściej, tnąc koszty, outsource’ują je do firm cateringowych, których jakość jest pochodną niskiej ceny.
Dodatkowo uczniowie mają zwykle mało czasu na posiłek. Podczas maksymalnie 20-minutowej przerwy trzeba się dopchać do kolejki, znaleźć miejsce i błyskawicznie skończyć przed dzwonkiem na lekcje. Przykładowo we Francji taka przerwa trwa nawet 1,5 godziny.
O ile szkoły przez catering likwidują stołówki, o tyle nie mają w ogóle pryszniców. To z kolei powoduje, że lekcje i tak już często nielubianego WF-u stają się generatorem potu i smrodu, zwłaszcza w okresie wyższych temperatur. Dla dojrzewającej młodzieży, często mocno wyczulonej na wygląd, jest to często po prostu nie do zniesienia.
Zresztą lekcje WF-u i brak higieny wpisują się w szerszy proces totalnego lekceważenia wychowania fizycznego, co przekłada się na stosunkowo słabe usportowienie polskiej młodzieży i brak możliwości wyławiania talentów sportowych. W niedawnym programie dziennikarz sportowy Maciej Święcicki przywoływał sportowy fenomen dwumilionowej Słowenii, która swoją relatywnie wysoką w stosunku do ludności pozycję sportową buduje właśnie na traktowaniu wychowania fizycznego bardzo serio.
Zresztą nauka i sposób jej prezentacji wciąż są bolączką polskiej szkoły. Wobec smartfonów i sztucznej inteligencji dalsza nauka pamięciowa czy też odręczne pismo coraz bardziej mijają się z celem. Tak jak mija się z celem zadawanie prac domowych, bo i tak większość robi to Chatem GPT.
Być może śladem szkoły fińskiej powinno się położyć nacisk na uczenie pewnych rzemieślniczych umiejętności. Ale te w Polsce kultywującej edukacyjny fetysz traktowane są jako poślednie, często dla uczniów tych pogardzanych zawodówek, a nie dzieci własnych, w domyśle – jakże zdolnych po mamusi i tatusiu. Stąd często dziecko ma w życiu dwie lewe ręce, bo ani w domu, ani w szkole nie nauczyli gotowania, prasowania czy drobnych robótek ręcznych. O pomocy dzieciom z coraz częściej orzekanym spektrum autyzmu czy też dzieciom cudzoziemców nieznających języka mówić chyba nie trzeba. Tak jak o windach. Uczeń niepełnosprawny musi czekać, aż ktoś mu wniesie wózek, albo o kulach wspinać się po kolejnych granitowych stopniach do klasy.
Problemem szkoły są wreszcie pensje nauczycielskie. O ile pielęgniarkom udało się po latach wywalczyć podwyżkę – dyplomowana pielęgniarka zarabia dziś nawet 12 tys. zł brutto – o tyle nauczyciele (też dyplomowani) takiego sukcesu nie mają. Niskie pensje, praca w ogromnym stresie z wiecznie mającymi pretensje rodzicami, odpowiedzialność karna za niewłaściwą opiekę (zwłaszcza na wycieczkach szkolnych) czy quasifeudalne stosunki z dyrekcją sprawiają, iż dla wielu absolwentów zawód ten jawi się jako ostateczność.
Zabawne, że ci wszyscy rodzice, którzy tak bardzo rozpaczają nad kaszotto z pieczarkami, nie lamentują już nad tym, że ich pociechy połowę swojego młodzieńczego życia spędzają z często ze sfrustrowanymi nauczycielami? Czasem zresztą tych nauczycieli po prostu brakuje, co w przypadku uczniów w klasach przedmaturalnych skutkuje koniecznością płacenia coraz wyższych stawek za korepetycje. Jednak sierpniowa zapowiedź strajków nauczycieli nikogo nie ruszyła.
Wspólnota z niską barierą wejścia
Pytanie zatem brzmi: czemu wobec tej pobieżnej i bynajmniej nieskończonej listy problemów do rozwiązania, akurat ten jeden fasolkowy dzień budzi takie emocje? Wydaje się, że dlatego, że jest to spór symboliczny. A to, co symboliczne, jest polityczne.
Polacy (i nie tylko) kochają spory symboliczne. Bariera wejścia w tym przypadku jest bowiem bardzo niska. W dyskusji o jedzeniu w szkołach mylone jest nie tylko ministerstwo, które wydało rozporządzenie. Sporów symbolicznych nie można przegrać, bo to spory oparte na emocjach, a nie merytoryce. Więc każdy ma rację (i jej nie ma). Dzięki sporom symbolicznym można zamanifestować swoją przynależność plemienną, a często nawet nie argumenty, a okrzyki plemienne („precz z lewacką ideologią!”) pozwalają na budowanie swoistej wspólnoty.
Wreszcie nie trzeba mierzyć się ze smutną i wymagającą wysiłku rzeczywistością. Nie trzeba rozwiązywać dylematów moralnych (komu i czyim kosztem przekazywać pieniądze publiczne) albo nie daj boże samemu poświęcać się dla dobra wspólnego (wieczny problem piątki klasowej i opieki na wycieczkach).
Dlatego polska opinia publiczna od dwóch tygodni kłóci się o kaszotto, a nie o to, że Związek Nauczycielstwa Polskiego zapowiedział w sierpniu pogotowie strajkowe, a Nowa Lewica z premedytacją blokuje razemowy projekt ustawy o darmowych posiłkach w szkole. W końcu jeszcze coś by było trzeba zrobić, zamiast wiecznie narzekać i się oburzać.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!